Oddać Afganistan Afgańczykom

Talib poczeka
10 lat od rozpoczęcia wojny... Dziś chodzi już tylko o to, by wreszcie oddać Afganistan Afgańczykom i bezpiecznie wrócić do domu.
Interwencja w Afganistanie to najdłuższa i najdroższa amerykańska wojna.
Scott Nelson/WpN/Fotolink/EAST NEWS

Interwencja w Afganistanie to najdłuższa i najdroższa amerykańska wojna.

Jak się czuć Afgańczykiem, skoro Afgan to jedno z określeń nielubianych przez resztę Pasztunów?
peretzp/Flickr CC by SA

Jak się czuć Afgańczykiem, skoro Afgan to jedno z określeń nielubianych przez resztę Pasztunów?

W afgańskiej prowincji Bamian jest kilka miejsc wpisanych na listę UNESCO, w tym wnęki po słynnych posągach Buddy.
Hadi Zaher/Flickr CC by 2.0

W afgańskiej prowincji Bamian jest kilka miejsc wpisanych na listę UNESCO, w tym wnęki po słynnych posągach Buddy.

Zapędzenie NATO do silnie ufortyfikowanych baz skłoniło w 2009 r. prezydenta Baracka Obamę do zwiększenia liczby amerykańskich żołnierzy aż o jedną trzecią, do 120 tys.
The U.S. Army/Flickr CC by 2.0

Zapędzenie NATO do silnie ufortyfikowanych baz skłoniło w 2009 r. prezydenta Baracka Obamę do zwiększenia liczby amerykańskich żołnierzy aż o jedną trzecią, do 120 tys.

Zazwyczaj Szach się uśmiecha, jak na zdjęciach zatkniętych za szybami samochodów, które w piątkowe poranki kwiaciarze pracowicie przystrajają na kabulskiej ulicy. Z Szachem wśród kwiatów nowożeńcy jeżdżą do ślubu. Z uzbrojonymi w kałasznikowy brodatymi strażnikami Szach pilnuje setek zakurzonych posterunków drogowych na północy kraju, wisi w domach, sklepach i urzędach. Znalazł się na pamiątkach dla nielicznych turystów. W ofercie są DVD dokumentujące szlak walk Szacha, plakaty i pocztówki na każdą okazję: Szach zawadiacko rozluźniony, demoniczny lub skupiony, wtedy z obowiązkowo zmarszczonym czołem. Zawsze w tadżyckim berecie. Przypomina trochę Boba Marleya i dla Afganistanu, a przynajmniej jego niepasztuńskiej części, jest kimś więcej niż Marley dla Jamajki. Bo dla Afgańczyków ta wojna zaczęła się w dniu śmierci Szacha.

Ahmad Szach Masud zginął dwa dni przed zamachami na Nowy Jork i Pentagon. Jego marmurowe mauzoleum w Dolinie Pandższeru, w której nie zdołała go pokonać Armia Czerwona ani talibowie, stało się celem nabożnych pielgrzymek. Był najwybitniejszym afgańskim dowódcą w historii, a zginął od bomby ukrytej w kamerze wideo, którą do jego kryjówki wnieśli dwaj wysłannicy Osamy ibn Ladena, podający się za arabskich dziennikarzy.

Niemal cały Afganistan pamiętał o 10 rocznicy śmierci Szacha, bohatera i męczennika. – Za to o ataku na World Trade Center wie bardzo niewielu – stwierdza dobitnie Hamid, student z miasta Bamian, znanego z wielkich posągów Buddy wysadzonych przez talibów. Nadal ponad 80 proc. Afgańczyków nie potrafi czytać. Prąd, Internet, telewizja to luksus, toteż na ogół nie łączy się wydarzeń z dalekiego Manhattanu z interwencją natowskiej koalicji pod wodzą Amerykanów. Nie ma się co dziwić, bo globalizacja wolniutko wkracza w afgańskie doliny. Hamid studiuje literaturę angielską, ma wielu znajomych z szerokiego świata i kocha muzykę, także tę zachodnią. Ma też smartfon wpięty do sieci, ale nigdy nie słyszał o Beatlesach, Rolling Stonesach, Queen, U2 ani o AC/DC.

Najdłuższa wojna

Tuż po 11 września prezydent George W. Bush postawił talibom ultimatum: zażądał wydania przebywających w Afganistanie ludzi z Al-Kaidy. Gdy mułła Omar, przywódca talibów, odmówił, od 7 października 2001 r. amerykańskie lotnictwo przystąpiło do metodycznych bombardowań. Bomby spadły na Kabul, Kandahar i Dżalalabad, w pył obróciły obozy szkoleniowe Al-Kaidy. Naloty oraz operacja lądowa prowadzone przez amerykańskie i brytyjskie wojska specjalne sprzymierzone z Sojuszem Północnym, którym niegdyś dowodził Ahmad Szach Masud, wystarczyły, by do końca roku zająć prawie cały kraj. Jeszcze w grudniu 2001 r. Osamy ibn Ladena szukano w Tora Bora, plątaninie jaskiń na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Tora Bora, które miały być potężnym labiryntem i wielkim składem amunicji, okazały się rozczarowująco małe. Osamy w nich nie znaleziono. Dowódcy Delty zarzekali się, że z braku wystarczającej liczby ludzi musieli zatrzymać się 2 km od kryjówki terrorysty, dalej nie chcieli iść afgańscy żołnierze, którzy mieli wspierać Amerykanów. Saudyjczyk świetnie znający miejscowe góry wykorzystał wahania obławy i przewędrował do Pakistanu. To było pierwsze z serii rozczarowań.

Choć początki wcale nie były złe. Zwycięstwo było szybkie, talibowie zostali rozpędzeni i zwycięzcy sprawnie przystąpili do dźwignięcia Afganistanu z ery średniowiecza, do której strąciły go kilkuletnie rządy radykalnych uczniów szkół koranicznych. Plemienna starszyzna zebrała się na terenie politechniki w Kabulu. W namiocie przywiezionym z Niemiec, w którym w Bawarii organizowano pijatyki z okazji Oktoberfestu, wodzowie wybrali Hamida Karzaja na nowego prezydenta. Kiedyś walczył z talibami i spełniał podstawowy warunek – był dobrze urodzonym Pasztunem, członkiem najważniejszej mniejszości etnicznej, bez której nie uda się żadna afgańska układanka polityczna.

Niebawem do wyzwolonego kraju wróciły setki tysięcy wykształconych Afgańczyków, prześladowanych niegdyś przez talibów. Wracała imigracja, która od czasów sowieckiej interwencji mieszkała w Iranie i Pakistanie; z Iranu wróciła między innymi rodzina studenta Hamida. Znów uruchomiono szkoły i uniwersytety, otwarto je dla dziewcząt, które wcześniej nie mogły korzystać z publicznej edukacji. Karzaj z pomocą zachodnich doradców i coraz liczniejszych sił koalicji budował administrację, armię i policję. – I tak przegapiliśmy moment, gdy talibowie odzyskali siły – przyznaje jeden z generałów ISAF, Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa, jak nazywa się natowska koalicja.

W 2003 r. wybuchło ciągnące się do dziś powstanie przeciw obcym i władzom w Kabulu. Szefowie talibów walczą przez telefon z Pakistanu, gdzie chroni ich pakistański wywiad, niezainteresowany pokojem w Afganistanie. Ślą stamtąd rozkazy, pieniądze i broń. Powstańcy sięgnęli po zamachy samobójcze i prowizoryczne miny, które oprócz żołnierzy koalicji i rządowych funkcjonariuszy zabijają i ranią również cywilów. Zdecydowana większość ofiar cywilnych ginie właśnie z rąk powstańców, ostatnio coraz młodszych, bo do zamachów samobójczych wykorzystuje się kilkuletnie dzieci.

Od 2006 r. powstańcy stopniowo zdobywali przewagę. Zapędzenie NATO do silnie ufortyfikowanych baz skłoniło w 2009 r. prezydenta Baracka Obamę do zwiększenia liczby amerykańskich żołnierzy aż o jedną trzecią, do 120 tys. Jednocześnie Obama ogłosił, że siły amerykańskie, a z nimi pozostali sprzymierzeni, wycofają się z Afganistanu do 2014 r. Będzie to więc najdłuższa i najdroższa amerykańska wojna.

Zeszły rok był przełomowy, wzięliśmy górę nad powstańcami, latem nie odzyskali poprzedniej sprawności – można było usłyszeć w siedzibie ISAF na początku września. Kilka dni później ciężarówka pełna materiałów wybuchowych eksplodowała w amerykańskiej bazie, zabijając kilku Afgańczyków i raniąc blisko 80 żołnierzy USA. Dwa dni później grupa powstańców, przebrana w kobiece burki, stroje uniemożliwiające identyfikację, wspięła się na budowany w centrum stolicy wieżowiec i przez 19 godzin ostrzeliwała położoną naprzeciwko ambasadę amerykańską zapędzając dyplomatów do bunkra. Pod koniec września strzały oddano w kierunku siedziby CIA.

Talibowie dali też znać, co myślą o zaproszeniu do udziału w wielkiej radzie starszych. Ich negocjatorzy wysadzili się w znakomicie strzeżonym domu Burhanuddina Rabbaniego, byłego prezydenta odsuniętego od władzy przez talibów, bohatera walk z Rosjanami i kluczową postać rozmów pokojowych. Tym razem bombę, która zabiła Rabbaniego, ukryto w turbanie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną