Świat

Umarł dyktator, niech żyje król

Co z Libią po śmierci Kadafiego?

Radość na ulicach Trypolisu. Jaka Libia będzie teraz? Radość na ulicach Trypolisu. Jaka Libia będzie teraz? Abdel Magid al-Fergany/AP / Fotolink
Libijscy powstańcy dopadli Muammara Kadafiego. Zdjęcia zmaltretowanego ciała satrapy wiele mówią o przyszłości Libii.
Po śmierci dyktatora w Trypolisie zaczyna się walka o władzę.SIPA/EAST NEWS Po śmierci dyktatora w Trypolisie zaczyna się walka o władzę.
Tłum nad zwłokami Kadafiego. Czas despotii dobiegł końca.Hamza Turkia/Photoshot/Reporter Tłum nad zwłokami Kadafiego. Czas despotii dobiegł końca.

Muammar Kadafi od miesięcy odgrażał się, że jeszcze przejdzie do kontrofensywy albo polegnie w walce z bronią w ręku. W ubiegły czwartek, dwa miesiące po upadku Trypolisu, musiał uciekać z oblężonej Syrty, a gdy jego konwój stanął ostrzelany przez natowski samolot, były dyktator Libii schował się w przepuście pod autostradą. Tam znaleźli go powstańcy. Błagał, by nie strzelać, i dał się rozbroić nastoletniemu chłopakowi w bejsbolowej czapce. Świat obiegły zdjęcia tłumu brodatych mężczyzn niosących na rękach osiemnastolatka Mohameda Bibiego, który wymachiwał złotym pistoletem dyktatora. Sam Kadafi, gdy go pochwycono, jeszcze żył, podobno to Bibi zabił go podczas szamotaniny. Według innych doniesień zmarł od ran odniesionych w ataku lotniczym na konwój.

Okres despotii dobiegł końca, w Trypolisie zaczyna się walka o władzę. Naprzeciw siebie stają dwie siły: Przejściowa Rada Narodowa, która sama udzieliła sobie najwyższych pełnomocnictw, ale zyskała też uznanie większości krajów ONZ, i lokalni dowódcy wojskowi, którzy zdobywali poszczególne miasta, z Trypolisem włącznie. Na tę rywalizację nakłada się podział plemienny, a plemion w Libii naliczono 140. 30 z nich odgrywa istotną rolę, przy czym na straty można spisać plemię Kadafa, z którego pochodził obalony dyktator. Mało znaczyło w historii Libii, ale po dojściu pułkownika do władzy tworzyło sieć administracyjną kraju. Kto chciał dostać pracę w państwie, które było głównym libijskim pracodawcą, musiał mieć poparcie kogoś z plemienia Kadafiego.

Lokalni dowódcy oskarżają Radę, że jest przytuliskiem dla byłych dygnitarzy Kadafiego, na czele z przewodniczącym Rady Mustafą Abdulem Dżalilem, który w ekipie dyktatora był ministrem sprawiedliwości i sędzią. Na jego obronę trzeba przyznać, że w styczniu 2011 r., na miesiąc przed wybuchem libijskiego powstania, wygłosił na kongresie Dżamahiriji oskarżycielskie przemówienie o niecnotach służby bezpieczeństwa i lekceważeniu prawa przez państwo. A później pojechał do Bengazi i przystał do powstańców. Gdyby tego nie zrobił, dziś zapewne już by nie żył – Kadafi wyznaczył równowartość 400 tys. dol. za jego głowę.

Prawo zemsty

Dżalil kieruje dziś czymś na kształt prowizorycznego parlamentu, a zarazem tymczasowej kancelarii tymczasowego prezydenta. Rada dąży do zapewnienia Libijczykom normalnego życia, wyborów do konstytuanty, swobód religijnych i nowej polityki zagranicznej. Na razie są to jednak tylko postulaty, bo w kraju trwają samosądy i rozliczenia, a Rada nie ma siły, by je powstrzymać. W społeczeństwach plemiennych obowiązuje prawo zemsty i trudno oczekiwać, że trzymane pod butem społeczeństwo uszanuje prawa dawnych oprawców. Okrucieństwo rozliczeń jest tym większe, im większa była demoralizacja. Dyktatura zdemoralizowała służby bezpieczeństwa, wojsko, opłacanych przez Kadafiego najemników. Natomiast wojna zdemoralizowała wszystkich bez wyjątku.

Libia ma również tymczasowy rząd, bezradną grupę fachowców skupionych wokół doktora Mahmuda Dżibrila, kiedyś wykładowcy uniwersytetu w Pittsburghu. Lokalni dowódcy poniżają ministrów, bo nie bez racji ich też uważają za dygnitarzy Kadafiego. Dżibril studiował w Egipcie i USA, w Ameryce wykładał planowanie polityczne. Teraz przekonuje się, że planować w USA w teorii jest łatwiej, niż robić to samo w Libii w praktyce. Od 2007 r. był przewodniczącym Krajowej Rady Rozwoju Ekonomicznego, która po wybuchu powstania zbuntowała się przeciwko dyktaturze i powołała Przejściową Radę Narodową z Dżalilem, któremu Dżibril dziś podlega. Zapowiedział, że ustąpi z funkcji i wycofa się z polityki, kiedy kraj będzie wolny. Ale co to znaczy i kiedy nastąpi, tego nikt nie wie.

Jednym z najbardziej zagadkowych epizodów powstania pozostaje zamach na dowódcę Libijskiej Armii Rewolucyjnej gen. Abdela Fatah Junisa. Junis był w rządzie Kadafiego ministrem spraw wewnętrznych, czyli przełożonym oprawców, pochodził z wpływowego w rejonie Bengazi plemienia. Wysłano go w rodzinne strony, żeby stłumił bunt, ale lojalność plemienna wzięła górę nad dyscypliną wojskową i generał przeszedł na stronę ziomków. W rządzie Dżibrila został ministrem obrony, ale Rada wezwała go na przesłuchanie w sprawie kontaktów jego rodziny z dyktatorem. Powstaniec eskortujący go na przesłuchanie skorzystał z okazji i zemścił się na generale za śmierć ojca, którego zamęczono w więzieniu. Zastrzelił Junisa.

Ale są jeszcze trzy inne wyjaśnienia tego zabójstwa: że powstaniec był człowiekiem Kadafiego, że widział w generale podwójnego agenta, wreszcie że Junis zginął, bo był zdrajcą. Owszem, był zdrajcą, bo jako drugi człowiek w państwie zdradził Kadafiego. Typowe porachunki czasów rewolucyjnych. Teraz próba uczciwego śledztwa będzie jednym z egzaminów dojrzałości wolnego libijskiego państwa. Po zabójstwie Junisa Rada rozpędziła rząd, ostał się tam tylko Dżibril. Powołał 15 ministerstw, ale Libia to kraj bogaty, ministerstwo finansów i ropy naftowej poradzi sobie z utrzymaniem kolegów z innych resortów. Nie przypadkiem obydwa najważniejsze ministerstwa znalazły się pod kuratelą tego samego ministra, ekonomisty wykształconego w USA.

 

Podział łupów

Popowstańcza polityka kręci się wokół swarów komendantów z politykami. Szef Rady, Dżalil, twierdzi, że wśród wojskowych są fundamentaliści islamscy, którzy powinni złożyć broń. Sam Dżalil jest specjalistą w zakresie prawa koranicznego, więc powinien wiedzieć, co mówi. Zarzuty te sformułował jednak dość niefortunnie, bo to przecież Kadafi krzyczał, że powstanie przeciwko niemu wywołała Al-Kaida. Istotnie, kilkuset Libijczyków udało się w swoim czasie do Iraku, aby walczyć tam z interwencją USA. Po zakończeniu tamtejszej rebelii wrócili uzbrojeni do Libii i zasilili szeregi powstańców. Jeden z członków Rady uważa z kolei, że komendant wojskowy Trypolisu jest figurantem MI6 i CIA.

Krajem targają też spory plemienne. Plemię Misrata jest jednym z wpływowych w Libii, ale zostało pominięte w układance Rady. Nie znalazł się w niej ani jeden członek plemienia, o co rozpętała się awantura. Kiedy Junis zginął, przedstawicielom Misraty zaproponowano stanowisko dowódcze w armii. Inne plemiona będą teraz protestować albo domagać się parytetu. I tak jest wszędzie, gdzie dzieli się sfery wpływów. Była minister obrony Japonii, która przewodniczy dziś Towarzystwu Przyjaźni Japońsko-Libijskiej i była niedawno w Trypolisie, ostrzegała w Al-Dżazirze przed wybuchem wojny plemiennej.

Zagrożenie następne: rozkradzione arsenały Kadafiego, które trafiły do rąk zwykłych Libijczyków i najemników Kadafiego. Zginęły m.in. rakiety przeciwlotnicze, do których Kadafi miał szczególną słabość, Libia mogła mieć ich nawet 20 tys. Część z nich trafiła pewnie do Algierii i Nigru, skąd działa miejscowy oddział Al-Kaidy. Zaś najemnicy Kadafiego to Tuaregowie, są Kurdami Afryki Subsaharyjskiej. Nikła ich część wędruje po zachodniej Libii przy granicy z Algierią, większość po terenach Nigru, Mali i Burkina Faso. Kadafi był jedynym politykiem afrykańskim, który popierał ideę utworzenia państwa Tuaregów, co prezydenci sąsiednich państw uznawali za szaleństwo.

Dowódca najemników Nassar Mabrouk umknął z rodziną do Kairu, ale większość żołnierzy pozostała. W swoich ojczyznach nie mają czego szukać, nie są tam mile widziani. W Libii mogą rozpętać nową wojnę, jeśli tylko ktoś im zapłaci. Nie zginęli też wszyscy synowie Kadafiego. Do Algierii wyjechał playboy Hanibal, piłkarz Sadi uciekł do Nigru. Nie wiadomo, co się dzieje z menedżerem Saifem, który był prawą ręką ojca podczas rebelii. Mówiono, że zmarł od ran, ale nikt nie znalazł jego ciała, zresztą już kilkukrotnie miał być pochwycony, a potem odnajdywał się na wolności. Żaden z synów nie został namaszczony na następcę, ale zachowują zapewne dostęp do ogromnego rodzinnego majątku.

Giełda pomysłów

W Libii słychać wezwania do jedności, a w Brukseli i Waszyngtonie zapowiedzi, że dobiegła końca misja NATO. Zresztą interwencja dla Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów potoczyła się szczęśliwie. Sumaja Ganuszi, komentatorka prasy brytyjskiej zajmująca się sprawami świata islamu, pisze w serwisie Al-Dżaziry, że prawdziwe interesy mają w Libii właśnie Francja, bo chce sprzedawać tam broń, Włochy, bo są największym odbiorcą ropy libijskiej, Wielka Brytania, której zależy na kontraktach eksportowych, i Turcja, bo chce odtworzyć strefę wpływów na obszarze dawnego imperium osmańskiego.

NATO, czyli Europa i Ameryka, są pewne swego, ale część Afryki czeka jeszcze na przesilenie. Libijskich władz powstańczych nie uznały Angola, Kongo, Tanzania i Zambia. Wśród sąsiadów Libii panuje niepokój, bo uchodźcy z Libii, w tym zwolnieni z pracy robotnicy z krajów ościennych, to fala, która może przenieść rewolucję do autorytarnego Nigru. W kraju tym wydobywa się uran, ale brakuje żywności, rząd tnie wydatki budżetu, a tamtejsi władcy wiedzą, że arabska wiosna wybuchła wraz z gwałtownym wzrostem cen żywności.

Tunezja, gdzie wszystko się zaczęło, właśnie wybrała parlament. Tunezyjczycy po jednowładztwie Ben Alego mogą wybierać teraz między setką nowo powstałych partii, za chwilę konstytuanta na nowo wymyśli ramy tunezyjskiej polityki. Tunezja dla Libii mogłaby stać się wzorem transformacji, ale w porównaniu z plemienną Libią jest w luksusowej sytuacji. Wybory do libijskiej konstytuanty będą zarządzone przez Radę Dżalila wiosną, Libijczycy pierwszy raz w historii pójdą do urn, tyle tylko, że głosowanie będzie nadzorował komitet Dżibrila oraz lokalni komendanci. I to oni wraz z wodzami plemion będą mieli największy wpływ na wyniki.

Wraz ze śmiercią Kadafiego na dobre ruszyła giełda pomysłów na nowy ustrój Libii. Dżamahirija, ustrojowy dziwoląg wymyślony przez pułkownika, odpada – miał być ludowładztwem, a stał się znakomitym narzędziem władzy jednego człowieka. Historia uczy, że po trzecioświatowych dyktaturach najlepiej sprawdzają się rządy silnej ręki, choć w libijskim przypadku żongluje się raczej koncepcjami przyjęcia jakiejś formy demokracji. Pod uwagę bierze się zatem systemy prezydenckie albo parlamentarne, napomyka o modelu tureckim, bo jest sprawdzony w kraju islamskim i uwzględnia potrzebę zapewnienia silnej pozycji armii.

Wśród pomysłów na nową Libię jest i powrót do obalonej przez Kadafiego monarchii. Następca tronu i bratanek króla Idrysa żyje na emigracji, ma się dobrze, udzielił też poparcia rewolucji. W samej Libii opinie na temat restauracji są podzielone, ale nawet gdyby monarchia została przywrócona, król miałby ceremonialne funkcje. Już Idrys nie miał realnej władzy, był natomiast symbolem państwa, a taki symbol odnowy mógłby dziś się przydać i zapełnić pustkę po Kadafim. W ostatnich miesiącach Libię jednoczyła przede wszystkim nienawiść do dyktatora. Teraz, gdy pułkownik nie żyje, kraj potrzebuje jedności jak nigdy wcześniej.

Polityka 44.2011 (2831) z dnia 26.10.2011; Świat; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Umarł dyktator, niech żyje król"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Świat

Meghan i Harry zadali cios tysiącletniej monarchii

Szacowny dom Windsorów sypie się w posadach. Ostatnie miesiące przypominają kryminał Agaty Christie „I nie było już nikogo”, bo „znikają” kolejni członkowie królewskiej rodziny.

Marek Rybarczyk
09.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną