Igrzyska: pokaz mocy i niemocy

Mocarze i statyści
Jeszcze raz zadziałała magia igrzysk olimpijskich. Oglądając relacje z Londynu mogliśmy się przekonać, że sport może być piękną, szlachetną rywalizacją.
Usain Bolt okazał się największą gwiazdą lekkiej atletyki.
Lucy Nicholson/Reuters/Forum

Usain Bolt okazał się największą gwiazdą lekkiej atletyki.

Jak zawsze na igrzyskach, liczą się tylko zwycięzcy i przegrani.
Luke MacGregor/Reuters/Forum

Jak zawsze na igrzyskach, liczą się tylko zwycięzcy i przegrani.

Bieg na 10 kilometrów. Złoto zdobyła biegaczka z Etiopii Tirunesh Dibaba.
stephenrwalli/Flickr CC by SA

Bieg na 10 kilometrów. Złoto zdobyła biegaczka z Etiopii Tirunesh Dibaba.

„Złoty” kulomiot Tomasz Majewski.
Malte Christians/Newspix.pl

„Złoty” kulomiot Tomasz Majewski.

Królowa sportu nadal panuje. Gdybyśmy mieli wybrać tylko jedną olimpijską konkurencję, z pewnością wielu kibiców zdecydowałoby się na finał biegu mężczyzn na 100 m. Który trwa mniej niż 10 sek., a przecież na stadionie – a zwłaszcza na ekranach telewizyjnych – staje się wielkim spektaklem. Od prezentacji sprinterów poczynając, którzy przed startem wykonują całą złożoną choreografię nie zawsze zrozumiałych dla widzów gestów, do pokazywanej potem dziesiątki razy końcówki. O zwycięstwie decydują setne części sekundy. Tak też było w Londynie, gdzie w głównych rolach wystąpili dwaj biegacze z Jamajki. (Dzień wcześniej reprezentantka tej wyspy wygrała finał kobiet).

Usain Bolt czy Yohan Blake? – zastanawiali się eksperci, pozostałym, też świetnym biegaczom, pozostawiając role statystów. Dwaj prawdziwi herosi dzisiejszych stadionów, razem trenujący przyjaciele, ale i konkurenci. Starszy o trzy lata Bolt na poprzednich igrzyskach był poza zasięgiem rywali, bił rekordy i zdobył trzy złote medale (na 100 m, 200 i w sztafecie). Jeszcze niedawno wydawało się, że nie znajdzie godnego siebie przeciwnika. Tymczasem Blake został mistrzem świata, a w tym roku osiągnął najlepszy wynik – lepszy od Bolta o 1 setną sekundy. Tylko i aż o setną część sekundy! Zapowiadała się wspaniała walka, którą chciał na żywo oglądać cały Londyn. Mistrz odparł atak młodszego kolegi, udowadniając, że jest dzisiaj największą gwiazdą lekkiej atletyki. Najszybszym człowiekiem na świecie i showmanem, doskonale wiedzącym, iż kamery obserwują go także po ukończonym biegu.

Jednak nie tylko sprint gromadził w weekend przed telewizorami miliardową publiczność. Emocjonujący był bieg na 10 km, w którym tryumfował pochodzący z Somalii reprezentant Wielkiej Brytanii Mohhamed Farah, a na drugiej pozycji metę minął Amerykanin. Teraz na tym dystansie wygrywają już nie tylko biegacze z Afryki. Ale na 3 km z przeszkodami potwierdzili swą dominację. (Starsi kibice zapewne pamiętają, iż niegdyś na tym „polskim dystansie” złote medale olimpijskie zdobywali Zdzisław Krzyszkowiak i Bronisław Malinowski).

Jak było do przewidzenia, na lekkoatletycznych arenach nie padają rekordy świata i raczej do końca igrzysk niewiele się zmieni. To nie pływanie, gdzie do granic ludzkich możliwości ciągle daleko, nie mówiąc o inwencji producentów kostiumów. Najlepszy pływak świata Michael Phelps (22 medale, w tym 18 złotych) postanowił wprawdzie zakończyć karierę, ale niewykluczone, iż wkrótce pojawi się nowa gwiazda pływalni. Są konkurencje, w których od lat obserwuje się regres, przykładem choćby tegoroczny finał skoku w dal. O powtórzeniu wyniku Boba Beamona (890 cm w 1968 r. w Meksyku) nikt już chyba nawet nie marzy. Co nie znaczy, że sama konkurencja przestała być ciekawa.

Klasa mistrzowska

Jak zawsze na igrzyskach, liczą się tylko zwycięzcy i przegrani. Dzięki wszechobecnym kamerom obserwujemy z bliska każdy gest współczesnych gladiatorów. Na przykład pospiesznie wykonywany znak krzyża, także według reguły prawosławnej. Czasem próby czarowania sprzętu. Oto jeden z ciężarowców, podchodząc do rwania, czule gładzi sztangę, jakby chciał zaczarować tę kupę żelastwa. Potem kamera pokazuje szlochającą rosyjską dyskobolkę, a nie są to łzy szczęścia, mimo że zajęła dobre, drugie miejsce. Zdecydowanie dłużej celebrowani są na ekranie triumfatorzy, do których organizatorzy dopuszczają nawet rodziny, no może tylko wtedy, gdy wygrywa reprezentant gospodarzy. Tak czy inaczej, widok brytyjskiego zwycięzcy, obejmującego na bieżni córeczkę i żonę w ciąży, naprawdę był wzruszający. Łzy podczas słuchania hymnu, triumfalne biegi z narodową flagą, całkiem nowy obyczaj przeniesiony z boisk piłkarskich, czyli wymiana koszulek – to są momenty, w których chce się nadal wierzyć w sens szlachetnej sportowej rywalizacji.

Z naszych sportowców na razie (mamy poniedziałek) klasę mistrzowską pokazali mocarze. Ciężarowiec Adrian Zieliński i kulomiot Tomasz Majewski: mający za sobą zupełnie różne drogi na najwyższy stopień podium. Majewski przypomina naszych dawnych wspaniałych lekkoatletów, może nawet samego Władysława Komara, który został złotym medalistą 40 lat temu. (I popłakał się słuchając w Monachium polskiego hymnu). Też jest sympatycznym olbrzymem z poczuciem humoru: przed turniejem oświadczył, że wprawdzie miałby z kim przegrać, ale nie zamierza tego robić. No i w Londynie słowa dotrzymał. Od dawna nie widzieliśmy polskiego zawodnika zachowującego taki olimpijski spokój. Nie ma wątpliwości, że gdyby rywale bardziej mu dokuczyli, pchnąłby żelazną kulę jeszcze dalej. Konkurencja, którą trudno nazwać porywającą, dzięki stylowi Polaka nabrała wręcz elegancji, choć trudno się spodziewać, że Majewskiego zaczną teraz naśladować masowo młodzi Polacy, bo to jednak piekielnie trudny sport. Na pewno zaś w warszawskim metrze, gdzie go nieraz widuję, może liczyć na wyrazy podziwu i szacunku.

Przykładem w rodzinnej Mroczy świeci natomiast złoty ciężarowiec Adrian Zieliński, też przypominający dawnych polskich mistrzów, którzy pochodzili z małych miejscowości i dzięki sportowi osiągali w życiu sukcesy, także po zakończeniu kariery. Byli to właśnie ciężarowcy, ale też kolarze czy bokserzy. O poziomie sportu w Polsce decyduje dzisiaj wiele czynników, na pewno pieniądze, stan bazy i fachowość kadry szkolącej. Ale jest jeszcze jeden, może rozstrzygający element, mianowicie brak motywacji młodych ludzi, dla których sport, wymagający dzisiaj wielkiego poświęcenia i morderczej, wieloletniej pracy, nie wydaje się atrakcyjną karierą. Oni nie mają charakteru zwycięzców. A może w zupełności wystarczają im triumfy w grach komputerowych.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną