Końcówka amerykańskiego wyścigu

Kto zmienia zdanie?
Cyklon Sandy (90 ofiar śmiertelnych, kilkanaście miliardów dolarów strat) spowodował przerwę w amerykańskiej kampanii wyborczej: prezydent Barack Obama słusznie uznał, że jako szef egzekutywy musi zostać w Waszyngtonie i skoncentrować na bieżących sprawach kraju, a nie na organizowaniu własnego zwycięstwa.

Taką postawę Amerykanie aprobują. Ale pytani jak nieszczęście wpłynie na wynik głosowania odpowiadają: nie wiadomo. Jedni mogą liczyć, że demokratów - bardziej skłonnych do pomocy poszkodowanym - trzeba tym bardziej wesprzeć. Drudzy, że teraz właśnie ma się zademonstrować republikański duch polegania na sobie, a nie na rządzie.

Zamiast Obamy na wielu wiecach pojawił się ciągle lubiany Bill Clinton, co było naturalnym wsparciem Partii Demokratycznej. Dlaczego zamiast Romneya nie pojawił się George Bush? Ano Broń Boże! A nóż Amerykanie skojarzyliby, że cała kampania Romneya dąży do zamazania pokrewieństwa ideowego z ostatnim republikańskim prezydentem. Bush - jak przypomina bloger „Huffington Post”, Robert Creamer - nie tylko nie zareagował na huragan Katrina, ale wielokrotnie dawał do zrozumienia, że nie wierzy w skuteczność działań państwa w takich sprawach. Podobnie chyba i Romney, który proponował nawet likwidację instytucji FEMA - Agencji Federalnej ds. Nadzwyczajnych Zdarzeń. Czy ktoś o tym pamięta? Też trudno orzec.

Kampanię charakteryzuje dawno nie widziana agresywność i przeinaczanie faktów, żeby nie powiedzieć zwykłe kłamstwa. Na drogach na Florydzie wiszą ogromne banery sugerujące, że Obama kłania się arabskim szejkom i dlatego benzyna jest droga. W rzeczywistości - to za jego kadencji Ameryka podniosła wydobycie własnych surowców energetycznych do rekordowego poziomu. Republikanie twierdzą w telewizyjnych i radiowych reklamach wyborczych, że firma samochodowa Chrysler przenosi część produkcji do Chin. Miało to zdyskredytować pomoc, jakiej Obama udzielił przemysłowi motoryzacyjnemu w Detroit. Kłamstwo było tak rażące, że sam szef Chryslera wysłał list do każdego pracownika, nazywając wybieg republikanów „najbardziej cyniczną kampanią polityczną”.

Każdy chwyta się czego może, by wyszarpać choćby kilka tysięcy głosów więcej w 9 decydujących stanach, bo do nich teraz ogranicza się i kampania i rozgrywka. W tych stanach przewaga Obamy nie jest wielka, często wręcz trudna do wyrażenia w liczbach. Pewien wpływ może mieć oświadczenie Michaela Bloomberga, burmistrza największego amerykańskiego miasta, Nowego Jorku, który we czwartek wsparł Obamę. Bloomberg wykorzystał cyklon - zwrócił uwagę, że ekstremalne zjawiska pogodowe mogą mieć związek ze zmianami klimatu i trzeba im przeciwdziałać. Obama popiera tę agendę, a Republikanie raczej uważają, że to wszystko humbug, nie wart wydatków. Bloomberg jeszcze podkręcił spór, bo przypomniał, że Romney zajmuje niemożliwe do popierania stanowisko w sprawie opieki zdrowotnej i aborcji. Bloomberg, choć kieruje miastem „demokratycznym” jest politycznie niezależny. Co więcej, jego apel za Obamą odczytano tak, że wielki biznes i Wall Street wcale nie popierają Romneya tak silnie, jak by się dotychczas miało zdawać.

Pozostaje faktem, że Romney przez ostatnie tygodnie szedł w sondażach w górę i Obamę dogonił w bezwzględnych liczbach w całym kraju. Ale - jak wiemy - w ustroju federalnym liczą się bardziej zwycięstwa w poszczególnych stanach. 19 milionów Amerykanów - liczba chyba rekordowa - już głosowało (przed terminem) i zdania nie zmieni. A reszta? Chwalimy demokrację, ale jak się cieszyć z tych wyborców, którzy namyślają się dopiero w drodze do lokalu wyborczego?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną