Świat

Wybór Marianny

Wybory prezydenckie we Francji: Hollande czy Sarkozy?

Ludzie są zmęczeni Nicolasem Sarkozym, ale mogą zagryźć zęby i na niego zagłosować. Ludzie są zmęczeni Nicolasem Sarkozym, ale mogą zagryźć zęby i na niego zagłosować. Fred Lancelot/AP / Fotolink
W wyścigu wyraźnie prowadzi François Hollande. Nicolas Sarkozy, wbrew sondażom, wierzy w zwycięstwo w drugiej turze. Obaj są prawie rówieśnikami i prawie wszystko ich różni.
Hollande to przykład spokoju i zrównoważenia, może nawet ciepłych kluch.jmayrault/Flickr CC by 2.0 Hollande to przykład spokoju i zrównoważenia, może nawet ciepłych kluch.
Jean-Luc Mélenchon idzie jak burza, ale sojusz z nim byłby kłopotliwy dla Hollande.Gonzalo Fuentes/Reuters/Forum Jean-Luc Mélenchon idzie jak burza, ale sojusz z nim byłby kłopotliwy dla Hollande.

Sarkozy skończył niedawno 57 lat, Hollande w sierpniu będzie miał 58. Obaj w podobnym wieku zgłosili się do aparatu partyjnego, Sarkozy do neogaullistów Chiraca, Hollande – do socjalistów Mitterranda. Obaj mieli też żony bardzo zaangażowane w uprawianie polityki. Druga żona Sarkozy’ego, Cecylia, która rzuciła go tuż przed poprzednimi wyborami, miała swój gabinet obok męża w ministerstwie spraw wewnętrznych. Poprzednia partnerka Hollande’a i matka czwórki jego dzieci Ségolène Royal omal nie została prezydentem kraju w ostatnich wyborach i zerwała z nim w wieczór swojej przegranej.

To jedyne podobieństwa. Sarkozy jest wulkaniczny, niespokojny, często agresywny, sypie pomysłami z rękawa i równie szybko je porzuca. Hollande to przykład spokoju i zrównoważenia, może nawet ciepłych kluch. Trzyma się programu partii, który zna na pamięć. Nie bez powodu – w kontraście do Sarkozy’ego – zapowiada, że będzie prezydentem „normalnym”. Sarkozy jest arywistą, syn emigranta, wyszedł z dołów, nie zdobył szczególnie cenionego we Francji wykształcenia, wyśmiewano jego niewyszukane lektury i upodobania kulturalne. Dopiero Carla Bruni powstrzymała jego podstawowe uwagi o literaturze i sztuce i nadała mu lepszy szlif.

Hollande jest produktem francuskiej burżuazji, syn laryngologa – lekarzom we Francji świetnie się powodzi – kończył nauki polityczne, szkołę handlową i elitarną, słynną ENA, kolebkę francuskich elit politycznych. Sarkozy potrafi być niegrzeczny, nawet wulgarny. Jest nuworyszem – podobał mu się styl świecidełkowaty, złote ozdoby, łańcuszki, wyśmiewany przez koneserów bling-bling.

Hollande to typ spokojnego dżentelmena. W czasach oburzenia na zyski bankierów zaproponował 75-proc. podatek od dochodów powyżej 100 tys. euro miesięcznie, co we Francji jest dobrym chwytem, bo tam podoba się dojenie bogatych.

Sarkozy natomiast trzyma z bogatymi. Po zwycięstwie przed pięcioma laty nie poszedł najpierw w tłum paryżan, lecz do ekskluzywnej restauracji Fouquet’s z zamożnymi przyjaciółmi, co pozostało w annałach jako grzech pierworodny antysarkozizmu. Określenia tego użyła jego biografka, znana dziennikarka Catherine Nay, która właśnie wydała książkę o całej kadencji Sarkozy’ego pod znamiennym tytułem „L’impétueux”, czyli drażniący, denerwujący. Bo wszystkiego dokonał, posiadł wszystkie talenty i zjadł wszystkie rozumy. Inny znany publicysta twierdzi, że Francję opanował wściekły antysarkozizm.

Sarkozy rozczarowuje

Jeszcze w styczniu aż 64 proc. wyborców nie chciało, by Sarkozy w ogóle startował. Od początku miał wrogów na lewicy. – Nie był godny funkcji prezydenta Republiki z powodu swej wulgarności. Wszyscy go porzucą. Chciał grać małego Bonapartego i doświadczy prawdziwej Berezyny – mówi Pierre Dossier, działacz socjalistyczny z Rouen. Dowodzi, że we Francji prawica nie przegrywa z powodu siły lewicy, lecz z powodu rozczarowania własnych wyborców. Obiecał hutnikom koncernu Arcelor, że utrzyma zakład – hutę zamknięto. Ludzie to widzą i są rozczarowani. Było tak z wieloma obietnicami. Już mu się nie wierzy. Zbyt wielu ludzi do siebie zraził.

Mówiono o nim stale, że tryska niespożytą energią, dosłownie co dwa tygodnie proponował jakąś nową ustawę. Przez pięć lat była to jednak polityka zygzaków, często niezrozumiała: za Europą, przeciw Europie, twarda dla młodzieży z przedmieść, ale bez widocznych rezultatów. Dyskurs autorytarny, który niewiele dał w praktyce. Nawet w dziedzinie bezpieczeństwa, która jest pokazową dyscypliną prezydenta i byłego ministra spraw wewnętrznych, realne osiągnięcia są kwestionowane, władze żonglują statystykami dość wątpliwymi.

 

 

Tragiczne zamachy w Tuluzie przyszły jak na zamówienie wyborcze (POLITYKA 13), ale prawdziwy efekt Tuluzy, sprzyjający Sarkozy’emu, przyjdzie jeszcze zmierzyć. Podobnie jak wiążącą się z nim niechęć do imigrantów. Sarkozy złożył w tej sprawie propozycje daleko idące – w ciągu pięciu lat chce radykalnie zmniejszyć liczbę nielegalnych imigrantów (ze 180 tys. do 100 tys.), a zasiłki dla bezrobotnych i wsparcie emerytalne ograniczyć do kręgu osób, które pracowały we Francji przynajmniej pięć lat. Osobny sędzia ma rozstrzygać sprawy nielegalnych imigrantów: w tej sprawie Sarkozy proponuje nawet referendum.

Jednak w wyborach ani bezpieczeństwo (mimo ciągłych doniesień telewizyjnych o aresztowaniach, wydalaniu radykalnych imamów), ani imigracja nie są dziś na pierwszym planie. Z badań wynika, że dla wyborców najważniejsze są sprawy zatrudnienia i wysokości płac. Panuje przekonanie, że Hollande lepiej te najważniejsze sprawy rozwiąże.

Artmetyka wyborcza

Istnieje dziś we Francji wola zmiany i wyraźnie widać ją w sondażach. Cała arytmetyka francuskich wyborów przemawia za Hollandem. Jeśli podliczyć głosy – socjalistów, komunistów (sam ich kandydat Jean-Luc Mélenchon może zebrać ponad 14 proc.), lewaków i Zielonych – powinien teoretycznie wygrać. Wszystko wskazywałoby więc na porażkę Sarkozy’ego w maju. Dlaczego jednak mało który ze znanych politologów zakłada się o wynik wyborów? Bo trudno zrozumieć, a co dopiero przewidzieć, arytmetykę wyborczą Francji.

Lewica kontroluje ogromną większość władz lokalnych: 68 proc. wszystkich miast powyżej 75 tys. mieszkańców i 88 proc. z 26 regionów. Lewica wygrała wszystkie wybory od 2007 r. – municypalne, europejskie i senackie (po raz pierwszy w historii republiki ma większość w senacie!). Jednak panuje dziwny rozwód między władzami i sympatiami lokalnymi a władzą najwyższą – prezydentem. Tu akurat lewica przegrała trzy razy z rzędu. Najlepiej, gdy prezydent jest autorytarnym Bonapartem, de Gaulle’em czy Ludwikiem XIV. Chociaż drażni, to na tym monarszym stanowisku wzbudza potrzebny respekt. Ci sami ludzie, którzy wybierają lewicowe władze lokalne, mogą głosować na prawicowego prezydenta.

Po drugie, klasa robotnicza wcale nie sympatyzuje z lewicową rewolucją kulturalną i obyczajową, zapoczątkowaną w maju 1968 r.: ustawami dopuszczającymi pigułki antykoncepcyjne, aborcję, znoszącymi karę śmierci, polityką równości płci, tolerancji wobec imigrantów czy promocji mniejszości, w tym seksualnych. Ta rewolucja doczekała się swojej kontrrewolucji, i to nie tylko w postaci rozwoju skrajnej prawicy, ale i tendencji autorytarnych w samej klasie robotniczej. Ta, w obliczu trudności materialnych i utraty dumy, w znacznej części zwróciła się przeciw emigrantom, przeciw wspieraniu słabszych, przeciw upadkowi moralności i chaosowi współczesnego społeczeństwa.

Nie ma tu miejsca na analizę badań, więc w telegraficznym skrócie sygnalizujemy paradoks. To nowa grupa uprzywilejowanych burżujów, których we Francji nazywa się les bobos: bourgeois-bohęmes (między mieszczanami i bohemą, ludzie zamożni, lecz liberalni w kwestiach obyczajowych), głosuje na lewo. Klasa robotnicza zaś potrafi tęsknić za starym porządkiem i powrotem do autorytetu. – Na lewicy widać wzrost republikanizmu nacjonalistycznego. To stara tradycja francuskiej lewicy, która opowiada się za umocnieniem państwa, renacjonalizacją polityki. Nawet komunista Mélenchon w swej koncepcji państwa wspomina o konwergencji między Francją i Chinami – mówi szef europejskich Zielonych i legenda maja 1968 r. Daniel Cohn-Bendit.

 

 

Frywolne wybory

Z punktu widzenia Warszawy, który z kandydatów byłby lepszy? Nieszczególny jest i jeden, i drugi. Sarkozy opowiada się za zamknięciem listy Unii Europejskiej, a Hollande prawie w ogóle nie mówi o Europie. Właściwie obaj unikają tematów europejskich. I Partia Socjalistyczna, i prawica są w tych kwestiach zbyt podzielone, poza tym Sarkozy’emu zależy na przejęciu głosów skrajnej i twardej prawicy, która jest zbyt nacjonalistyczna, by opowiadać się za Europą. Zresztą racjonaliści europejscy drwią sobie z francuskich wyborów. Tak trzeźwy „The Economist” zaskoczył wszystkich okładką z przerobionym słynnym obrazem Maneta „Śniadanie na trawie”. Obok roznegliżowanych dam siedzą, a właściwie półleżą elegancko ubrani Sarkozy i Hollande. Tytuł: „Najbardziej frywolne wybory w całej Europie”.

Tygodnik twierdzi, że kandydaci mówią o wielu problemach drugorzędnych, a nie dostrzegają słonia w pokoju, czyli nic nie mówią o zadłużeniu Francji, o deficycie budżetowym. Kiedy władze Włoch, Wielkiej Brytanii i nawet Hiszpanii bez ogródek mówią społeczeństwom, że żarty się skończyły, główni francuscy rywale utrzymują ludzi w złudzeniu dobrych czasów. Więcej jeszcze, składają liczne propozycje i obietnice kosztownej naprawy (np. Hollande chce zatrudnić nowych 60 tys. nauczycieli i cofnąć wiek emerytalny do 60 lat). Koszty tych obietnic ekonomiści wyliczyli Hollande’owi na 50 mld euro, a Sarkozy’emu „tylko” na 25 mld. Żaden z nich nie objaśnia przekonująco, skąd miałby wziąć pieniądze na tę poprawę życia w kraju.

Albo ja, albo komuniści

Jakby nie dość obietnic, komunista Jean-Luc Mélenchon idzie jak burza. Ten świetny trybun wygłasza płomienne przemówienia, których od dawna nie słyszano: wyklęty powstań ludu ziemi! Czuć, że miłością darzy język francuski – na jego tle Sarkozy, przecież tak swobodny w telewizji – wypada mizernie, jak słabo wykształcony facet z przedmieść. Mélenchon zepchnął na margines wszystkich goszystów. – Mówi rzeczy, o których w głębi duszy myślimy, a nie śmiemy ich głośno wypowiedzieć – ocenia Dossier. W razie wygranej Hollande’a idzie więc ku koalicji z silnymi komunistami na podstawie formalnego porozumienia obu partii, tak jak za Mitterranda po maju 1981 r., kiedy w rządzie znaleźli się komunistyczni ministrowie. Otworzyłoby to zupełnie nową sytuację w Unii Europejskiej.

Ta perspektywa przestraszy centrystów i po tę kartę sięga teraz Sarkozy. Trzeba pamiętać, że w 1968 r., po serii największych strajków w historii kraju, de Gaulle powiedział: albo ja, albo komuniści, i takim postawieniem sprawy wygrał wybory, choć komuniści cieszyli się wówczas poparciem jednej czwartej elektoratu. Sarkozy mówi więc: Hollande będzie w rękach Mélenchona i to dla Francji źle. Rzeczywiście, nie wiemy, co kandydat socjalistów zrobiłby z silnym ruchem komunistycznym skierowanym przeciwko własnemu rządowi. Wielu Francuzów może się obawiać paraliżu władz, tego, że Hollande nie poradzi sobie z opanowaniem ruchów rewindykacyjnych. Sarkozy natomiast udowodnił, iż potrafi stawić czoło manifestacjom, bo mimo oporu przeprowadził w ubiegłym roku reformę emerytur.

Otoczenie Sarkozy’ego wyraźnie oszczędza Mélenchona. Chyba po to, żeby go ośmielić do wystąpień, a potem wszystkich straszyć widmem komunizmu. Tym bardziej że Sarkozy zdołał sobie zapewnić monopol na prawicy. Nie licząc prawicy skrajnej: Marine Le Pen atakuje po równo obu głównych rywali, nazywając ich sługusami banków i rynków finansowych. Taka antysystemowa postawa podoba się młodzieży.

Ale można przypuszczać, że większość, gryząc wargi, zagłosuje jednak na Sarkozy’ego, par défaut, bo nie ma innego praktycznego wyjścia.

Jak zagłosują Francuzi?

A sondaże? Proponujemy ostrożność. Najpierw odbywa się pierwsza tura wyborów (22 kwietnia) i w niej Francuzi często głosują pour se defouler, żeby się wyszumieć, zagrać władzy na nosie. A ankieterzy już teraz, przed pierwszą turą, pytają: na kogo będziecie głosować w drugiej turze? Co ma respondent powiedzieć? Emocja w momencie prawdziwego wyboru jest zupełnie inna. To chwila prawdy. Wreszcie – we Francji, niby tak rozpolitykowanej, występuje masa niezdecydowanych, którzy jeszcze w drodze do lokalu wyborczego nie wiedzą, czyje nazwisko zakreślą na karcie do głosowania.

Prawdą jest, że Francja chce zmiany, i to przemawia za Hollande’em. Ale Sarkozy lepiej wypada w telewizji, jest aktorski, przekonujący, przebojowy. I ma cechy kameleona. W wyborach pięć lat temu Francja też chciała zmiany, zerwania z przeszłością w stylu Jacques’a Chiraca. I Sarkozy, choć był przecież jednym z głównych ministrów Chiraca i szefem jego partii, zdołał większość wyborców przekonać, że jest kimś całkowicie innym i to on gwarantuje zmianę. Sprawił, że ludzie naprawdę zapomnieli o jego dawnej roli. Dziś może być podobnie. Sarkozy występuje jako ktoś nowy i potrzebny, ze świeżymi propozycjami, choć miał już pięć lat, by wprowadzić je w życie, i nie wyjaśnia, dlaczego tego nie zrobił. Oto siła drażniącego polityka z charyzmą. Nie tylko polska polityka jest skomplikowana.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Turbopatriotyzm – broń prawicy

Rozmowa z Marcinem Napiórkowskim, kulturoznawcą, o tym, dlaczego turbopatriotyzm pokonał softpatriotyzm i co z tym zrobić.

Joanna Podgórska
24.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną