Partia Piratów w Niemczech rośnie w siłę

Abordaż
Piraci atakują w sercu starej Europy. Partia, która wyrosła ze sporu o prawa autorskie w Internecie, ma w Niemczech już 25 tys. członków i chce zmienić kurs niemieckiej polityki. A według sondaży wyrasta na trzecią siłę polityczną.
Jedna z akcji promocyjnych Partii Piratów przed wyborami do berlińskiego Landtagu.
Thomas Peter/Reuters/Forum

Jedna z akcji promocyjnych Partii Piratów przed wyborami do berlińskiego Landtagu.

Piraci uwielbiają, gdy się ich pyta, czy są prawicą, czy lewicą? Na fot.jeden z liderów niemieckiej Partii Piratów Bernd Schloemer.
Thomas Peter/Reuters/Forum

Piraci uwielbiają, gdy się ich pyta, czy są prawicą, czy lewicą? Na fot.jeden z liderów niemieckiej Partii Piratów Bernd Schloemer.

Nowymi zielonymi są dziś pomarańczowi (od jednego z kolorów partyjnego logo). Piraci są w każdym razie tak nieprzygotowani do polityki jak ekolodzy 30 lat temu.
Piratenpartei Deutschland/Flickr CC by 2.0

Nowymi zielonymi są dziś pomarańczowi (od jednego z kolorów partyjnego logo). Piraci są w każdym razie tak nieprzygotowani do polityki jak ekolodzy 30 lat temu.

Czy Wojciech Jaruzelski pracuje jeszcze w „Gazecie Wyborczej”? – pyta Fabio Reinhardt. 32-letni pirat o wyglądzie zapaśnika o gołębim sercu upiera się, że spotkał go kilka lat temu na Mazurach. Marzył wtedy o karierze w mediach, a Jaruzelski przyjechał poprowadzić warsztaty o zawodzie reportera. Szybko wychodzi na jaw, że Reinhardt ma na myśli innego Wojciecha – Jagielskiego.

Dziś Reinhardt nie zamierza już być reporterem, sam jest oblegany przez dziennikarzy. I niech nikogo nie zmyli łagodne spojrzenie i koszula grzecznie wpuszczona w spodnie – Reinhardt to wiceprzewodniczący klubu Partii Piratów w berlińskim Landtagu. Należy do pierwszoplanowych postaci nowego ugrupowania, które rozsadza właśnie niemiecką scenę polityczną.

We wrześniu ubiegłego roku na partię absolutnych debiutantów zagłosowało 8,9 proc. mieszkańców Berlina. – Na listach było nas piętnaścioro. Weszli wszyscy, co do jednego! Gdybym z jakiegoś powodu musiał oddać mandat, nie miałby kto wskoczyć na moje miejsce – wspomina ze śmiechem 28-letni Martin Delius. Szybko okazało się, że tamten sukces jest czymś więcej niż tylko kaprysem wielkomiejskiego i rozmiłowanego w dziwactwach Berlina. Pod koniec marca piraci z łatwością weszli do Landtagu Kraju Saary (7,4 proc. głosów), a w maju wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pojawią się w parlamentach Szlezwika-Holsztynu oraz największego niemieckiego landu Nadrenii-Westfalii. Stamtąd już tylko krok do sukcesu w całej Republice Federalnej.

Wcześniej byli Zieloni

Od lat jesteśmy częścią fundamentalnej debaty publicznej XXI w.: dyskusji o Internecie. Wielu zamyka na nią oczy, ale to nie znaczy, że ona nie istnieje – przekonuje Delius. Ruchy piratów powstawały w Europie już od 2006 r., gdy szwedzka policja uderzyła w The Pirate Bay, największą na świecie platformę, umożliwiającą wymianę muzyki, filmów i oprogramowania. Od tamtej pory konflikt o to, jak odróżnić niewinne dzielenie się muzyką swojego ulubionego zespołu od zakrojonego na szeroką skalę okradania twórców z ich praw autorskich, mocno podzielił zachodnie społeczeństwa. Głośny spór o ACTA to tylko najnowsza z bitew w tej wojnie, a Partia Piratów to pierwsze ugrupowanie, które na fali protestów może wejść do parlamentu.

W Niemczech piratów upolitycznił wielomiesięczny spór, czy niemieckie państwo ma prawo przeszukiwać w trybie online domowe komputery swoich obywateli i gromadzić uzyskane w ten sposób dane. Takie same pomysły miałoby Stasi, gdyby doczekało do ery 2.0 – przekonywali piraci, a z nimi coraz większa część niemieckiego społeczeństwa. Najnowsze sukcesy piratów najlepiej pokazują, że wszystkie te internetowe spory od dawna nie są już drugorzędną dziecinadą paru komputerowych oszołomów. Sieć stała się w ciągu ostatniej dekady równie ważną przestrzenią społeczną jak praca czy rodzina, trudno więc się dziwić, że wychodzenie naprzeciw takim wyzwaniom, jak prawa autorskie online czy prywatność w Internecie, stają się przepustką do wielkiej polityki.

Dojrzewanie i polityczna socjalizacja pokolenia 2.0 to niejedyne przyczyny sukcesów debiutantów. Delius sam jest tego najlepszym przykładem. – Przed pojawieniem się piratów nigdy mi nie przyszłoby do głowy, żeby angażować się politycznie. Wszystkie partie wydawały mi się siebie warte: skostniałe i niesympatyczne. Dopiero poznając piratów zobaczyłem, że można robić politykę, pozostając w zgodzie z samym sobą – tłumaczy. W tym sensie piraci powtarzają scenariusz Zielonych sprzed 30 lat. Ekolodzy też byli wyszydzani przez starych wyjadaczy jako polityczni amatorzy i partia jednego tematu. Ich brodaci posłowie w tanich wełnianych swetrach i posłanki z kwiatami we włosach kontrastowali z krawaciarską klasą polityczną równie mocno jak Delius i Reinhardt z resztą berlińskiego Landtagu.

Ale Zielonym udało się na stałe wpisać w krajobraz niemieckiej polityki i mocno ją przewietrzyć. Za rządów Gerharda Schrödera poznali nawet smak władzy, a ich lider, dawny rebeliant Joschka Fischer, awansował do roli szanowanego męża stanu i przez lata był najpopularniejszym politykiem za Odrą. Miało to jednak swoją cenę: Zieloni stracili młodzieńczą niewinność, zapał do naprawiania świata i zrobili się salonowi, by nie powiedzieć równie mieszczańscy jak socjaldemokraci i chadecy. Nic dziwnego, że nowymi zielonymi są dziś pomarańczowi (od jednego z kolorów partyjnego logo). Piraci są w każdym razie tak nieprzygotowani do polityki jak ekolodzy 30 lat temu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną