Świat

Zabytki zbytku

Spektakularne projekty architektoniczne zmorą Hiszpanii

Miasteczko Sztuki i Nauki i most w Walencji. Miasteczko Sztuki i Nauki i most w Walencji. Massimo Borchi / Corbis
Turyści zachwycają się nowoczesną architekturą Hiszpanii, mieszkańcy już niekoniecznie. Inwestycje, które stały się symbolem rozwoju kraju, dziś są dla niego kulą u nogi.
Centrum Sztuki w Avilés.Inigo Bujedo Aguirre/Getty Images/Flash Press Media Centrum Sztuki w Avilés.
Posąg miejscowego polityka Carlosa Fabry przed lotniskiem w Castellón.Heino Kalis/Forum Posąg miejscowego polityka Carlosa Fabry przed lotniskiem w Castellón.
Miasteczko Kultury Galicji w Santiago de Compostela.Inigo Bujedo Aguirre/Corbis Miasteczko Kultury Galicji w Santiago de Compostela.

Artykuł w wersji audio

Krwiopijca. Takim epitetem określają Santiago Calatravę rozżaleni mieszkańcy Walencji. Kilka tygodni temu założyli specjalną stronę calatravatelaclava.com poświęconą hiszpańskiemu architektowi.

To Calatrava zaprojektował walenckie Miasteczko Sztuki i Nauki oraz most L’Assut de l’or – większość oszałamiających i wybudowanych w ciągu ostatniej dekady projektów, które zmieniły Walencję i przyciągnęły do niej w sumie 40 mln turystów.

Wszystko to działo się w czasach boomu gospodarczego i nikt z lokalnych władz nie liczył się specjalnie z groszem. Na zmianę swojego wizerunku Walencja wydała aż 1,1 mld euro, a część z oddanych do użytku budynków Calatravy trzeba było kilkakrotnie poprawiać, ale w czasach prosperity dla polityków ani tym bardziej dla mieszkańców nie miało to zbyt wielkiego znaczenia. Lawina pretensji ruszyła dopiero, gdy załamał się rynek nieruchomości i pojawił kryzys, który dotknął całą Hiszpanię.

A przecież już w 2005 r., tuż po oddaniu do użytku jednego z ostatnich budynków Miasteczka, wyglądającego jak olbrzymi hełm Pałacu Sztuk im. królowej Zofii, okazało się, że główna sala operowa ma tak żenująco słabą akustykę, że trzeba ją zamknąć i przebudować. Z innego pomieszczenia trzeba było wymontować 200 siedzeń, bo z dalszych rzędów nic nie było widać. A po ulewnych deszczach część sceny stanęła w wodzie.

Budowa Agory, innego budynku Miasteczka, w którym odbył się m.in. tenisowy turniej Valencia Open 500, kosztowała 100 mln euro, a w czasie deszczu przecieka dach i na trybunach trzeba siedzieć pod parasolami. Kłopoty były też z mostem L’Assut de l’or, ponieważ na środku miał lekkie wzniesienie i dojeżdżający do połowy mostu kierowcy nie widzieli, co się dzieje za górką. Samochody regularnie na siebie wpadały i dopiero zamontowanie świateł uratowało sytuację. Tyle że to potroiło koszty mostu, tak jak wcześniej w górę poszybowała ostateczna cena za oddanie do użytku Pałacu Sztuk z 84 do 304 mln euro. Dla porównania warszawskie Centrum Kopernika (o prostszej bryle i trochę mniejszej powierzchni) zaprojektowano i wybudowano w krótszym czasie za niecałe 85 mln euro. Wrocławska Sky Tower, najwyższy budynek mieszkalny w Polsce (212 m), razem z przebudową infrastruktury wokół kosztował blisko 250 mln euro.

„Ludzie, którzy odpowiadają za roztrwonienie publicznych pieniędzy, w każdym innym demokratycznym kraju staliby już dawno przed sądem” – pisze jeden z oburzonych forumowiczów. Tymczasem w Walencji winnym na razie zrobiono tylko Calatravę. Stąd strona internetowa, której adres można w całości przetłumaczyć jako „Calatrava krwiopijca i oszust”.

Według autorów witryny, architekt był traktowany preferencyjnie przy przetargach i zawsze wygrywał, mimo że jego stawki były wyższe od innych. A jak przypominają, jego poprzednim projektom też można było sporo zarzucić, bo np. lotnisko w Bilbao na początku nie miało poczekalni, a na moście konstytucji w Wenecji ludzie nie widzieli szklanych stopni i łamali sobie nogi. Dodatkowo, jak twierdzi lewicowa opozycja, Calatrava zamiast w Walencji, skąd pochodzi i gdzie otworzył swoje biuro, zapłacił podatki w Zurychu w Szwajcarii, gdzie mieszka i pracuje na co dzień. A Walencja, która stoi dziś na skraju bankructwa, nie dość, że ma 600 mln euro dziury budżetowej, to jeszcze co roku musi płacić około 700 tys. euro za ochronę i konserwację budynków Calatravy.

Efekt Bilbao

Pod koniec lat 90., podobnie jak wiele innych hiszpańskich regionów, Walencja wpadła w szał budowania. Moda na olbrzymie lokalne projekty zaczęła się od Muzeum Guggenheima, które w 1997 r. w Bilbao zaprojektował Frank Gehry. Kiedy je otwierano, miasto dobrze pamiętało jeszcze swoją przemysłową przeszłość, było brudne i zaniedbane, a dookoła straszyły pozamykane fabryki. Inwestycja przekształciła miasto w ośrodek nowoczesnej sztuki, a oryginalny pokryty blachą tytanową budynek zachwycał i budził ciekawość do tego stopnia, że tylko w pierwszym roku przyciągnął 1,4 mln turystów, czyli o milion więcej, niż ktokolwiek przewidywał. – Początki były jednak bardzo trudne. Bo w przemysłowym mieście trudno było komukolwiek uwierzyć, że Bilbao może być ciekawe dla turystów – tłumaczy David Tijero z Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy.

Po muzeum poszły kolejne inwestycje. Powstały dwie linie metra, które połączyły przecięte przez rzekę Nervión części miasta i w godzinach szczytu przewożą nawet milion ludzi. Zbudowano nowe osiedla, sklepy, kilkanaście dizajnerskich hoteli i restauracji oraz Międzynarodowe Centrum Wystawowe. Zaproszono Phillippe’a Starcka, który w dawnych magazynach wina zaprojektował Alhóndiga Bilbao, czyli nowe centrum kulturalne. Odnowiono kampusy dwóch uniwersytetów, a w mieście pojawiła się siedziba Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy, w której regularnie odbywają się konferencje i spotkania ludzi z całego świata. Tworzono kolejne parki, place zabaw i systematycznie przedłużano bulwar nad przepływającą obok muzeum rzeką Nervión. Wszystko to przyciągało turystów, a przychody z muzeum szybko przewyższyły nakłady poniesione na jego budowę i zakup kolekcji. Bezrobocie w regionie spadło z 28 proc. do 8 proc. A do opisywania zmian, jakie zaszły w mieście i okolicach, zaczęto nawet używać określenia efekt Bilbao.

Nagle – jak zauważa w swojej książce „Cud architektury” Llàtzer Moix – lokalnym rządom zaczęło się wydawać, że wystarczy zatrudnić jakąś światową gwiazdę architektury, by zaprojektowała i postawiła im budynek, a reszta zrobi się sama. Znaleźli gotową receptę na sukces, sądząc, że efekt Bilbao łatwo można wszędzie powtórzyć. Nie brali pod uwagę, że jeśli w Bilbao jest już jedno muzeum sztuki współczesnej, to może warto znaleźć dla siebie inny pomysł, a nie kopiować tego, co udało się w Kraju Basków. Nikt nie chciał też pamiętać, że w Bilbao muzeum było tylko przygrywką do wielkiej zmiany wizerunku, jaką krok po kroku zafundowało sobie miasto, a za nim region, który w dodatku jest najbogatszy w całej Hiszpanii.

Wielkie budowle, wielkie długi

Zanim te wszystkie argumenty dotarły do regionalnych władz, przez lata powstawały coraz to wymyślniejsze konstrukcje. Niektóre dobrze prosperują, inne bardziej przypominają plac budowy, a jeszcze inne zaraz po otwarciu trzeba było zamknąć, bo świeciły pustkami albo nie spełniały warunków. Wszystkie miały jednak jedną wspólną cechę: zostawiły w lokalnych budżetach wielkie długi.

Zaprojektowane przez Petera Eisenmana i otwarte w styczniu 2011 r. w Santiago de Compostela Miasteczko Kultury Galicji pierwotnie miało ruszyć już osiem lat wcześniej. Budowa jednak się przeciągnęła, a koszty wzrosły ze 108 do prawie 300 mln euro. Dziś, zamiast pełnego kompleksu z muzeum, biblioteką, centrum muzyki i sztuki, archiwum i salami wystawowymi, otwarta jest tylko część. I jakby tego było mało, rząd Galicji ogłosił niedawno, że z powodu kryzysu prace nad niedokończonymi salami muzeum trzeba zawiesić co najmniej na trzy lata.

Wilfried Wang, inny amerykański architekt, który opiniował projekt Eisenmana, i jako jedyny w komisji był mu przeciwny, powiedział niedawno, że gdyby jego koledzy zdobyli się na szczerość, to miejscowi podatnicy zaoszczędziliby kilkaset milionów euro.

W Alcorcon na przedmieściach Madrytu, gdzie trzy lata temu ruszyła budowa olbrzymiego, składającego się z dziewięciu budynków Centrum Kultury i Sztuki, też nie wszystko poszło, jak trzeba. Inwestycję co prawda skończono i oddano do użytku, ale koszty przekroczyły 100 mln euro i nowy burmistrz twierdzi, że przez budowę miasto tonie w długach i dzisiaj nie ma pieniędzy nawet na to, żeby zapłacić za prąd. Z kolei w Avilés, gdzie zatrudniono brazylijskiego architekta Oscara Niemeyera, w połowie 2010 r. powstało Centrum Sztuki. Inwestycja, która wygląda jak połączenie statku kosmicznego i wieży kontroli lotów, miała zmienić przemysłowe miasto, tak jak muzeum Guggenheima odmieniło Bilbao. I wszystko było na dobrej drodze, bo przez dziewięć miesięcy przez Centrum przewinęło się prawie milion zwiedzających, ale potem jego działalność zawieszono, gdyż regionalny rząd Asturii, która obejmuje Avilés, dopatrzył się – jak sam to określił – „poważnych nieprawidłowości” w rachunkach.

Parada białych słoni

Nieprawidłowości pogrzebały też otwarte w marcu zeszłego roku lotnisko w Castellón. Budowany przez blisko dekadę obiekt pochłonął w sumie 150 mln euro, plus 30 mln euro na promocję i 300 tys. euro na ustawiony przed lotniskiem 25-metrowy miedziany posąg miejscowego polityka Carlosa Fabry. Po otwarciu nie wylądował na nim jednak żaden komercyjny samolot, bo okazało się, że lotnisko nie ma odpowiedniej licencji. Zarabia na nim tylko firma ochroniarska. Mimo że między pasami startowymi hula wiatr, za pilnowanie posągu i lotniska w zeszłym roku policzyła sobie 5,5 mln euro.

Wiele lotnisk wybudowanych w Hiszpanii w czasie boomu nie obsługuje dzisiaj nawet 100 tys. pasażerów rocznie. Do rekordzistów należy położony niedaleko granicy z Portugalią port w Badajoz, który ostatni komercyjny samolot przyjął pięć miesięcy temu. Inny, w Huesce, niedaleko Pirenejów, regularne loty przyjmuje tylko zimą, a i tak w ciągu całego zeszłego roku skorzystało z tego połączenia zaledwie 3 tys. pasażerów. Lotnisko w oddalonym od Madrytu o blisko 200 km Ciudad Real, w regionie Kastylia La-Mancha, zamknięto wiosną po trzech latach działalności, bo od dawna świeciło pustkami i przynosiło zbyt duże straty.

W ostatnich latach wiele lokalnych rządów wcale nie zastanawiało się, czego potrzebują zwykli obywatele – przekonuje David Tijero. – Większość tych olbrzymich centrów konferencyjnych, sal wystawowych albo lotnisk była atrakcyjna głównie tych, którzy mogli na tym zarobić. I fakt, że powstały, wcale nie oznacza, że są przydatne – dodaje. Tygodnik „Time”, a za nim inne media, nazywają ten problem paradą białych słoni. Dopóki Hiszpanie dostawali dotacje z Unii, a kraj przeżywał boom gospodarczy, regionalne władze angażowały się w olbrzymie projekty, wychodząc z założenia, że podatki, tak jak ceny domów, będą zawsze rosły. Kiedy w 2007 r. rynek nieruchomości się załamał, wiele hiszpańskich miast było pod kreską, wybudowane baseny stały puste, hale sportowe trzeba było zamknąć, a kompleksy wakacyjnych ośrodków zapełniały się tylko w szczycie sezonu i to też niecałe. Nagle wszystkie te obiekty stały się zbyt drogie, żeby je utrzymywać, ale równocześnie nadal są zbyt wartościowe, żeby je po prostu zburzyć.

„Brak mi słów” – tak komentował Calatrava zamieszanie wokół jego projektów w Walencji. Architekt zapowiada, że będzie bronił swojego dobrego imienia. Tymczasem kryzys dopadł go także po drugiej stronie Atlantyku, gdzie pracuje w tej chwili. W tym roku miała tam zostać zakończona budowa jego najbardziej spektakularnego projektu – nowego najwyższego budynku Ameryki, 610-metrowego wieżowca w Chicago. Prace przerwano jednak cztery lata temu, zaraz po wylaniu fundamentów.

Polityka 26.2012 (2864) z dnia 27.06.2012; Ludzie i style; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Zabytki zbytku"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną