Dyskretny urok niemieckiej arystokracji

Zu zobowiązuje
Niemcy oderwali się na moment od kryzysu i hucznie obchodzą 300-letnią rocznicę urodzin Fryderyka II Wielkiego, potomka arystokratycznego rodu Hohenzollernów. A przy okazji wzrosło zainteresowanie ekskluzywnym światem współczesnej niemieckiej arystokracji.
Fryderyk II Wielki. Król Prus w latach 1740-1786.
Forum

Fryderyk II Wielki. Król Prus w latach 1740-1786.

Książę Prus Georg Friedrich Ferdinand Hohenzollern. Praprawnuk ostatniego cesarza Niemiec Wilhelma II. Jest ekonomistą. Sympatyczny i bezpretensjonalny. Na fot. w czasie ślubu z księżniczką Sophie von Isenburg.
Andreas Rentz/Getty Images/Flash Press Media

Książę Prus Georg Friedrich Ferdinand Hohenzollern. Praprawnuk ostatniego cesarza Niemiec Wilhelma II. Jest ekonomistą. Sympatyczny i bezpretensjonalny. Na fot. w czasie ślubu z księżniczką Sophie von Isenburg.

Książę Hanoweru Ernest August V. Mąż księżniczki Karoliny z Monako. Plotkarskie magazyny, które z upodobaniem piszą o jego romansach, wywołanych awanturach i nadużywaniu alkoholu.
Alain BENAINOUS/Getty Images/Flash Press Media

Książę Hanoweru Ernest August V. Mąż księżniczki Karoliny z Monako. Plotkarskie magazyny, które z upodobaniem piszą o jego romansach, wywołanych awanturach i nadużywaniu alkoholu.

Baron Karl-Theodor zu Guttenberg. Były minister gospodarki, a potem obrony. Po przyłapaniu go na splagiatowaniu pracy doktorskiej, złożył urząd i wyjechał wraz z żoną, hrabianką Stefanią von Bismarck-Schönhausen, do Ameryki.
Michael Kappeler/Reuters/Forum

Baron Karl-Theodor zu Guttenberg. Były minister gospodarki, a potem obrony. Po przyłapaniu go na splagiatowaniu pracy doktorskiej, złożył urząd i wyjechał wraz z żoną, hrabianką Stefanią von Bismarck-Schönhausen, do Ameryki.

Dla wydawców bulwarowych gazet, zamieszczających plotki z życia wyższych sfer, Niemcy są wciąż jednym z największych rynków w Europie. „Arystokraci nie zniknęli, i nawet jeśli większość z nich nie mieszka w pałacach i zamkach, to wychowują swoje dzieci tak, jakby już jutro mieli się tam z powrotem przeprowadzić – pisze Christine von Brühl w książce „Szlachectwo zobowiązuje”.

Wie, o czym mówi. Swój wpisany do dowodu osobistego tytuł hrabiowski odziedziczyła po przodkach związanych z dworem królów saskich, kupiony przez przodków pałac w Warszawie – pałac Brühla (wysadzony w powietrze w grudniu 1944 r.) – był przed wojną siedzibą naszego MSZ. Wychowywała się w rodzinie, której zasad nie zniweczyły nawet wielokrotne, wynikające z dyplomatycznej pracy ojca, przeprowadzki (na początku lat 80. mieszkali przez kilka lat w Warszawie). Wakacje spędzała u babki, która zapraszała do swego XVIII-wiecznego zamku na południu Niemiec liczne wnuki i jeszcze większą gromadę kuzynostwa. Po śniadaniu zjawiała się w salonie kucharka w wykrochmalonym fartuchu, pytając chlebodawczynię o życzenia związane z obiadem, przy stole usługiwał kamerdyner w białych rękawiczkach, a żadnemu z dzieci nie przyszło do głowy wstać od stołu, zanim nie uczyniła tego utytułowana babcia.

Z pełnej humoru relacji hrabiny von Brühl wyłania się świat, który żyje na uboczu obyczajowych przemian, za to według zasad i swoistego przymusu, które autorka nazywa kontrolą przynależności, sprawowaną surowo przez innych arystokratów. Sprostanie nieustającemu egzaminowi wymaga samokontroli i dyscypliny, do której błękitnokrwiści trenowani są od dziecka. Żadnego pobłażania! Żadnej fraternizacji z dorosłymi! I miejsca na życiowy tumiwisizm czy modne pedagogiczne eksperymenty! Przeciwnie – dzieci pobierają surowe nauki manier, właściwego ubierania się, konwersacji w paru językach i na każdy temat, a ich potknięcia nie mogą liczyć na pobłażanie dorosłych.

Dobre maniery w cenie

Wychowywanie progenitury przebiega według klucza: dzieci się widzi, ale się ich nie słyszy. Niejeden pedagog hołdujący bezstresowemu wychowaniu załamałby ręce po przekroczeniu progów arystokratycznego domu. Młode pokolenie rośnie z jasno sprecyzowanym poczuciem hierarchii: młodsi podporządkowani są starszym, wobec których powinni zachowywać się z pełnym szacunkiem. Dalej pracują francuskie bony i angielskie nianie, by dzieci od kołyski uczyły się języków.

Niesłabnącym sentymentem cieszy się nie tylko francuski, ale i inne języki obce. W wielu arystokratycznych rodzinach w wybrane dni tygodnia rozmawia się w innym języku niż niemiecki. „Kultywuje się tę tradycję, nawet jeśli arystokraci mieszkają przy czeskiej granicy lub na szwabskiej prowincji” – zauważa Christine von Brühl.

Rodzina nie czeka też, aż dziecko odkryje w sobie upodobanie do nauki. Od męskiego potomka wymaga zrobienia matury, a potem studiów, najchętniej prawa, ekonomii, leśnictwa lub rolnictwa. Zdarzają się indywidualiści, którzy zostają lekarzami, historykami, filozofami albo architektami. Wielu decyduje się tradycyjnie na pracę w dyplomacji. Nawet dzisiaj w służbie dyplomatycznej Bundesrepubliki pracuje więcej arystokratów, niż wynikałoby to z ich liczebności w społeczeństwie, potwierdza „Mały leksykon arystokracji” Eckarta Conze.

Arystokraci nie zawsze bowiem opływają w bogactwa – hrabina von Brühl wręcz wspomina o istnieniu arystokracji kondygnacyjnej – błękitnokrwistych rezydujących na którymś z pięter czynszowych kamienic. Zbiedniałe arystokratyczne panny mogą jednak zawsze wydać się za potomka któregoś z bogatych, bo mniej doświadczonych przez wojnę, zachodnich i południowoniemieckich rodów. Arystokraci pozostali wierni przekonaniu, że kobiety nie muszą studiować, bo i tak wyjdą za mąż. Młode niewiasty powinny raczej nabywać umiejętności przydatne do wychowania dzieci czy też zarządzania dużym domem ze służbą. Tym bardziej że przyrost naturalny w rodzinach arystokratycznych cieszy każdego demografa: to minimum czwórka lub piątka dzieci.

Mezalians niemile widziany

Młodzi mają przejąć pałeczkę w rodowej sztafecie i pobiec dalej, wierni starym zasadom. Żeń się z właściwą osobą – słyszą od dzieciństwa. Rodzina nie zgłasza zastrzeżeń, gdy jej potomek utrzymuje przyjazne kontakty z koleżeństwem z klasy lub studenckiej ławy. Oczekuje jednak, że wyboru życiowego partnera dokona pośród przedstawicieli własnej klasy. Problemu z wyborem być nie powinno, bo – jak wyjaśnia Christine von Brühl – ma się w zasadzie tylko arystokratycznych przyjaciół, tylko z nimi się bywa czy koresponduje. Arystokraci żywią głębokie przekonanie, że małżeństwo z osobą spoza stanu skazane jest na niepowodzenie jako pozbawione bazy, bez której nie ma szans na przetrwanie.

Zapewne chodzi nie tylko o zabezpieczenia finansowe, raczej o różnice w podejściu do życia. Miłość? Ze ślubem nie ma nic wspólnego. Sprzyja co prawda romantycznym nastrojom, te jednak są nietrwale.

Właściwy kandydat (kandydatka) powinien być przynajmniej równie dobrze urodzony, wyznawać tę samą religię i pochodzić z rodziny uwiecznionej w prowadzonym od XVIII w. „Almanachu Gotajskim”. Ten genealogiczny podręcznik arystokracji liczy dziś 140 tomów i jest swoistą biblią arystokratycznych rodów, zawiera spis ich koligacji od czasów Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Choć arystokraci nie zawsze są w stanie ogarnąć zawiłości licznych pokrewieństw, to do „Almanachu” chętnie zaglądają, choćby po to, żeby dowiedzieć się, z kim mają do czynienia towarzysko i testamentowo.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną