Świat

Ciemności kryją zimę

Noc polarna w Arktyce

Jaką taką pewność, że gdzieś tam istnieje słońce, daje zorza polarna. Jaką taką pewność, że gdzieś tam istnieje słońce, daje zorza polarna. Ilona Wiśniewska / Polityka
W Arktyce zapada noc polarna. Słońca nie będzie tu przez najbliższe cztery miesiące.
Uczestnicy Isbadnig - kąpieli w morzu.Ilona Wiśniewska/Polityka Uczestnicy Isbadnig - kąpieli w morzu.
Początek grudnia w południe, święto na głównym deptaku.Ilona Wiśniewska/Polityka Początek grudnia w południe, święto na głównym deptaku.
Holenderski jacht Noordenlicht co roku wmarza w lód w Tempelfjorden.Ilona Wiśniewska/Polityka Holenderski jacht Noordenlicht co roku wmarza w lód w Tempelfjorden.
Nybyen, dzielnica Longyearbyen, w styczniowe popołudnie.Ilona Wiśniewska/Polityka Nybyen, dzielnica Longyearbyen, w styczniowe popołudnie.
Luty, arktyczny świt. Zagroda dla psów poza miastem.Ilona Wiśniewska/Polityka Luty, arktyczny świt. Zagroda dla psów poza miastem.

Longyearbyen to jest bańka – Patricia zapina odblaskową kamizelkę na puchowej kurtce, zakłada buty z foczego futra i własnoręcznie wydziergane wełniane rękawice. Na dworze jest burza śnieżna, minus 21 stopni C, kompletna ciemność przerywana jedynie żółtym światłem latarni ulicznych, a ona idzie odebrać synka z przedszkola. – Z jednej strony masz tu wszystko – dziką naturę na wyciągnięcie ręki, podatek 15,8 proc., uniwersytet, Globalny Bank Nasion, hotel Radisson, chór, aerobik w wodzie, festiwal filmowy, galerię sztuki, klub robótek ręcznych, grupę cyrkową, świeże daktyle i ser haloumi – naciąga kaptur na głowę, ile się da, bo wieje jak cholera, tak że ledwo ją słychać. – Z drugiej, jesteś w najdalej na świecie na północ położonym miasteczku, na wyspie w większości pokrytej lodem, prawo zabrania posiadania kotów (bo jakoby mogą się zarazić wścieklizną od lisów polarnych – przyp. aut.), najwyższa roślina to 30-centymetrowa trawa, szczypiorek i rzodkiewkę kupujesz pakowane próżniowo, alkohol jest na kartki i nie ma słońca przez cztery miesiące.

Patricia przyjechała na Spitsbergen z Tucumán w Argentynie. Z wykształcenia jest historykiem, tu pracuje w muzeum. To jej piąta zima w Arktyce. Drobna, śliczna 37-latka. Na szyi łańcuszek z medalikiem z Matką Boską, a na palcu pierścionek z niedźwiedziem polarnym.

Pierwsza zima była najgorsza. Przyleciała na początku stycznia, z argentyńskiego lata do arktycznej zimy. To było jakieś 60 stopni różnicy. – Spałam po kilkanaście godzin na dobę i bałam się wyjść z domu, tak mi było zimno – wspomina. – A potem się przyzwyczaiłam. Jak długo masz pracę, rodzinę i takie zwyczajne życie, ciemność nie stanowi problemu. Nadal czasem czuję się zmęczona, ale jednocześnie ten cały okres to dla mnie synonim ciepła. Przytulnie jest.

Polarna ziemia obiecana

Noc polarna w Longyearbyen trwa mniej więcej 130 dni. Na 78 stopniu szerokości geograficznej północnej najciemniej jest od listopada do końca stycznia. W tym czasie tylko księżyc i zorze polarne dają jaką taką pewność, że słońce nadal istnieje. Psy polarne wyją w zagrodach poza miastem, śnieg o strukturze piasku gna kilkadziesiąt kilometrów na godzinę, bez trudu prześlizgując się po grzbietach reniferów leżących na ziemi, morze zamarza trzeszcząc i nawet żaden ptak nie zawraca, bo wszystkie odleciały już przezornie we wrześniu.

Rodzice odbiorą dzieci ze szkoły i przedszkoli, pójdą potem na basen, zjedzą pizzę, a wieczorem będzie koncert Kaizers Orchestry w domu kultury, bo zacznie się Polarjazz – najbardziej północny na świecie festiwal jazzowy. Kobiety przyniosą obuwie zmienne na obcasie w reklamówkach z logo lokalnego samu i dyskretnie założą je w szatni, w toalecie poprawią fryzury zmierzwione pod futrzanymi czapkami i zapudrują mroźne rumieńce. Mężczyźni spod puchowych kurtek odsłonią eleganckie marynarki, niejeden nawet krawat i świeżo przystrzyżone wąsy. Piwo Arctic bez pianki i mojito ze świeżą miętą będą się lały strumieniami. Na koncercie będzie tak gorąco, że para zacznie się skraplać z sufitu. Jutro nikt nie przyjdzie do pracy przed dziesiątą.

Amerykanin John Munroe Longyear założył tu pierwszą kopalnię węgla kamiennego na początku XX w. Zaczynał od baraku na 25 mężczyzn. W 1919 r. liczba zatrudnionych wzrosła do 230, żeby po pięciu latach niemal się podwoić. W latach 90. naliczono 1575 osób. Z siedmiu kopalń do dziś działa jedna, natomiast mieszkańców jest dokładnie 2077, w tym 423 obcokrajowców z 44 krajów. Najliczniejszą mniejszością są Tajowie – 102 zarejestrowanych. Potem w kolejności: Szwedzi (91), Rosjanie (46), Duńczycy (28), Niemcy (25), Chorwaci (15), Filipińczycy (12), Chilijczycy (8), czworo Polaków. Po jednym przedstawicielu mają Argentyna, Azerbejdżan, Australia, Botswana, Kolumbia, Indie, Malezja, Syria, Tunezja, Węgry i Urugwaj, a w danych urzędu miasta uchował się nawet jeden obywatel Czechosłowacji.

W Longyearbyen nie można się planowo urodzić ani umrzeć. Nie ma sali porodów w szpitalu ani cmentarza. Można tu być tak długo, jak długo jest się w stanie samemu o siebie zadbać. Dlatego średnia wieku mieszkańców nie przekracza czterdziestki. Co robią? Są zatrudnieni w instytucjach publicznych, przy obsłudze ruchu turystycznego, przy badaniach naukowych, a wielu z nich pracuje, kiedy reszta śpi. Z listu do „Svalbardposten”, lokalnej gazety: „Tu, w Longyearbyen, jest dużo trudnej i brudnej pracy, takiej jak sprzątanie, mycie, dźwiganie ciężarów itd. My, cudzoziemcy, możemy to robić”. Podpisano: Elite z Filipin.

Elite pisze po norwesku, bo wszyscy się tu uczą języka – w jednej grupie na bezpłatnym kursie norweskiego siedzą obok siebie doktoranci i absolwenci czterech klas szkoły podstawowej. Tajka Patsarapon na pierwszych zajęciach zostawia pustą rubrykę: adres e-mailowy. W ogóle nie umie używać komputera. Pracuje w pizzerii, ale chciałaby otworzyć własną restaurację w Bangkoku. To jej czwarta zima tutaj. Jej krajanka Sureeporn zapytana o marzenia mówi, że chciałaby, żeby w hotelu, w którym sprząta, było więcej gości, bo wtedy zawsze będzie miała pracę. W nocy (zwłaszcza tej polarnej) hotele świecą pustkami.

Na mocy Traktatu Spitsbergeńskiego z 1920 r. obywatele wszystkich krajów sygnatariuszy mogą tu pracować na równych prawach. Dla tych, dla których norweski rynek pracy jest niedostępny, ta wyspa to ziemia obiecana. Niektórzy spędzają tu lata, nigdy nie będąc w Norwegii. – Nieważne, że nie ma słońca. W Tajlandii jest go w nadmiarze, ale tutaj jest praca – mówi Duang, kelnerka w restauracji hotelu Funken. Dziewięć lat na Spitsbergenie.

 

 

Przyjaciel księżyc

Nikt nie jest w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy jest ostatni dzień światła dziennego. – Z tygodnia na tydzień robi się coraz ciemniej i ciemniej, a potem pewnego dnia po prostu zapalasz świeczki do drugiego śniadania – Katja (31 l., konserwator zabytków z Berlina, chyba najwyższa kobieta w całym mieście) spędziła tutaj już dwie zimy z mężem i dwoma synami. Młodszy właśnie nauczył się słowa księżyc. Słońce zna z obrazków, ale to nie to samo. Zaczął mówić w listopadzie, akurat podczas pełni, kiedy księżyc krążył całą dobę nad horyzontem.

Czy dzieci zachowują się jakoś inaczej podczas nocy polarnej? Są spokojniejsze? – A widzisz jakąś zmianę? – śmieje się zrezygnowana, jednego odciągając za kaptur, żeby nie wrzucał żołnierzyków do sedesu, a drugiego prosząc, żeby nie przyklejał rodzynek na ścianę. Starszy urodził się o kilka miesięcy za wcześnie. Rozmawiają językiem migowym. Katja lubi noc polarną. Czuje się wtedy bezpieczniej. I bardziej anonimowo. – Tutaj wszystko i wszyscy są w pewien sposób obnażeni, a zimą jest ta wolność, że znikasz pod warstwami ubrań, czapek i szalików. Możesz być kimkolwiek.

I jesteś bliżej rzeczy – Silvia (37 l., pediatra z alpejskiej wioski w Szwajcarii) wyjmuje z piekarnika własnoręcznie upieczony chleb ze śliwkami. Ten z tutejszej piekarni smakuje jak okładka bloku technicznego z makulatury. – Mam wrażenie, że ciemność tworzy swego rodzaju ochronną ramę. Śpisz i bardzo nie chcesz się obudzić. Jesteś jak dziecko, które nie chce dorosnąć. Silvia pracuje w szkole jako opiekun autystycznej dziewczynki. Całą zimę jeździ do szkoły rowerem.

Noc polarna pozwala też zobaczyć otaczającą cię przyrodę z zupełnie innej perspektywy. Zaprzyjaźniasz się z księżycem, który teraz jest takim łagodnym słońcem dla twoich oczu, odzwyczajonych do nadmiaru światła – przedstawia z bardziej medycznej perspektywy. A jak zobaczyłam pierwszy raz zorzę polarną, to się po prostu rozpłakałam – zjada parującą piętkę z rozpływającym się masłem.

Silvia przyjechała tutaj w założeniu na rok, jak większość, żeby doświadczyć wszystkich pór roku na Spitsbergenie, ale właśnie zaczął się drugi. Czasem zastanawia się, czy nie zostać na zawsze. Właśnie nauczyła się robić na drutach i ruszyła z produkcją własnoręcznie filcowanych kapci i rękawiczek z niedźwiedziem polarnym, które będzie sprzedawała na przedświątecznym jarmarku. Robi na drutach i patrzy, jak jej rośnie bazylia pod lampką na parapecie. Jaskrawe kolory, turkus, pomarańcz, fuksja. Trzeba czymś złamać tę biel.

Zorza i lampa

Według starego przesądu, którym z upodobaniem straszono dzieci w północnej Norwegii, nie wolno machać do zorzy polarnej białą chusteczką, bo zejdzie na ziemię i machającego zabierze. – Tak, to było na randce w jacuzzi – Patricia aż przystaje na samo wspomnienie pierwszej zorzy. – To był ten pierwszy rok, zimno mi było strasznie, więc się do tego całego oczekiwania jakkolwiek romantycznego nastawiałam raczej sceptycznie. Ale kiedy nagle niebo zrobiło się zielone, to odstawiłam kubek z gorącą czekoladą i po prostu napiłam się wódki.

Ale nie odważyłaby się pomachać do zorzy, co? Nie odpowiada. Zabobon zabobonem, ale niewykluczone, że święty medalik na nic by się zdał w obliczu sił natury (i mocy przekonywania dorosłych).

Ostatnio śnił mi się koszmar, że budzę się i jest jasno – mówi w drodze do przedszkola Marcela, 37 lat, z Monterrey w Meksyku, tutaj menedżer hotelu. – Kiedy światło wraca, masz wrażenie, że coś się bezpowrotnie kończy, a ty nie wykorzystałaś tego czasu. W tym roku morze nie zamarzło tak szybko i żałuję, że nie pływałam moim pontonem w zupełnych ciemnościach. Chciałam doświadczyć tej absolutnej ciszy.

Marcela swoim przyjazdem wprowadziła spore zamieszanie, nawet wśród zatwardziałych polarnych kawalerów. Bo kto to widział chodzić w kozakach na obcasie po lodzie i jeździć skuterem w sukience? Nie nosi czapki, bo jej się włosy źle układają. Nie gotuje, bo nie lubi zmywać, za to zawsze ma butelkę sosu tabasco w torebce, bo nic tu nie smakuje, jak powinno. Jeśli się jej nie przerwie, może mówić godzinami, bo lubi słuchać swoich historii raz jeszcze. Podróżuje od 10 lat. Ten przystanek miał trwać rok, a kończy się już drugi.

 

 

Jeszcze do niedawna były we dwie. Mariana, aktorka oper mydlanych z Mexico City, wyjechała po pół roku pracy na czarno przy sprzątaniu pokoi w hostelu za stawkę dużo poniżej wymaganego prawem minimum. Marcela też wyjedzie, bo nie lubi ludzi tutaj. – My mamy w Meksyku takie powiedzenie: dodaj więcej śmietany do taccos. A oni tutaj? Oni zabierają salsę, mięso i zostawiają samą tortillę! Marceli czasem odechciewa się tu nawet mówić. To najlepszy wyznacznik tego, że pora wracać.

Longyearbyen ma mało mieszkańców z wieloletnim stażem. Ich rotacja jest tak duża ze względu na trudne warunki pracy, że mało kto się tutaj do siebie przywiązuje. Ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają, a spora grupa (przede wszystkim Norwegów) po prostu przeczekuje noc polarną na południu Europy. Zimą 2011 r. firma Philips postanowiła przyjść z pomocą niedobitkom przedkładającym ciepłe kalesony nad ciepłe plaże i – jak głosił slogan reklamowy – „obudzić to miasto”. Wśród trzystu ochotników gotowych poddać się eksperymentowi była też Marcela. Pomysł był prosty: firma wyprodukowała lampę, która zaczyna emitować światło na pół godziny przed ustawionym czasem budzika i tym samym aktywuje mózg. Kiedy godzina wybija, budzi śpiącego łagodnym głosem ptasich treli tudzież melodią – jak kto woli – a ten otwiera oczy w pokoju wypełnionym jasnością, w założeniu niczym nieróżniącą się od światła dziennego, i spieszy złożyć raport o jakości swej pobudki na specjalnej stronie internetowej. – Ja mam zawsze mnóstwo energii, więc tak naprawdę nie wiem, czy to działa – Marcela wie jednak na pewno, że bez lampy może spać zimą po kilkanaście godzin. Katja używa lampy imitującej światło dzienne w pracy. W domu chłopcy nieustannie dbają o to, żeby nie chciało jej się spać. Silvia w lampę nie wierzy.

Słońce wróci w marcu

Ja już jestem bardzo zmęczony – Shorhat lampy by nawet nie kupił, bo droga. Przyjechał tutaj na początku 2010 r. z Baku. Tam był piekarzem, tutaj sprząta w hotelu Marceli, ale zawsze chciał być marynarzem. Za kilka lat kupi dom. Na Syberii. W Tiumeniu jego dziewczyna studiuje medycynę. Nie widzieli się od dwóch lat, bo on ciągle pracuje na ten dom. Rozmawiają na Skypie, ale też z przerwami, bo Shorhat jest tak zajęty, że czasem nie ma kiedy zapłacić za Internet. Jak pojechał latem do Azerbejdżanu, to przez dwa tygodnie leżał na kanapie, a mama mu tylko donosiła jedzenie. Czemu nie pojechał do Tiumenia? Bo mógł tam być tylko tydzień, a to już się nie opłacało.

Nigdy nie opuszcza miasta. Mieszka w hotelu robotniczym w jednym pokoju ze ślepą kuchnią. Na urodziny przyszedł do Marceli godzinę wcześniej, żeby się nie spóźnić do pracy za podwójną stawkę w sobotni wieczór. Ubrał się w białą koszulę, mimo że był siarczysty mróz. Nie zastał gospodyni, więc zostawił prezent pod drzwiami. To był drugi raz, kiedy ktoś go gdzieś zaprosił. Pierwszy raz był w święta. Szef zorganizował Wigilię. W prezencie Shorhat dostał woreczek soli z Wieliczki. – Chciałbym się po prostu wyspać, ale zimą cierpię na bezsenność. Spać nie mogę, więc pracuję – miesza cukier w kolejnej czarnej kawie, dzwoniąc nerwowo łyżeczką.

Słońce wróci 8 marca. Z tej okazji miasto zorganizuje festiwal Solfest, będzie parada, występy i przemówienie pani burmistrz. Patricia zrobi synkowi z bibuły koronę w kształcie słońca, żeby wraz z innymi dziećmi mógł je godnie przywitać. Wszyscy tradycyjnie zgromadzą się na schodach dawnego budynku szpitala, bo właśnie stamtąd przez kilka minut będzie pierwszy raz je widać. – Jeśli niebo się zachmurzy, to nic nie szkodzi – Patricia pcha wózek już z odebranym z przedszkola synkiem, tym razem wiatr wieje w plecy. – W końcu potem, przez pięć miesięcy, słońce ani na chwilę nie zajdzie.

Polityka 45.2012 (2882) z dnia 07.11.2012; Na własne oczy; s. 116
Oryginalny tytuł tekstu: "Ciemności kryją zimę"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Psi umysł

Nie my udomowiliśmy psy. One zrobiły to same i dzięki temu, pod pewnymi względami, stały się bystrzejsze od szympansów.

Marcin Rotkiewicz
01.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną