Świat

Nowe szaty generałów

Birma przed wyborami

Birma z  terytorium dwukrotnie większym od Polski, dostępem do złóż gazu i ropy naftowej, jest dla sąsiadów atrakcyjnym partnerem. Birma z terytorium dwukrotnie większym od Polski, dostępem do złóż gazu i ropy naftowej, jest dla sąsiadów atrakcyjnym partnerem. Sukree Sukplang/Reuters / Forum
Generałowie z junty zrzucają mundury i wkładają kolorowe koszule. Zwolniona z aresztu domowego ikona opozycji staje do wyborów. Birma się zmienia?
Obecny prezydent Birmy Thein Sein, niczym Wojciech Jaruzelski w Polsce, może przeprowadzić Birmę przez pokojową zmianę systemu.Edgar Su/Reuters/Forum Obecny prezydent Birmy Thein Sein, niczym Wojciech Jaruzelski w Polsce, może przeprowadzić Birmę przez pokojową zmianę systemu.
Aung San Suu Kyi, pokojowa noblistka startuje w wyborach parlamentarnych, które mają się odbyć 1 kwietnia.Soe Zeya Tun/Reuters/Forum Aung San Suu Kyi, pokojowa noblistka startuje w wyborach parlamentarnych, które mają się odbyć 1 kwietnia.
MS/Polityka

Wybory uzupełniające do parlamentu w Birmie odbędą się 1 kwietnia. Do walki o jedno z 48 miejsc stanie legendarna Aung San Suu Kyi, pokojowa noblistka, córka założyciela niepodległej Birmy, przywódczyni Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), głównej siły opozycyjnej. Kulturalna, doskonale wykształcona i bywała w świecie kieruje NLD od ponad 20 lat, tyle że głównie z aresztu domowego. Na wolności jest dopiero od listopada 2011 r.

Niezwykłe jest też to, że generałowie zrzucają mundury, a zakładają ubrania cywilne. Wdrażają obiecywane od lat reformy, a obecny szef państwa Thein Sein, niczym Wojciech Jaruzelski w Polsce, może przeprowadzić Birmę przez pokojową zmianę systemu.

O liderce NLD świat wie prawie wszystko, ma status porównywalny z Nelsonem Mandelą czy Dalajlamą. Jest szlachetną twarzą birmańskiego ruchu na rzecz demokracji. Ale też twardym i zręcznym politykiem, umiejętnie wykorzystującym poparcie Zachodu i popularność w kraju.

Startuje w ubogim okręgu Kawhmu pod Rangunem. Ustawiają się do niej dziś kolejki czołowych zagranicznych polityków, dyplomatów z USA, UE, dziennikarzy. Powtarza im tę samą mantrę umiarkowanego optymizmu: obserwujcie przebieg kampanii wyborczej. Jeśli będzie swobodna, to i wynik wyborów będzie bardziej wiarygodny. Jeśli będą uczciwe, obserwujcie postępy demokratyzacji i znoście sankcje.

I tak, pod koniec lutego UE zniosła sankcje wizowe dla 87 ludzi birmańskiego reżimu, wcześniej prezydent Thein, podobnie jak Aleksander Łukaszenka, nie miał czego szukać w Europie. Dziś szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton zapowiada, że jeśli wybory będą uczciwe, Unia odblokuje konta kilkuset osób, firm i instytucji państwowych. Podobne deklaracje składają sąsiedzi z ASEAN (organizacji integrującej państwa Azji Południowo-Wschodniej) i Australia.

Hojniejsze mogą być gesty Ameryki. Jeszcze niedawno waszyngtońscy analitycy prognozowali, że w Birmie zmieni się niewiele i ani zwolnienie pani Suu Kyi, ani liberalizacja życia politycznego i reformy niespecjalnie powinny Stany Zjednoczone obchodzić. Tym bardziej że ich interesy leżą w innych regionach Azji, zwłaszcza w Iraku, Afganistanie albo w Chinach. Jednak odkąd rząd urodzonego na Hawajach Baracka Obamy ogłosił zakończenie operacji irackiej i afgańskiej oraz strategiczny zwrot ku Pacyfikowi, znaczenia nabrały państwa leżące w tym regionie.

Dlatego do Naypyidaw, budowanej na pustkowiu nowej stolicy Birmy, przyjechała w grudniu Hillary Clinton, by namawiać generałów do ustępstw, a po ponad 20 latach do kraju wraca amerykański ambasador. Wreszcie skasowanie amerykańskich sankcji pozwoli ubiegać się o pomoc Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Birma potrzebuje ich jak mało który kraj w tej części Azji. Jest jednym z najbiedniejszych państw świata.

Ponad 50-milionowe społeczeństwo, inaczej niż jego sąsiedzi, nie skorzystało z wielkiej azjatyckiej prosperity. Bardzo późno zabiera się za reformy, co ma swoje zalety. Birma powinna bowiem wyciągnąć wnioski z błędów poprzedników. W drugiej połowie roku rząd wspólnie z ONZ zorganizuje birmański okrągły stół. Nie z opozycją, lecz instytucjami pomocowymi i państwami, które zamierzają wesprzeć reformy.

Generałowie zapewniają, że wybory będą uczciwe, wahają się też, czy nie dopuścić międzynarodowych obserwatorów. Dają dowody dobrej woli – patrzcie, w ostatnich tygodniach kampanii pozwoliliśmy zwolennikom pani Suu Kyi zbierać się na wiece na boiskach sportowych. Do dnia wyborów probierzem elastyczności władz będzie też los buddyjskiego mnicha. 33-letni Shin Gambira był jednym z organizatorów protestów z 2007 r., zwanych szafranową rewolucją. Skazano go wtedy na 68 lat. Uwolniony w ramach styczniowej amnestii, zaraz potem znowu trafił do aresztu za mieszkanie na dziko w zamkniętym klasztorze. Czeka na proces za kratami.

 

Czy można mieć pewność, że podczas kwietniowego głosowania nie powtórzy się scenariusz dobrze znany z 2010 r., kiedy junta dopuściła pierwsze od 1990 r. wybory powszechne? Te z 1990 r. wygrała NLD pani Suu Kyi, wojskowi unieważnili wówczas wynik, a Liga i jej liderka stały się odtąd ich wrogiem nr 1. Wybory z 2010 r. Liga zbojkotowała, na świecie głosowanie uznano za niezbyt uczciwe. Odnotowano przypadki dosypywania kart wyborczych do urn i informowania obywateli, że już oddali swój głos, choć nie oddali. Nie protestowali, bo panowała atmosfera zastraszania. Na wyborców wywierano presję, by głosowali na partię generałów. Zdobyła oficjalnie prawie 77 proc. głosów.

Generałowie na krytykę się nie obrazili. Może naprawdę zależało im na pokojowej transformacji, a może są też pod wrażeniem arabskich powstań przeciwko dyktaturom i starają się rozładować ewentualny wybuch społeczny u siebie i przejść do historii jako odnowiciele zjednoczonej Birmy. Zapewne wszystkie te motywy działają naraz. Z drugiej strony władze nadal trzymają w szachu setki więźniów politycznych skazanych na kilkudziesięcioletnie wyroki. Amnestia z początku roku nie jest pełna, politycznym nie zatarto wyroków, grozi im pewna odsiadka, jeśli znów złamią prawo. O co w państwie policyjnym, drobiazgowo rozliczającym obywateli z absurdalnych przepisów porządkowych, nietrudno.

Generałowie muszą też brać pod uwagę zmieniającą się geopolitykę. Ten spory kraj, z terytorium dwukrotnie większym od Polski, dostępem do złóż gazu i ropy naftowej, jest dla sąsiadów atrakcyjnym partnerem. Tak jak kiedyś wciśnięta między zimnowojenne bloki Polska, podobnie i Birma, sąsiadująca z Chinami i Indiami, ma swoje pięć minut. Przez lata patronem dyktatury, izolowanej, ale i opierającej się obcym wpływom, były Chiny, które budują nad Zatoką Bengalską naftoport, skąd pociągną rurociągi warte 2,5 mld dol.

Birma to najlepszy skrót dla transportu ropy naftowej i gazu z Bliskiego Wschodu do ludnych i śródlądowych prowincji południowych i środkowych Chin. Tylko w graniczącym z Birmą Junnanie mieszka 46 mln ludzi, za nim są prowincje z populacją na miarę Niemiec czy Francji. Za sprawą birmańskiej rury chińskie firmy naftowe zaoszczędzą tysiące kilometrów żeglugi, nie trzeba będzie płynąć wokół całej Azji Południowo-Wschodniej i przez zatłoczoną cieśninę Malakka. Ale Chiny nie są w Birmie lubiane, budowie towarzyszą protesty i obawy, że rurociąg zostanie poprowadzony ze szkodą dla rolników, zbyt wiele osób zostanie przesiedlonych, a ziemia zniszczona.

Tempo zmian politycznych robi wrażenie nawet na zażartych krytykach junty. Cenzura zelżała do tego stopnia, że do Birmy wpuszczane są nie tylko media zachodnie, ale i reporterzy z opozycyjnej prasy birmańskiej, wydawanej od lat za granicą. Rozwija się Internet, organizowane są debaty, podczas których recepty dają doradcy ze świata. Urzędnicy, w tym ministrowie, muszą odpowiadać na niewygodne pytania o korupcję, reformę edukacji, ograniczanie biurokracji.

Elliot Prasse-Freeman, wykładowca Uniwersytetu Harvarda, który przez lata prowadził badania i szkolenia społeczne w Birmie, wylicza na portalu OpenDemocracy kolejne „szokujące reformy”: utworzenie komisji praw człowieka, legalizację prawa do strajku, rozejm z partyzantami z mniejszości etnicznej Karenów, wreszcie zamrożenie finansowanej przez Chińczyków budowy gigantycznej zapory Myitsone na rzece Irawadi.

Czy generał prezydent, który decyduje się na takie posunięcia, jest jeszcze autokratą? A może właśnie staje się demokratą? O Thein Seinie świat wie niewiele. Miał być marionetką w rękach generałów, a okazuje się reformatorem. Opozycja przygląda mu się z uwagą, ale powściągliwie: reformator to czy administrator stanu przejściowego? Mąż stanu czy nowa twarz starego reżimu, który chce zachować władzę pod pozorem demokratycznych zmian? Nieufność jest uzasadniona. Thein Sein, syn wieśniaka, zrobił karierę w wojsku, gdzie dosłużył się szlifów generalskich. Do cywila przeszedł zaledwie w 2010 r., aby zostać premierem niby-cywilnego rządu, w którym większość ministrów należała do armii.

Gdy nowo wybrany parlament powołał go na prezydenta, pozostał szefem rządu. W wojsku uchodził za skromnego, zdyscyplinowanego i lojalnego. Walczył z partyzantami z mniejszości etnicznych, ale jako prezydent zabiega o pokój wewnętrzny. Nawet jeśli Thein Sein okaże się birmańskim Jaruzelskim – na niektórych fotografiach trochę go przypomina – nie ma dziś pewności, czy inni generałowie pójdą za nim...

Birma czy Myanmar?

Kiedy Orwell pisał swe wstrząsające opowiadanie „Zabicie słonia”, był w służbie Imperium Brytyjskiego w Birmie. Tej nazwy (wymiennie z Burma) do dziś tradycyjnie używa się po polsku. Ale jest kłopot dyplomatyczny. Junta wojskowa zmieniła oficjalną nazwę kraju na Myanmar, w ramach antykolonialnej czystki filologicznej. Kraje anglosaskie trzymają się dawnej nazwy, ONZ nowej.

Polityka 11.2012 (2850) z dnia 14.03.2012; Świat; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Nowe szaty generałów"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną