Świat

Pokonamy nawet śmierć

Świat za sto lat

Co nas czeka za sto lat? Co nas czeka za sto lat? followtheseinstructions / Flickr CC by SA
Znany amerykański futurolog, Michio Kaku, zastanawia się, jak będzie wyglądał świat za sto lat. Odczuwające ból roboty, inteligentne toalety i ściągawki na szkłach kontaktowych – to tylko niektóre z jego wizji.
Michio Kakucampuspartybrasil/Flickr CC by SA Michio Kaku
Artykuł pochodzi z 40 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 1 października 2012 r.Polityka Artykuł pochodzi z 40 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 1 października 2012 r.

Profesorze, w swojej najnowszej książce napisał pan „Staniemy się niczym bogowie”. Nasze prawnuki – bogami? Może jednak to zbyt śmiała wizja?
Proszę sobie najpierw wyobrazić naszych przodków – powiedzmy żyjących około 1900 r. Nie dożywali 50 lat, podróżowali dyliżansami. Gdyby wówczas zobaczyli jednego z nas – z telefonem komórkowym przy uchu, facebookiem na ekranie, podróżującego samolotem – na pewno uznałby, że to jakiś czarodziej.

Ale od czarodzieja do Boga jest jeszcze spory kawałek.
A co właściwie decyduje o boskości? Apollo władał nieskończoną energią słońca, Zeus potrafił się przeobrażać, a Wenus miała idealne ciało. Dokładnie do tego typu rzeczy zdolne będą nasze prawnuki.

Proszę sobie wyobrazić, że budzi się pan pewnego wrześniowego poranka 2112r. Co widzi pan wokół siebie?
Ważniejsze jest to, czego wprawdzie nie widzę, ale co jest wszechobecne: inteligencja. Tak, jak obecnie w pomieszczeniach możemy korzystać z elektryczności, w przyszłości będziemy mogli całkiem bezproblemowo korzystać z inteligentnych systemów. Znajdować się one będą w ścianach, w suficie, w podłodze. Dzieci będą sądziły, że wszystko wokół jest ożywione i że można do tych wszystkich przedmiotów mówić!

To czym konkretnie będzie się zajmował pański potomek tego ranka 2112 r.?
Po pierwsze chce sprawdzić, co się dzieje na świecie. Zakłada więc inteligentne szkła kontaktowe. Jedno mrugnięcie okiem – i już jest online. Ma w ten sposób dostęp do wszystkiego: do wiadomości, filmów, wirtualnych rzeczywistości. No a potem pewnie jedzie do pracy.

„Jedzie”? Nuda!
Ach, powinien lecieć? Pewnie będzie to możliwe i zapewne będziemy sterować naszymi pojazdami za pomocą myśli. Wystarczy raz pomyśleć, dokąd chcemy się udać, i - rach ciach – pojazd już rusza w drogę.

A więc nasz potomek leci do pracy. A co się w niej zmieniło?
Jeśli potomek ów będzie studentem – może sprawić, że wszystkie odpowiedzi na pytania seminaryjne wyświetlą mu się przed oczami, kiedy tylko założy szkła kontaktowe. Jeśli jest artystą –wystarczy mu tylko poruszać dłońmi w powietrzu, aby powstały arcydzieła.

Po co w takim razie w ogóle ruszać się z domu, skoro wszystko tak naprawdę może rozegrać się wirtualnie, na jego niesamowitych szkłach kontaktowych?
Bo jesteśmy ludźmi i to, co sprawia, że nimi jesteśmy, nie zmieniło się specjalnie od 100 tysięcy lat. Potrzebujemy bezpośredniego kontaktu z innymi. Jednak technika towarzyszyć nam będzie na każdym kroku. W 2100 r. życiorys naszych rozmówców będzie się wyświetlał podczas spotkania. A kiedy szukać będziemy partnera, wystarczy, że wyjdziemy na spacer, a wtedy w tłumie ludzi twarze singli zobaczymy podświetlone. Z niektórych technologii jednak zrezygnujemy, bo są sprzeczne z naszą naturą.

Na przykład z jakich?
Na przykład biuro pozbawione papierów. Sam pomysł był porażką. Lubimy rzeczy, których możemy dotknąć, poczuć bezpośrednio. Jeśli zaproponuję panu płytę z nagranym występem jakiejś gwiazdy, albo bilet na jej koncert, co pan wybierze?

Bilet na koncert oczywiście.
No właśnie. To człowiek jaskiniowy w panu sprawia, że dokonuje pan takiego wyboru. On mówi: „Chcę bezpośredniego kontaktu, nie chcę samego obrazka”. To właśnie jaskiniowiec w nas pcha nas do przodu, mówiąc: „wyjdź na dwór, spotkaj prawdziwych ludzi, doświadczaj prawdziwej rzeczywistości!”.
A propos rzeczywistości – fascynuje nas pańska wizja toalet przyszłości…

 

 

No cóż, korzystanie z toalet wciąż będzie konieczne. Ale już same toalety! Będą miały lepsze możliwości analityczne niż współczesne kliniki!
Klozet jako superkomputer?

Na pewno toaleta zaopatrzona będzie przynajmniej w chip DNA. Codziennie analizować będzie obecność białka i enzymów i ostrzeże pana, jeśli stwierdzi, że w pańskim organizmie znajdują się komórki rakowe. Także pojawienie się innych chorób będziemy mogli stwierdzić bardzo wcześnie. Tylko grypa pozostanie naszym utrapieniem. Istnieje przynajmniej 300 różnych wirusów, które ją wywołują. Firmy farmaceutyczne zbankrutowałyby, gdyby usiłowały wynaleźć szczepionkę na każdy rodzaj grypy.

Jakież to rozczarowujące. Proszę nas jakoś pocieszyć. Czy nie mówił pan przed chwilą o idealnym ciele Wenus?
Bo zmieni się istota tego, co może zdziałać medycyna. Jej celem nie będzie już tylko ratowanie ludzkiego życia. Będzie chodziło o to, by je udoskonalić.

Człowiek ma się więc stać silniejszy, piękniejszy, lepszy?
Będą czynione starania w tym kierunku.

Załóżmy, że uda się na nowo – lepiej – zmajstrować DNA. Jak poradzimy sobie z tym, że będziemy mogli zaprojektować nasze dzieci?
Potrzebujemy publicznej debaty na ten temat. To na jej podstawie uświadomione społeczeństwo musi zdecydować, jak daleko możemy się posunąć – do jakiego stopnia piękne, odważne i wspaniałe mają być nasze dzieci.

Czy koniec końców homo sapiens pokona nawet śmierć?
To zaskakujące, ale wieczne życie wcale nie narusza praw fizyki. Umieramy tylko dlatego, że wraz z wiekiem pojawia się coraz więcej błędów przy odczycie informacji genetycznej. Dlatego starzeje się nasza skóra, a w którymś momencie organy odmawiają posłuszeństwa.

Co można na to poradzić?
Nasze komórki zaopatrzone są w mechanizm naprawczy. Jeśli będziemy umieli go wykorzystać, w przyszłości możemy ochronić komórki przed degradacją. To całkiem realistyczne! A co więcej, potrafimy wyhodować nowe narządy. To dzieje się już teraz.

A więc pokonamy śmierć?
W zasadzie tak.

A co potem? Kto będzie mógł żyć wiecznie, a kto będzie musiał umrzeć? Komu pozwolimy się rozmnażać?

Dzieci nie będą stanowiły problemu. Jeśli ludzie będą żyli dłużej, będą mieć mniej dzieci. To widać wszędzie tam, gdzie jest większy dobrobyt, wykształcenie i gdzie ludzie żyją w miastach.

A teraz tak czysto praktycznie – co ma zrobić człowiek, kiedy toaleta mu powie, że ma w sobie komórki rakowe?
Musi wyszukać lekarza, mówiąc tapecie…

Co proszę? Ma się zwrócić do tapety?
Mówiłem przecież, że wszystko wokół zaopatrzone będzie w inteligentne systemy, także tapeta. Trzeba powiedzieć: „Chcę się zobaczyć z moim lekarzem” – i pstryk – lekarz pojawia się na ścianie. Wygląda on jak lekarz, mówi jak lekarz, ale w rzeczywistości jest postacią animowaną. Nazwałem go Robodoktor. Pacjent mówi, co mu dolega, a Robodoktor udziela mu dokładnych informacji na temat tego, co dzieje się w jego ciele. Robodoktor będzie mógł fachowo odpowiedzieć na prawie każde pytanie, dysponował będzie bowiem wszystkimi danymi z historii medycyny z całej planety.

Czy będzie też istniał Robo–instruktor jazdy i Robo-kucharz?
No oczywiście.

Póki co roboty – nawet po 50 latach pracy nad sztuczną inteligencją – są dość tępawe…
…to prawda. Póki co, mają najwyżej inteligencję karalucha. Ale to się zmieni. W ciągu najbliższych dziesięcioleci roboty najpierw staną się tak inteligentne, jak myszy, potem tak bystre, jak koty, a któregoś dnia dysponować będą taką inteligencją, jak małpy. Będą za nas sprzątać, wykonywać monotonną, albo niebezpieczną pracę. Jednak żeby było to możliwe, będą też musiały odczuwać ból.

Maszyny ze zdolnością do odczuwania cierpienia?
Tak – nie chcielibyśmy przecież, żeby same siebie zniszczyły.

 

 

Czy w takim razie zaraz nie pojawili by się adwokaci tych maszyn, którzy walczyliby przeciwko dręczeniu robotów?
Całkiem poważnie wydaje mi się, że może tu wyłonić się poważny problem etyczny. Prawdopodobnie mogą pojawić się ludzie, którzy stwierdzą, że roboty są czującymi istotami, takimi jak psy czy koty.

Kiedy roboty mogą stać się dla nas zagrożeniem? Myślimy tu o robocie HAL z filmu „2001”…
Zaczniemy od wszczepienia do ich mózgu chipa, który wyłączy je, kiedy tylko zaczną snuć jakieś niebezpieczne plany.

Skoro będą inteligentne, to będą potrafiły same wymontować sobie tego chipa.
Tak, ale to nie stanie się przed 2100 rokiem.

Ładne mi pocieszenie.
Zawsze będziemy jednak mogli sami zmądrzeć trochę bardziej.

Mówi pan o dawnej wizji science fiction, wedle której w przyszłości staniemy się właściwie samym mózgiem?
(śmieje się) Dokładnie! I na nowo sprawdzimy teorię względności Einsteina. A tak serio – nie wydaje mi się, żeby do tego doszło. Wracając znów do człowieka jaskiniowego – czego on najbardziej pragnie? Respektu od swoich kumpli. I chce dobrze wyglądać, zwłaszcza w oczach drugiej płci. Chodzi o prestiż. Kto chciałby być zamknięty w czymś w rodzaju komputera i na nowo przeliczać równania Einsteina?

Ale stać się pewnego dnia super-mężczyzną, albo super-kobietą – to brzmi już całkiem frapująco, nieprawdaż?
Stworzymy sobie różne awatary. Dysponować one będą tymi wszystkimi mocami, o jakich marzymy. Będziemy idealni, nadludzcy, piękni. Nasze awatary poślemy nawet na księżyc, albo w wirtualne podróże. Pozostawimy jednak sobie możliwość wyłączenia tych awatarów i powrotu do normalnego życia. Miło jest być superfacetem w jakieś popołudnie, ale co za dużo, to niezdrowo. W jakimś momencie mam przecież ochotę po prostu spotkać się z przyjaciółmi i napić się piwa.

A więc atawizm wygrywa z awatarem. Jak mocno broni się w nas człowiek jaskiniowy? Czy w pewnym momencie nie uformuje się ruch ludzi, którzy przeciwstawią się nowym technikom?
Tego rodzaju grupy ludzi formują się zawsze, kiedy wprowadzana jest jakaś nowa technologia. Proszę przypomnieć sobie, jakie były początki telefonu. Sypały się gromy na ten wynalazek, bo jakoby przestaliśmy wystarczająco często rozmawiać z naszymi dziećmi.

W swojej książce wyraża pan opinię, że jesteśmy najważniejszym pokoleniem, jakie kiedykolwiek żyło na tej planecie. Czy w ten sposób nie myśli o sobie każde pokolenie?
Jesteśmy świadkami powstania cywilizacji planetarnej. Decydujemy o tym, czy ludzkość przetrwa.

Proszę wytłumaczyć – co ma pan na myśli, mówiąc o cywilizacji planetarnej?
My fizycy dzielimy cywilizacje według sposobu wykorzystywania przez nie energii. Cywilizacja planetarna typu 1. wykorzystuje wszelkie źródła energii, jakie istnieją na jej planecie. W pewnym momencie będziemy potrafili kontrolować pogodę, trzęsienia ziemi, wulkany. Typ 2. jest nieśmiertelny, opanował też gwiazdy (proszę spojrzeć na „Star Trek”). Typ 3. ma we władaniu całą galaktykę…

Chwileczkę, powoli. Tak daleko nie zajdziemy jeszcze długo!
To nieprawda, znajdujemy się w fazie przejściowej. Pozyskujemy już energię z martwych roślin. Za sto lat staniemy się Typem nr 1. Będziemy posługiwać się jednym planetarnym językiem. Albo lepiej dwoma: mandaryńskim i angielskim. Już dziś uprawiamy globalny sport - w ramach olimpiady. Piłka nożna też jest sportem planetarnym. Unia Europejska jest zaczątkiem planetarnej ekonomii.

Z czym akurat teraz mamy niejakie problemy.
Ale mimo wszystko historia dowodzi, że coraz bardziej się globalizujemy. Także moda i kultura stają się globalne.

Co z tego świata przyszłości, jaki odmalował pan tu przed nami, chętnie doświadczyłby pan już teraz?
Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pożyć kilka lat dłużej. Albo zobaczyć statek kosmiczny, który zasługuje na swoją nazwę. I bardzo żałuję, że nigdy nie przekonam się, czym jest jedenasty wymiar.

Co dokładnie ma pan na myśli?
Energia Wielkiego Wybuchu, Czarne Dziury, tunele czasoprzestrzenne i cały obszar teorii strun – którego badaniem się zajmuję.

Panie profesorze, bardzo dziękujemy za rozmowę.

Michio Kaku (65 lat) pracuje jako fizyk teoretyk w Nowym Jorku – jest dziekanem katedry fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Nowojorskim. Zajmuje się badaniami teorii strun, poza tym postawił sobie za cel popularyzację nauki za pośrednictwem radia i telewizji. W swojej najnowszej książce „Fizyka przyszłości” spekuluje na ten temat, jak wyglądać będzie świat za 100 lat i w jakich warunkach będzie wtedy żył człowiek. Kaku – syn japońskich imigrantów – przykłada wagę do tego, by w swoich wizjach opierać się na prawach fizyki.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną