Świat

Chuck pod włos

Chuck Hagel - republikanin u Obamy

Hagel jest prawdopodobnie ostatnim jaskrawym dowodem na to, jak bardzo zmieniła się Partii Republikańska w ostatnich latach. Hagel jest prawdopodobnie ostatnim jaskrawym dowodem na to, jak bardzo zmieniła się Partii Republikańska w ostatnich latach. Mian Khursheed/Reuters / Forum
Barack Obama chce, aby nowym sekretarzem obrony USA został Chuck Hagel. Już same przecieki o tej nominacji wywołały oburzenie wśród organizacji proizraelskich i w Partii Republikańskiej, do której Hagel wciąż należy.
Hagel uważa, że armia jest od walczenia, a nie od budowania państw i narodów.Chris Machian/Bloomberg News/FPM Hagel uważa, że armia jest od walczenia, a nie od budowania państw i narodów.

Cały swój los ma na twarzy. Nos – dwa razy złamany: pierwszy raz, gdy na treningu kolega z drużyny futbolu amerykańskiego chciał go powstrzymać przed dalszym biegiem; drugi, gdy na trawniku przed domem przekonywali się z bratem, kto ma rację w sprawie wojny w Wietnamie. To w Wietnamie zaś ostatecznie ukształtowała się prawa strona twarzy Chucka. Niemal spłonęła, gdy mina wybuchła kilka metrów od jego transportera, gdzieś przy granicy z Kambodżą. I ta grzywka – ponoć każdy Amerykanin z Wielkich Równin bez pudła zgadnie, że jej właściciel pochodzi z Nebraski. Ale najważniejsze są oczy – publicysta magazynu „Slate” David Weigel przyznał nawet, że gdyby nie one, ten szalenie inteligentny polityk mógłby powalczyć o Biały Dom: „Oczy Chucka Hagela są niestety smutne, więc zupełnie nie pasują do Ameryki”.

Może to nie są oczy prezydenckie, ale już wkrótce mogą należeć do sekretarza obrony USA. Według przecieków z Białego Domu Barack Obama chce, aby Hagel wprowadził się do Pentagonu w miejsce odchodzącego na emeryturę Leona Panetty. 66-letni były senator z Nebraski był już przymierzany do stanowiska wiceprezydenta przy Obamie w 2008 r. Gdy został nim Joe Biden, Hagel miał szansę na Departament Stanu. Teraz ten weteran z Wietnamu, zaufany człowiek prezydenta, miałby zająć się – jak to ujął autor przecieku – „demilitaryzacją amerykańskiej polityki zagranicznej”.

Odór antysemityzmu

Na razie jednak już sama zapowiedź tej nominacji wywołała wojnę. Jeszcze przed świętami prawicowy tygodnik „The Weekly Standard” opublikował wypowiedź anonimowego doradcy Partii Republikańskiej, który zarzucił Hagelowi antysemityzm i przypomniał jego wypowiedź sprzed sześciu lat. „Żydowskie lobby na Kapitolu zastrasza wielu ludzi” – mówił wtedy Hagel w wywiadzie. Wkrótce „Żydowskie lobby” wyciągnęło mu, że podpisał list do prezydenta Busha z apelem, aby ten porozmawiał w końcu z Jaserem Arafatem. Hagel domagał się również wstrzymania izraelskiego ognia w czasie drugiej wojny w Libanie, sprzeciwiał się uznaniu irańskich Strażników Rewolucji za organizację terrorystyczną i nie chciał podpisać apelu do przywódców Unii Europejskiej, aby ci wprowadzili sankcje przeciwko reżimowi ajatollahów. Bret Stephens, zagraniczny publicysta dziennika „The Wall Street Journal” i były naczelny „Jerusalem Post”, napisał 18 grudnia, że od Hagela czuć „odór antysemityzmu”.

Jakby tego było mało, organizacje homoseksualistów wyciągnęły mu, że w 1998 r. domagał się senackiej debaty nad kandydaturą Jamesa Hormela na stanowisko ambasadora w Luksemburgu. Przekonywał, że ten „otwarcie agresywny gej” nie może reprezentować Ameryki. Hagel przeprosił, Hormel przyjął przeprosiny, ale mleko się rozlało – dostało mu się również za popieranie w wojsku zasady „Don’t ask, don’t tell” („Nie pytaj, nie mów”), która przez wiele lat określała zasady funkcjonowania gejów w armii.

Oberwał też za sprzeciw wobec małżeństw homoseksualnych, mimo że jako jeden z niewielu republikanów głosował przeciwko poprawce do konstytucji zakazującej takich związków.

 

Przeciwnicy nominacji Hagela wybrali – używając języka amerykańskiej polityki – „opcję nuklearną”. Frontalny atak na kandydata nie musi mieć wiele wspólnego z rzeczywistością, ma zbudować taką atmosferę wokół kandydatury, że jej przepchnięcie stanie się dla Obamy bardzo kosztowne politycznie. Choć prezydent USA potrzebuje od Senatu tylko zatwierdzenia swoich kandydatów na sekretarzy, sam podejmuje decyzje personalne. Ale gdy zrobi to wbrew Senatowi, czyli jeśli wybierze opcję nuklearną, ryzykuje, że Senat „odwdzięczy się” mu w innej sprawie.

Biały Dom niedawno przećwiczył już ten scenariusz. Rzecz dotyczyła przedstawicielki przy ONZ Susan Rice, która miała zostać nowym sekretarzem stanu. Republikanie przypuścili atak na jej kandydaturę, oskarżając ją m.in. o dezinformowanie Kongresu i wszystkich Amerykanów w sprawie ataku na amerykański konsulat w Benghazi z 11 września 2012 r. Obamie zależało na Rice nie tylko ze względu na jej kompetencje, ale również dlatego, że jest afroamerykańską kobietą, co załatwiłoby mu problem rasowej i płciowej nierównowagi w rządzie. Uznał jednak prawdopodobnie, że nie warto zadzierać z Senatem na chwilę przed kluczowymi negocjacjami w sprawie tak zwanego klifu fiskalnego, czyli groźby gwałtownej podwyżki podatków i cięcia wydatków, jeśli do końca roku Kongres nie zmieni odpowiednich regulacji.

Cięcie nadętej armii

O ile jednak kłótnia o Susan Rice wyglądała bardziej na próbę sił między Kongresem i prezydentem, o tyle przypadek Hagela może już być decydującym starciem. Obama, wysyłając go do Departamentu Obrony, będzie chciał zapewne, aby Hagel przypilnował potężnych cięć budżetowych, które w najbliższych latach czekają amerykańską armię. Już w wyniku klifu fiskalnego wojskowi mogą stracić nawet 60 mld dol. – suma wciąż umiarkowana, biorąc pod uwagę fakt, że roczny budżet sił zbrojnych USA to ponad 664 mld dol. Ale Obama chce, aby oszczędności na armii w najbliższej dekadzie wyniosły nawet 487 mld dol. A to już będzie oznaczać kopernikański przewrót, jeśli chodzi o militarną obecność Amerykanów na świecie.

Do tego zadania Obama nie mógł wybrać lepszego człowieka. Hagel od lat twierdzi, że armia jest „nadęta” i wskazuje, że choć w 2007 r. Ameryka miała 100 tys. żołnierzy w Iraku, a dziś nie ma żadnego, to budżet armii jest nawet wyższy niż pięć lat temu. Przekonuje też, że wysłanie dodatkowych wojsk do Iraku w 2006 r. i niekończące się przedłużanie tej misji kosztowało Amerykę setki zabitych i miliardy dolarów, a w rezultacie przyniosło jedynie wzmocnienie władzy premiera Nouriego Al-Maliki, który – jak pokazują ostatnie lata – od Amerykanów bardziej woli Irańczyków, a ostatnio pomaga również syryjskiemu reżimowi.

Hagel uważa, że armia jest od walczenia, a nie od budowania państw i narodów. Tak jak jego przyjaciel, inny wietnamski weteran gen. Colin Powell, chce drastycznej redukcji liczby żołnierzy nie tylko na misjach, ale też w kraju.

Takie deklaracje przyprawiają jego kolegów z Partii Republikańskiej o palpitacje serca. W tym też można upatrywać perfidii prezydenta Obamy – powołuje na tak wysokie stanowisko republikanina, czym zdaje się podkreślać ponadpartyjność swojej prezydentury. Sekretarz Hagel będzie jednocześnie tarczą przed republikańską krytyką cięć w armii, bo prawicy trudniej przyjdzie atakować swojego człowieka, mimo że ten będzie realizował politykę Obamy. I w końcu, prezydent najzwyczajniej zagra na nosie republikanom, którzy od lat mają problem z Hagelem.

 

Jego żona Lilibet powiedziała magazynowi „The New Yorker”, że Chuck w Partii Republikańskiej jest jak skunks na garden party. Po wycofaniu się z życia politycznego takich tuzów prawicy, jak Richard Lugar czy Bob Dole, Hagel jest prawdopodobnie ostatnim jaskrawym dowodem na to, jak bardzo zmieniła się Partii Republikańska w ostatnich latach. Dziś mówi, że wstępował do zupełnie innej partii. Została uprowadzona przez ekstremistów z Tea Party i przez neokonserwatystów. W rezultacie obowiązuje w niej dziś programowa ortodoksja, która w polityce zagranicznej oznacza, że wszystkie problemy rozwiązuje się siłą. Zdanie się na dyplomację, poszanowanie dla instytucji międzynarodowych czy w końcu rozmawianie nawet z największymi wrogami, czyli idee, które od lat są bliskie Hagelowi, traktowane są dziś w partii jak herezje. A jego wezwanie do impeachmentu George’a W. Busha z 2007 r. o mało nie skończyło się rękoczynami na wewnątrzpartyjnym posiedzeniu. W pewnym momencie media sprzyjające republikanom w miejscu, gdzie po nazwisku senatora w nawiasie Amerykanie określają afiliację partyjną („R” lub „D”), a po przecinku dwuliterowy symbol stanu, przy Hagelu zaczęły dodawać (R, France). Dla republikanina trudno o większą obrazę.

I tak na nas głosują

Herezją, od której „nowym” republikanom uszy więdną, jest jednak podważanie bezwarunkowego poparcia USA dla Izraela, w czym Hagel ma spore doświadczenie. Zapytany kiedyś przez adwersarza, dlaczego nie poparł Izraela podczas drugiej wojny w Libanie, odpowiedział: „Ponieważ nie jestem izraelskim senatorem, tylko amerykańskim, a eskalacja tego konfliktu nie leży w interesie USA”.

Jest wrogiem apeli, które do podpisu kongresmenom stale przysyła AIPAC, największa proizraelska organizacja lobbingowa w Waszyngtonie. Najczęściej chodzi w nich o poparcie kolejnych działań rządu w Tel Awiwie. Większość polityków je podpisuje, dla świętego spokoju. Hagel twierdził, że głupot nie będzie podpisywał. Samego siebie przeszedł jednak, gdy stwierdził, że nie widzi problemu z bombą jądrową, którą Irańczycy prawdopodobnie w końcu zbudują. Trzymając się zasad Realpolitik przekonuje, że państwo posiadające taką broń staje się bardziej odpowiedzialne.

Plakietka antysemity, którą przypięły mu teraz organizacje proizraelskie, pasuje idealnie, jeśli za neokonserwatystami przyjmiemy, że antysemityzm w skrócie oznacza niezgadzanie się z polityką izraelskiego rządu Beniamina Netanjahu. Ale według tej definicji antysemita zasiada również w Białym Domu.

Część komentatorów jest zdania, że nominacja Hagela to właśnie szpila od Obamy dla Netanjahu. Izraelski premier przez ostatnie cztery lata wielokrotnie ignorował apele Białego Domu, m.in. o powstrzymanie rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, a podczas ostatniej kampanii prezydenckiej otwarcie poparł Mitta Romneya. Przyszedł więc czas na odwet. Znana publicystka „Jerusalem Post” Caroline Glick pisze, że Obama będzie teraz działał według zasady: „Pieprzyć Żydów. I tak na nas głosują”, parafrazując słynne hasło republikańskiego sekretarza stanu Jamesa Bakera.

Jeśli Obama mimo „nuklearnego” ataku jednak nominuje Hagela na sekretarza obrony, ta decyzja może odmienić relacje między Waszyngtonem a Tel Awiwem. Nie dlatego, że sekretarz Hagel będzie prowadził samodzielną politykę wobec Izraela – tu ostatnie słowo wciąż będzie należeć do Obamy. Według Stephena M. Walta z Uniwersytetu Harwardzkiego przyklepanie tej kandydatury diametralnie zmieni klimat amerykańskiej dyskusji o sojuszu z Izraelem czy raczej nareszcie wywoła taką dyskusję. Bo jeśli „antysemita” Hagel – mimo swoich poglądów – w Waszyngtonie zaszedł tak wysoko, to wielu innych polityków dojdzie do wniosku, że może skrytykować działania premiera Netanjahu, nie ryzykując przy tym swojej kariery. I może owocem takiej dyskusji będzie w końcu skuteczna polityka USA wobec Bliskiego Wschodu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną