Szczyt UE bez porozumienia

Budżet to nie Grecja
Porozumienia nie ma, bo bogatym krajom na nim nie zależało. Dla nich budżet to kwestia znacznie mniej istotna niż kryzys strefy euro czy nawet unia bankowa. Pozostaje nam czekać na specjalny szczyt zimowy.

Dla Polski i innych krajów naszego regionu budżetowe negocjacje to bardzo ważny temat, o którym mówiliśmy od dawna. Jednak dla płatników netto wspólne wydatki nie są dziś dziedziną priorytetową. Gdyby od kształtu nowych ram finansowych zależały nastroje na rynkach, wyceny obligacji czy kurs wspólnej waluty, przywódcy Niemiec, Francji czy Włoch zrobiliby wszystko, żeby teraz osiągnąć porozumienie. Ale światowe giełdy nie wstrzymały oddechu, ani nie zareagowały panicznie. Siedmioletni budżet to nie kolejna transza pomocy dla Grecji czy Portugalii, ani kredyty na dokapitalizowanie hiszpańskich banków. Dla rynków chyba nawet ciekawsze były piątkowe wskaźniki koniunktury w Niemczech, lepsze od prognozowanych, niż pytanie, czy Unia w latach 2014-20 będzie miała do wydania 900 czy 950 miliardów euro. Te kwoty są tak śmiesznie małe wobec PKB 27 państw, że światowi inwestorzy nie zaprzątają sobie nimi głowy.

Zaprzątamy sobie natomiast my i inne kraje, dla których te niewielkie w skali całego kontynentu wydatki są kołem zamachowym gospodarek, zwłaszcza w trudnych czasach kryzysu. Ale solidarność europejska już dawno padła jego ofiarą. Gdyby Polska bez unijnych pieniędzy mogła pogrążyć Europę, tak jak bankructwo Hiszpanii czy Włoch, unijne ramy finansowe byłyby już dawno uchwalone. My jednak radzimy sobie na tyle dobrze, że nikt się nami specjalnie nie interesuje. Nawet Niemcy, po których na pewno mieliśmy prawo oczekiwać większego zaangażowania.

Szczyt nie okazał się całkowitą katastrofą, bo nastąpiło pewne zbliżenie stanowisk. Nikt nie użył weta, nikt nie poczuł się postawiony pod ścianą, większość przywódców opuszcza Brukselę w neutralnych nastrojach, bo też sukcesu ani nie oczekiwali, ani specjalnie o niego nie walczyli. Bogaci mają czas, bo dla nich porozumienie w przyszłym roku nie jest żadnym problemem. Przeciąganie szkodzi beneficjentom, czyli między innymi Polsce, bo im później nowe ramy zostaną uzgodnione, tym bardziej trzeba będzie opóźniać start wydawania pieniędzy. Kłopoty pojawią się zwłaszcza w 2014 r., gdy stare projekty będą kończone, a realizacja nowych wciąż się nie zacznie.

Absurdem jest fakt, że w tej chwili gra toczy się już co najwyżej o kilkadziesiąt miliardów euro, czyli w skali całej Unii i siedmioletniego okresu kwotę wręcz śmieszną. Jednak przed Bożym Narodzeniem premierzy Holandii, Danii, Szwecji, a przede wszystkim Wielkiej Brytanii będą mogli się pochwalić, jak dzielnie walczyli w Brukseli o narodowe interesy i jak mężnie bronili pieniędzy swoich podatników. Przy okazji zawsze łatwo zrzucić winę na rozbuchaną unijną biurokrację i Wspólną Politykę Rolną. A o polityce spójności nie ma potrzeby wspominać, bo o jej pozytywnych aspektach większość Europejczyków, niestety, nigdy od swoich polityków nie słyszała.

 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną