Chodzi o to, by 14 października przekroczyć próg. Jeśli w całym kraju Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL) zdobędzie 5 proc. głosów, wprowadzi do parlamentu nawet kilkunastu posłów, co w rozdrobnionym, liczącym 141 posłów Sejmie, jest poważną siłą polityczną. Silna partia polska może okazać się atrakcyjnym kandydatem na koalicjanta dla socjaldemokratów, którzy według sondaży mają wygrać wybory. Choć przyszli zwycięzcy są ostrożni i niczego konkretnego nie obiecują, AWPL już przymierza się do kilku ministerstw i planuje cofnięcie kilku decyzji ustępującego rządu premiera Andriusa Kubiliusa – m.in. o obowiązkowej maturze z języka litewskiego, zakazie wieszania dwujęzycznych tablic z nazwami ulic czy wystawiania dowodów z polskimi nazwiskami w ich polskim brzmieniu.
Cztery lata temu do przekroczenia progu zabrakło 0,2 proc. i do Sejmu weszło tylko trzech posłów AWPL z okręgów jednomandatowych. Teraz Akcja celuje w 7 proc., do Sejmu ma ją zaprowadzić, obok głosów około ćwierć miliona Polaków, także fala niezadowolenia z ekipy Kubiliusa. Co prawda, jest pierwszym premierem w historii niepodległej Litwy, który dotrwał do końca kadencji, ale za jego rządów gospodarka wpadła w głęboką recesję, Litwini musieli zacisnąć pasa, a tysiące straciły oszczędności wskutek bankructwa fatalnie zarządzanego banku Snoras. Na dodatek litewscy politycy nie mają wysokich notowań, obciążają ich niejasne powiązania rodzinno-biznesowe i oskarżenia o uleganie rosyjskim wpływom. AWPL kreuje się na jedynego sprawiedliwego. – Nasi przedstawiciele w samorządach nigdy nie byli zamieszani w żaden skandal korupcyjny – dowodzi Waldemar Tomaszewski, szef Akcji i litewski europoseł, który po ewentualnym sukcesie w wyborach zrezygnuje z mandatu w Brukseli.