Raport ws. katastrofy w Fukuszimie

Winna nie tylko przyroda
Rządowy raport dotyczący katastrofy w elektrowni Fukuszima pokazuje, że zabrakło kompetencji i przestrzegania procedur. I to w kraju, który procedurami stoi.

Za katastrofę w japońskiej elektrowni Fukuszima odpowiada operator elektrowni, firma Tepco i rządowa agencja kontroli, która nie wymogła na firmie zmian – czytamy w opublikowanym niedawno raporcie. Z rządowego dokumentu wynika, że Tepco już w 2008 r. przeprowadziła symulację fal tsunami przekraczających 15 metrów i wiedziała jakie mogą być konsekwencje, ale ponieważ uznano, że tak wysokie fale zdarzają się rzadko, nie przeszkolono pracowników, ani nie zbudowano dodatkowych zabezpieczeń.

Raport wypomina błędne decyzje operatorów Fukuszimy, nieprzygotowanie na wypadek uszkodzenia systemów chłodzenia i zbyt późną decyzję, żeby do schłodzenia rdzenia użyć wody z oceanu. Piętnuje też słabą komunikację między zarządem firmy a przedstawicielami japońskich władz. Nikt nie wpadł np. na pomysł telekonferencji, podczas której na bieżąco można byłoby informować ministerstwo odpowiedzialne za sytuacje kryzysowe.

Nad raportem, który jest cząstkowy, przez siedem miesięcy pracowało 10 niezależnych ekspertów, którzy badali miejsce katastrofy i przeprowadzali wywiady z blisko pół tysiącem mieszkańców, pracowników elektrowni i przedstawicieli władz. Ostateczny dokument ukaże się w lipcu 2012 r., jak tylko eksperci skończą pracę. Na wyniki czeka m.in. ponad 110 tys. ludzi, którzy mieszkali w promieniu 20 km od elektrowni, a po katastrofie musieli opuścić swoje domy i wciąż nie mogą do nich wrócić. A nawet jeśli wrócą wciąż będą obawiać się o skażenie radioaktywne, które dotyka nie tylko rolników, rybaków, ale i zwykłych konsumentów.

Kilka miesięcy po katastrofie zarząd Tepco zapewniał, że firma w żaden sposób nie mogła się przygotować na tak silne trzęsienie ziemi i ogromne fale, ale raport pokazuje czarno na białym, że to nie prawda. Wystarczyło nie zlekceważyć kontroli, zbudować np. mur chroniący elektrownię i przygotować pracowników na wypadek awarii, tak żeby każdy wiedział co robić. Zawiodły więc procedury i to w kraju , który szczyci się opracowaniem procedury zachowania niemal w każdej sytuacji społecznej. Wiadomo jak powinno wyglądać oficjalne spotkanie, jakie gesty i słowa powinny paść w sytuacjach formalnych i co należy zrobić jeśli zakołysze się ziemia. Żaden Japończyk nie wpada wówczas w panikę, tylko krok po kroku wykonuje czynności, których nauczył się na corocznych szkoleniach. Dlaczego więc w przypadku Fukuszimy procedury zawiodły?

Kontrola z 2008 r. wykazała też 10 proc. ryzyko poważnej awarii Fukuszimy I. Należało pewnie już wtedy zamknąć tę elektrownię. Przy zachowaniu procedur nie ma miejsca na zastanawianie się czy 10 proc. to dużo czy mało. A tak Fukuszimę trzeba rozebrać i zneutralizować, co może pochłonąć blisko 15 mld dol. i zająć nawet pół wieku. Japończycy zniechęcili się do elektrowni atomowych, a wiele państw zaczęło wręcz od niej odchodzić. Niemcy np. przed katastrofą planowali wydłużać funkcjonowanie starych elektrowni, a po 11 marca wyłączyli 7 najstarszych reaktorów i powoli przechodzą w kierunku odnawialnych źródeł energii.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj