Sarajewo upamiętnia tych, którzy zginęli

Sarajewskie róże
Po zakończeniu wojny w Bośni i Hercegowinie na ulicach Sarajewa pojawiły się – jak je nazwano – czerwone róże, pamiątki ludzkich dramatów.
Sarajewskie róże są rozsiane po całym mieście. Niektóre z nich są tak zniszczone, że ciężko je zauważyć.
Branimir Prijak/Materiały prywatne

Sarajewskie róże są rozsiane po całym mieście. Niektóre z nich są tak zniszczone, że ciężko je zauważyć.

Dino chce, by róże stały się symbolem Sarajewa. Dwa lata temu wymyślił tematyczną wycieczkę po Sarajewie, podczas której przewodnicy opowiadają turystom o sarajewskich różach.
Michele Biava/Materiały prywatne

Dino chce, by róże stały się symbolem Sarajewa. Dwa lata temu wymyślił tematyczną wycieczkę po Sarajewie, podczas której przewodnicy opowiadają turystom o sarajewskich różach.

Różę na ul. Ferhadija codziennie mijają setki przechodniów.
Branimir Prijak/Materiały prywatne

Różę na ul. Ferhadija codziennie mijają setki przechodniów.

Róże przypominają o tragedii Sarajewa - jedni przechodnie je omijają, inni po nich chodzą.
Michele Biava/Materiały prywatne

Róże przypominają o tragedii Sarajewa - jedni przechodnie je omijają, inni po nich chodzą.

Kenan Ćatović, 24-latek ubrany w spodnie bojówki i lekko przetartą skórzaną kurtkę, ożywia się, kiedy zaczyna o nich mówić: – Bardzo subtelne, nie rzucają się w oczy. Są rozsiane po całym mieście, ale czasem naprawdę trudno je zauważyć.

Kenan jedną z róż zabrał na działkę, 30 km od Sarajewa. Kilka hektarów ziemi, rzędy młodych drzewek jabłoni ciągną się do pobliskiego lasu. W cieplarni można spróbować dorodnych truskawek. – Zasadziliśmy też pomidory. Wszystko niepryskane. A róża jest na zewnątrz, obok foliowych drzwi, o tam, wśród tych chaszczy.

Działka zarosła, trawa na pół metra. – Wcześniej trzymałem ją w garażu, ale rodzice poprosili, żebym ją stamtąd zabrał. Tutaj nikomu nie przeszkadza.

Dziecięcą twarz Kenana zakrywają długie, kręcone włosy, kiedy pochyla się, by jej się przyjrzeć. Kręci głową. – Źle wygląda, coraz gorzej – wzdycha. – Naprawdę lepiej byłoby, żeby wróciła tam, skąd ją wziąłem.

Próbował dowiedzieć się, co się wtedy stało. – Nie znam żadnych nazwisk ani daty. Wszystkie róże znaczą miejsca, gdzie zginęły co najmniej trzy osoby, tak się mówi.

Róża Kenana dawno wyblakła. 16 równo pociętych kawałków asfaltu leży na drewnianych deskach. Najgorsze są upały, wtedy szara masa mięknie, potem pęka.

Zatrzymałam się tylko na chwilę

Jasmina Čelik szykowała się do pracy. Czteroletnia Amina zaczęła marudzić, by mama została z nią w domu. Jasmina uspokajała małą, ale myślami była już w przychodni. Od 15 lat pracowała tam w administracji, ale od ponad półtora miesiąca nie mogła narzekać na rutynę. Zamiast papierków jej biurko pokrywały bandaże do opatrywania rannych.

Autobusy ani tramwaje nie jeździły. Jasmina zdecydowała, że pójdzie przez ul. Vase Miskina. Było tłoczniej niż zwykle, to przez te kolejki. Trzeba było odstać swoje, żeby dostać chleb. – Pomyślałam, że może i ja powinnam wziąć ze sobą jeden bochenek – wspomina. – Zatrzymałam się tylko na chwilę.

Eksplozja. Czarno. Krzyki wokoło.

Aksamitny, spokojny głos Jasminy lekko się łamie: – Dotykam się, wszystko na miejscu. Mam tylko małe zadrapanie na ręce, co za szczęście. Obok mnie leży jakaś kobieta, dławi się krwią. Wołam po pomoc, wzięli ją, chcę wstać. Przyciągam do siebie kolana. Nie mogę się podnieść, patrzę w dół, nogi całe we krwi, lewa stopa w strzępkach. Znów czarno.

Był 27 maja 1992 r., świeciło słońce. Tuż przed godz. 10, na zatłoczonej Vase Miskina od wybuchów kilku pocisków moździerzowych kaliber 82 mm zginęło 26 osób, 108 zostało rannych.

Jasmina przebudziła się w zatłoczonej sali. Amputowali jej stopę, druga noga była w fatalnym stanie. Spędziła dwa i pół miesiąca w szpitalu, jakoś udało się uniknąć kolejnej operacji.

Pamiętaj o czystym podkoszulku

Następna grupa dopiero za godzinę. Dino Lemeš, przewodnik turystyczny, może w spokoju napić się mocnej kawy. Wspomina: – Mój dziadek zawsze był niecierpliwy. Poszliśmy wtedy po chleb, jak co tydzień, parę bloków dalej od domu. Jeden bochenek dla sześcioosobowej rodziny. Stoimy i stoimy, czekamy, w kolejce widzę znajome twarze, wszyscy mieszkają w tej dzielnicy, pamiętam jednego nauczyciela z mojej klatki, mieszkał na szóstym piętrze, stał przed nami.

Zanim dziewięcioletni Dino poszedł z dziadkiem po chleb, mama kazała mu założyć świeży podkoszulek. – Nigdy nie wypuszczała mnie z domu bez czystego ubrania. Dla mnie to było głupie, no bo kto wtedy przyglądał się, czy aby na pewno twój podkoszulek jest czysty?

Kolejka bardzo powoli przesuwała się do przodu. Dziadek Dina w końcu nie wytrzymał: Chodź do domu, i tak nie wiadomo, czy dla nas wystarczy.

Wybuch rzucił ich na ziemię. Wstali, otrzepali się. – Mama zobaczyła w progu dwie twarze całkowicie pokryte kurzem. Ubrania zniszczone, w plamach krwi. Do podkoszulka przyczepiły się kawałki ludzkiego mięsa.

Był 30 września 1992 r., kwadrans po dwunastej. W oddalonej od centrum dzielnicy Alipašino Polje wybuch pocisku moździerzowego kaliber 120 mm zabił 12 osób, 53 ranił.

Na ścianie budynku przy ul. Ferhadija, która kiedyś nazywała się Vase Miskina, umieszczono tablicę pamiątkową. Tuż obok, ledwo już widoczną, zniszczoną różę codziennie mijają setki przechodniów. Klienci małej kawiarni na Alipašino Polje siedzą w letnim ogródku na wprost białego kamienia poświęconego ofiarom i rannym. – Postawili go obok róży, była tam, gdzie teraz stoi ogródek, nie mam pojęcia, czy ciągle jest pod podestem. Wolę omijać tę ulicę – mówi Dino.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną