Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Świat

Widma w mieście Piramida

Opuszczona osada na Spitsbergenie przyciąga turystów

Cmentarz za miastem. Podobno zostały tylko groby, szczątki zmarłych wywieziono. Cmentarz za miastem. Podobno zostały tylko groby, szczątki zmarłych wywieziono. Ilona Wiśniewska / Polityka
Miała to być wizytówka ZSRR w Arktyce. Dziś opuszczona osada na Spitsbergenie chce być choć atrakcją turystyczną.
Port w Piramidzie.Ilona Wiśniewska/Polityka Port w Piramidzie.
Widok na główną ulicę.Ilona Wiśniewska/Polityka Widok na główną ulicę.
Widok na Piramidę od strony morza.Ilona Wiśniewska/Polityka Widok na Piramidę od strony morza.

W Rosji mamy wiele takich opuszczonych miast – Vadim dłubie słonecznik i wrzuca łupinki do papierowej tutki zrobionej z kartki zeszytu w linie. – Po prostu buduje się, eksploatuje, a potem zostawia i buduje następne. Tu, na Spitsbergenie, różnica polega jedynie na tym, że takie miejsce się zwiedza.

Vadim jest przewodnikiem w Piramidzie, górniczej osadzie na 78 st. szerokości geograficznej północnej, wysiedlonej 1 października 1998 r. Budzi się codziennie około dziesiątej w swoim pokoju na czwartym piętrze nieczynnego hotelu Tulipan, pije kawę, pali – jednego za drugim – czerwone marlboro, potem zakłada czerwoną przeciwwiatrową kurtkę, zarzuca na plecy karabin Los-4 i idzie do portu.

Chodzi tak już kolejny miesiąc. Od czerwca do września przez siedem dni w tygodniu przypływają tutaj statki z turystami z całego świata. W poniedziałek, środę, piątek i niedzielę „Polargirl”, we wtorki, czwartki i soboty „Langøysund”. Za każdym razem około 40 osób. O 8.30 przewoźnicy zaczynają zbierać chętnych spod hoteli w oddalonym o 60 km na południe Longyearbyen. Punkt 9.00 ruszają na północ Billefjordu. W prospekcie wycieczki do Piramidy turyści mają napisane, że zobaczą miasto widmo.

Prawda, zimą w tutejszym hotelu mieszkają dwie osoby (jeszcze do niedawna był jeszcze kot), jednak latem firma Trust Arktikugol wynajmuje 30 robotników do porządkowania terenu, dwie kobiety do obsługi hotelu, w którym czynna jest tylko kantyna i muzeum, oraz dwóch przewodników. Vadim przyjechał, bo znajomy – Misza – który pracował tutaj w zeszłym roku, pokazał mu ogłoszenie w gazecie, a że ten nie lubi tłoku (dlatego – jak ironizuje – mieszka w Moskwie), więc wysłał zgłoszenie. Misza powiedział tylko: Weź kurtkę, buty z dobrą podeszwą i komputer, bo będziesz się nudził. Wziął. Nie nudzi się.

Czy Vadim lubi ludzi? Nie lubi, gdy zadają mu pytania w stylu: co lubi jeść, albo gdy nazywają matrioszkę babuszką. Poza tym są mu obojętni. Bardziej zajmuje go – jak na doktoranta teologii przystało – naukowe dowodzenie niemożności unii między Kościołem anglikańskim i prawosławnym.

Piramida była największą, zaraz po Barentsburgu (zamieszkanym do dziś przez ok. 400 osób) i Grumant (wysiedlonym w latach 60.), rosyjską osadą na Spitsbergenie. Rosjanie odkupili ją od Szwedów w 1927 r., po czym zasiedlili wykwalifikowanymi górnikami z ukraińskiego Donbasu i rosyjskiej Tuły. W latach największego rozkwitu mieszkało tu ponad tysiąc osób (w 1989 r. dokładnie 715 mężczyzn, 228 kobiet i 71 dzieci). Miała to być wizytówka ZSRR w Arktyce, gdzie wysoki standard życia i nowoczesne technologie w założeniu rekompensowały mieszkańcom trzymiesięczną noc polarną, odcięcie od świata przez zamarzające morze i średnią temperaturę latem w granicach plus 5 st.

Postawiono na produkcję (kopalnia węgla, gospodarstwa hodowlano-rolne, szklarnie), naukę (szkoła, przedszkole, biblioteka na 60 tys. woluminów), zdrowie (szpital, apteka), tężyznę fizyczną (hala sportowa, dwa baseny), rozrywkę (kino, sala koncertowa, studio muzyczne), a wszystko w budynkach wykonanych z najlepszych surowców, z misterną dbałością o szczegóły: brzozowe boazerie, lustrzane sufity, granitowe podłogi i ceramiczne mozaiki. Nawet trawę przeszczepiono z okolic Murmańska. Rozmach.

Samoopowiadająca się historia

Wyprawa do Pyramiden to zawsze było dla nas coś specjalnego. To miasto było kompletnie odizolowane – mówi Birger Amundsen, redaktor naczelny gazety „Svalbardposten” z Longyearbyen, który pierwszy raz odwiedził to miejsce w 1978 r. – Ruch turystyczny w tamtym kierunku nie istniał, a że też nikt z mieszkańców nie miał łodzi, to każda wizyta kogoś z zewnątrz była świętem. Ludzie zapraszali nas do domów. Oni nie mówili po norwesku, a my nie mówiliśmy po rosyjsku, ale rozmowy ciągnęły się czasem godzinami. Najczęstszą rzeczą, o którą pytali, było, ile się u nas zarabia.

W Piramidzie nie było obiegu pieniężnego poza hotelem, gdzie cudzoziemcy płacili dolarami, dlatego z innostrańcami kwitł głównie handel wymienny. Na początku lat 90. najbardziej poszukiwanym towarem były magnetofony jamniki, koniecznie dwukasetowe. – To na przykład – Amundsen wyciąga drewniane liczydło w ramie – dostałem od pani weterynarz, która nie pozwoliła mi odejść z pustymi rękami po tym, jak kategorycznie odmówiłem przyjęcia prezentu w postaci żywego prosiaka. Nie było dla niej ważne, że jest zima, a ja przyjechałem skuterem śnieżnym. Chciała mi po prostu coś dać.

Opinią najczęściej powtarzaną przez innych starych mieszkańców Longyearbyen na wspomnienie Piramidy jest: Tam można było więcej.

Kiedy wydobycie węgla okazało się nierentowne, populacja mieszkańców zaczęła spadać. W styczniu 1998 r. było już tylko 351 mężczyzn i 101 kobiet. A potem wyjechali wszyscy. Zostawili maszyny, meble, obrazki na ścianach, pościel, rośliny doniczkowe i trudny do zniesienia zapach. W normalnej sytuacji o domach zabitych deskami szybko by zapomniano, tutaj jednak już po kilku latach zaczęli pojawiać się turyści, filmowcy i podróżnicy, dla których miejsce to stanowiło nową jakość.

Z jednej strony powidoki obecności na poplamionych materacach, erotycznych zdjęciach na ścianach i niedopałkach w zakrętkach słoików, a z drugiej niepojęta cisza łuszczącej się z zimna olejnej lamperii i podłóg usłanych martwymi ptakami. Fotograficzny samograj i samoopowiadająca się historia w sercu Arktyki.

Przybywa statek

Vadim idzie do portu po rozpadającym się drewnianym chodniku, zbudowanym na podwyższeniu okalającym nieczynne rury ciepłownicze. Słońce przygrzewa nieprzyzwoicie jak na początek września. Żadnego wiatru. Cisza przerywana odgłosami odłamujących się kawałków z lodowca Nordenskiöld. Widać już „Polargirl” na horyzoncie, ale Vadim się nie spieszy. Praviła Techniki Bezopasnosti i tak nie pozwalają nikomu oddalić się od statku bez przewodnika w obawie przed niedźwiedziami polarnymi. A według tych przepisów tylko przewodnik wie, jak wystraszyć niedźwiedzia.

Na ostatniej prostej wyprzedza Vadima pędem żółty quad. To jedzie Dimitri, dla przyjaciół Dima. Wełniana kamizelka ze wzorem warkocza, ortalionowe spodnie, obgryzione paznokcie oraz ten rodzaj uśmiechu 25-latka, który rozbraja kobiety w każdym wieku i każdego stanu cywilnego. W ubiegłym roku pracował latem jako przewodnik w Barentsburgu, teraz tutaj. Z St. Petersburga zawsze ciągnęło go na Północ, a letnia praca to idealny pretekst, aby odłożyć nieco w czasie pisanie pracy magisterskiej z geografii. Im dalej, tym lepiej. Przeciwieństwo Vadima – wygadany, otwarty, energiczny. Pewnie dlatego spotykają się tylko raz dziennie na czas półtoragodzinnej wizyty miłośników współczesnych ruin.

Dima przyleciał do Piramidy z plecakiem. Nie wziął żadnej książki, ale ma laptopa z wszystkimi sezonami „Przyjaciół”, „Californication” i „Dwóch i pół” w oryginale, żeby szlifować angielski. Codziennie chodzi do magic pointu, czyli kija wbitego w ziemię na drodze do portu, bo tam czasem łapie się zasięg norweskiego Telenora. Do plecaka ma przypięty karabinek do wspinaczki na wspomnienie swej ukochanej Karelii oraz pomarańczowo-czarną Wstążkę św. Jerzego, noszoną jako symbol pamięci o 9 maja 1945 r. Dwa talizmany, jak mówi.

Kiedy statek dobija do utrzymującego się siłą woli portu, Dima pomaga opuścić schodki, a Vadim w tym czasie zaciąga się papierosem, jakby chciał wessać w siebie również filtr łącznie z palcem wskazującym. Jest i przesyłka dla Dimy. Pewna para Norwegów, oczarowana jego gościnnością, w ramach podzięki podała mu przez kapitana worek pomidorów. – A wczoraj jeszcze miałem ogórki – nie potrafi ukryć rozczarowania obdarowany. – To tak zawsze, jak mam ogórki, to nie mam pomidorów, jak mam pomidory, to nie mam ogórkówa ja bym zjadł takiej sałatki jeszcze z cebulą.

W efekcie zazwyczaj bez marudzenia zajada się purée ziemniaczanym w proszku i ciastkami z dżemem jagodowym, słuchając Massive Attack z komputera.

Stacje marszruty

Marszrutę rozpoczyna Vadim, który z karabinem na ramieniu z daleka wygląda jak prawosławny patriarcha z krzyżem prowadzący procesję. Zatrzymuje się co jakiś czas, pokazuje dany budynek, niektóre – na przykład Pałac Kultury – pozwala obejrzeć od środka (ale nie dłużej niż 10 minut), opowiada jak się da najmniej i idzie dalej.

Stacja pierwsza, druga, trzecia. W tym samym czasie Dima jedzie quadem do hotelu, gdzie na czas wizyty pielgrzymów do mauzoleum socjalizmu musi otworzyć muzeum i sklepik z pamiątkami. W muzeum są stare zdjęcia z lat prosperity, wypchana mewa trójpalczasta z kulkami papieru w miejscu oczodołów, renifer z oczami z plastiku i dziurą na karku oraz niedźwiedź bez zębów, za to z pomalowanym czerwoną farbą podniebieniem. Wszytko to pod kalejdoskopowym sufitem ze szkła i metalu w odcieniu różu i musztardy.

W sklepiku można kupić matrioszkę z twarzą Putina (wielkości średniego psa) w cenie od 200 do nawet 1500 norweskich koron, podrasowaną wańkę-wstańkę z dzwoneczkiem, czapkę wojskową i polakierowaną kostkę węgla, a wszystko popić litrowym piwem z puszki (50 koron), zakupionym w kantynie sąsiadującej z muzeum. Wystarczy jedno takie, by po potężnym mężczyźnie w garniturze z foczego futra widać było, że ubrał się nieco za ciepło jak na arktyczne lato. Spocony kupuje więc biały T-shirt z napisem „Пиpaмидa” i tylko upewnia się, czy aby na pewno tam jest napisane Spitsbergen.

Kantyna na parterze ceglanego hotelu ma ściany wyłożone boazerią, podłogę parkietem, a krzesła eleganckim skajem. Od wejścia wita duszący zapach mieszanki z jednej strony niewietrzonych pomieszczeń, przepoconych pach i zdechłej ryby, a z drugiej pieczonego chleba, kotletów i kompotu z jabłek. W kuchni parują garnki ze strawą dla 30 robotników, którzy – w ciągu dnia niewidzialni – schodzą się tu dokładnie trzy razy: o 8, 13 i 19. Śniadanie, obiad, kolacja. Od wschodu do zachodu, tyle że tutaj słońce nie zachodzi już od czterech miesięcy.

My w zapadnej Ukrainie to rozumiemy trochę polski – odważa się odezwać na oko 70-letni Sasza z Żytomierza, przez resztę roku – jak inni – górnik z Barentsburga. – I Polaki to nasi sąsiedzi tutaj – dodaje między kolejnymi łyżkami barszczu. – Tam, na południe – doprecyzowuje, mając na myśli Polską Stację Badawczą w Hornsundzie, oddalonym o kilkanaście godzin drogą morską. I tyle. Vadim zazwyczaj je sam, a Dima zwykle się spóźnia.

– Dom to jest dom, a zarobek to jest zarobek – Lina smaży 36 kotletów mielonych. Od kilku lat na kontrakcie: dwa lata na Spitsbergenie, dwa lata w domu, w Donbasie. Gdy na Spitsbergenie, to latem w Piramidzie, przez resztę roku w Barentsburgu. Krótkie siwe włosy, pogodna twarz i fartuch kuchenny w słusznym rozmiarze. Przywiozła ze sobą Matkę Boską na łańcuszku i zdjęcia syna z dwoma wnukami. Do kuchni wpuszcza tylko zaprzyjaźnionych. Reszta musi rozmawiać przez próg. Jak trzeba, to nie przebiera w słowach. Kompot jest tylko dla pracowników i mimo że zostają pełne szklanki na blacie, to inni mogą kupić sobie tylko puszkę fanty za 20 koron. Bo jak się jednak któremuś z robotników zachce pić i wróci, a kompotu nie będzie? Nawet zza tego progu wyznacza wyraźny dystans, krzyżując ręce na piersiach i naciągając sweter na brzuchu, jakby jej było zimno.

Inaczej Ina. Dłuższe włosy, lekki makijaż, duże oczy, usta i dekolt, na którym niejeden mężczyzna zechciałby złożyć głowę po ciężkim dniu pracy. Właśnie urodził jej się wnuk, więc jakby był Internet, toby jej wysłali zdjęcia, a tak to musi czekać do jesieni, jak już wróci do Barentsburga, gdzie jest mąż, druga córka z zięciem i praca w pralni. Jeździ na Ukrainę raz w roku. Tęskni za drzewami. I żeby było trochę cieplej. W ekspresie ciśnieniowym włącza przycisk espresso zamiast kawa czarna, ale to nic – po prostu gotuje wodę w czajniku, przelewa z małej do większej filiżanki i uzupełnia wodą. Kawa jak kawa. Ważne, żeby posłodzić. Do turystów mówi tylko po rosyjsku. Ich sprawa, że nie rozumieją. I tak zazwyczaj kupują piwo „Bełyi medved’”, a do tego potrzebny jest jedynie palec wskazujący.

Statek odpływa

Gdy już wychodzą, Lina przejeżdża podłogę ścierką i potem może wreszcie usiąść spokojnie w kuchni przy stole pod wielkim oknem. Do kolacji jeszcze dwie godziny. Dima macha ręka do odpływającego statku, po czym zarzuca kaptur na głowę i wskakuje na quada. Vadim z rękami w kieszeniach, nie obracając się ani na chwilę odchodzi w stronę centrum, zostawiając po sobie smugę dymu.

Drogą do portu jedzie koparka ciągnąc z hukiem zardzewiałą rurę. Zrzuca ją i wraca, a za chwilę wiezie następną, trochę krótszą. Biała Toyota Hiace (model z końca lat 80.) wiezie czterech mężczyzn i deski do łatania dziur w pomoście. Jeden je rozładowuje, a reszta czeka w samochodzie. W jednym kontenerze zostali holenderscy muzycy, którzy będą nagrywać dźwięki Piramidy, a w drugim dziennikarze telewizji Arte, którzy ją sfilmują. Spory ruch jak na miasto widmo.

Polityka 43.2011 (2830) z dnia 19.10.2011; Na własne oczy; s. 108
Oryginalny tytuł tekstu: "Widma w mieście Piramida"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Katarzyna Nosowska dla „Polityki”: Jestem moim planem na życie

Dziś w stosunku do artystów jest coś chłodnego – mówi Katarzyna Nosowska, tegoroczna laureatka towarzyszącej Paszportom POLITYKI nagrody specjalnej Kreator Kultury.

Bartek Chaciński
20.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną