Świat

Twardy keks do zgryzienia

Rośnie eurosceptycyzm Brytyjczyków

„Do diabła z eurokonstytucją” - protesty przeciw integracji z Europą mają w Wielkij Brytanii długą tradycję. „Do diabła z eurokonstytucją” - protesty przeciw integracji z Europą mają w Wielkij Brytanii długą tradycję. Chris Young/EPA / Forum
Premier Wielkiej Brytanii zapowiada referendum w sprawie członkostwa swojego kraju w Unii Europejskiej. Jego zwycięzcą będzie Nigel Farage, polityk, który nigdy nie był posłem, a dziś trzęsie całym krajem.
Nigel Farage tuż po katastrofie awionetki.Neil Hall/AN Nigel Farage tuż po katastrofie awionetki.
David Cameron z żoną Samantą i córką Florence.Andrew Parsons/BEW David Cameron z żoną Samantą i córką Florence.

Między nimi jest tylko dwa lata różnicy, choć młodszy, 46-letni David, z wyglądu mógłby być synem Nigela. To dlatego, że obecny premier codziennie biega, zdrowo się odżywia i uwielbia saunę, a Farage pali papierosa za papierosem, pije piwo przed południem, w młodości miał ciężki wypadek samochodowy, potem raka jąder, a trzy lata temu przeżył katastrofę awionetki, którą leciał podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego.

Mimo to w ostatnich tygodniach brytyjskiemu premierowi jakby przybyło kilkanaście lat, natomiast Nigel Farage promienieje młodzieńczą werwą. Jest liderem Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), ugrupowania, które jeszcze trzy lata temu mieściło się na kanapie, a dziś szantażuje szefa rządu Jej Królewskiej Mości, żądając referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Farage właśnie dopiął swego – Cameron lada dzień wygłosi być może najważniejsze przemówienie w swojej karierze politycznej, w którym padnie obietnica rozpisania referendum zaraz po wyborach w 2015 r. Cameron jest przyparty do muru. Już w zeszłym roku 81 z 305 posłów jego własnej Partii Konserwatywnej zbuntowało się w sprawie wysokości unijnego budżetu. Dziś grupa, która domaga się referendum, jest jeszcze liczniejsza. Jedni torysi rzeczywiście chcą zerwania z Brukselą, inni boją się coraz bardziej popularnego Farage’a. W obliczu rebelii we własnych szeregach Cameron najwyraźniej uległ człowiekowi, którego jeszcze w 2011 r. nazywał „keksem” i „kryptorasistą”.

Obaj wychowywali się w prowincjonalnej południowej Anglii, która do dziś jest bastionem eurosceptycyzmu. Obaj są synami maklerów i obaj odziedziczyli po nich smykałkę do liczenia. Do 1992 r. byli nawet w tej samej partii, ale gdy premier John Major w imieniu Wielkiej Brytanii podpisał traktat z Maastricht, Farage doszedł do wniosku, że torysi „śmierdzą zdradą”, i założył UKIP. Po latach przyznał, że organizowanie partii z idiotami to prawdziwa orka.

Jeden z jego partyjnych kolegów Roger Helmet zrównał kiedyś małżeństwa gejowskie z kazirodztwem i poligamią. Inny przedstawiciel „frakcji idiotów” (określenie Farage’a) zaproponował wprowadzenie przymusu aborcji płodów z zespołem Downa.

Farage jednak stopniowo eliminował tę frakcję i choć nie potrafił przebić się do Izby Gmin, odnotowywał coraz lepsze wyniki w wyborach do europarlamentu, w którym zasiada nieprzerwanie od 1999 r. I choć trudno znaleźć Brytyjczyka, który interesowałby się europarlamentem, Farage’a znają już wszyscy, bo szef UKIP zastosował metodę: „nieważne jak, byleby o mnie mówili”. Do klasyki przeszła już jego tyrada przeciwko prezydentowi Rady Europejskiej Hermanowi van Rompuyowi: „Ma pan charyzmę mokrej ścierki i wygląd niskiego rangą urzędnika bankowego. Chcę zapytać, wszyscy chcemy zapytać – kim pan jest!?”.

Gdy po kilku podobnych wypowiedziach gospodarz sztandarowego programu w radiu BBC4 „Today” zapytał Farage’a, dlaczego jest taki chamski wobec politycznych oponentów, ten odpowiedział bez wahania: „Właśnie po to, aby wystąpić u pana w programie”. Metoda się sprawdziła – w wyborach do europarlamentu w 2009 r. UKIP zajęła już drugie miejsce, za konserwatystami, ale przed Partią Pracy i ma dziś w Brukseli 13 posłów. Według sondażu z 6 stycznia, przeprowadzonego dla dziennika „Daily Mail”, na partię Farage’a chce dziś głosować 16 proc. respondentów, czyli dwa razy więcej niż na Liberalnych Demokratów, którzy współtworzą rząd z konserwatystami.

Notowania Davida Camerona zmierzają w przeciwnym kierunku. Jeszcze rok temu premier błyszczał w sondażach. Nawet lewicowy dziennik „The Guardian” zastanawiał się, jakie cele Cameron postawi sobie po kolejnych wygranych wyborach w 2015 r. Blask emanujący z Downing Street 10 wydawał się zupełnie spychać w cień nowego lidera Partii Pracy Eda Milibanda. 2012 r. jednak wszystko zmienił.

W marcu zaczęła trzeszczeć koalicja z Liberalnymi Demokratami, którzy – przerażeni spadkiem własnych notowań – postanowili blokować kolejne kryzysowe cięcia. Z powodu buntów koalicjanta, ale też własnych posłów, rząd poniósł w Izbie Gmin dwie dotkliwe porażki, między innymi w sprawie unijnego budżetu. Według dzisiejszych sondaży Partia Konserwatywna ma już 10 punktów procentowych straty do laburzystów, a Miliband coraz częściej zaczyna wypowiedzi od „Gdy już zostanę premierem...”. Ten sam Cameron, który w 2010 r. zrobił z Partii Konserwatywnej swój autorski projekt, dziś już tylko podąża za zmiennymi nastrojami we własnym ugrupowaniu w obawie przez nagłym tąpnięciem i utratą władzy nie tylko w kraju, ale również w partii.

Co chwila temat

Cały sekret sukcesu partii Farage’a polega na prostocie przekazu, możliwej dzięki temu, że w imieniu UKIP wypowiada się w zasadzie tylko jej szef: kraj schodzi na psy, imigracja i małżeństwa gejowskie zrobią z nas wkrótce metroseksualnych kosmopolitów, a jedynym rozwiązaniem tych wszystkich problemów jest rychłe wystąpienie z Unii Europejskiej.

Farage dobiera tematy w zależności od chwili. Gdy pod koniec 2012 r. Cameron zapowiedział, że jego partia gotowa jest poprzeć wprowadzenie małżeństw homoseksualnych, następnego dnia okazało się, że sprzeciw wobec takich związków jest fundamentem programu UKIP. Farage już zapowiedział, że chce z tej sprawy uczynić temat przewodni kampanii w 2015 r. Po dwóch tygodniach ponad 30 posłów Partii Konserwatywnej oświadczyło, że stoi po jego stronie.

Niektórzy liderzy torysów mówią już otwarcie o sojuszu wyborczym z UKIP. W Wielkiej Brytanii obowiązuje system okręgów jednomandatowych, więc partia Farage’a, nawet z 16-proc. poparciem, nie zdobędzie prawdopodobnie żadnego mandatu. Może natomiast pogrążyć torysów w okręgach, gdzie sondaże są niejednoznaczne, bo ewentualny kandydat UKIP przejmie od torysa część głosów i zapewni zwycięstwo laburzyście. Warunki takiego sojuszu są już ustalone – Farage nie wystawi kandydatów w spornych okręgach, ale w zamian torysi zmuszą swojego premiera do rozpisania referendum w sprawie członkostwa w Unii zaraz po wyborach.

Nie Brukseli

Pierwszy raz odkąd Wielka Brytania jest członkiem Unii, ponad połowa mieszkańców Wysp jest za ograniczeniem więzów z Brukselą. Ogromna w tym zasługa Farage’a, który od kilkunastu lat przekonuje Brytyjczyków, że dla ich kraju możliwe (i najlepsze) jest rozwiązanie pośrednie – norweskie lub szwajcarskie, czyli układ, w którym Londyn korzysta z dostępu do jednolitego unijnego rynku i jednocześnie nie ponosi kosztów związanych z poszczególnymi unijnymi politykami (np. rolną), a przede wszystkim nie podlega brukselskiej biurokracji (po tym słowie Farage ostentacyjnie się krzywi). Norwegowie, którym tak bardzo zazdrości Farage, od lat narzekają jednak, że ze względu na ogrom wymiany handlowej z Unią de facto są jej członkami, z tą różnicą, że nie mają w niej nic do powiedzenia.

Trudno sobie wyobrazić, by po wyjściu z Unii Londyn zaakceptował takie warunki. Jeszcze trudniej założyć, że kraje takie jak Francja zgodziłyby się wpuścić Brytyjczyków na swój rynek bez ponoszenia przez nich ciężarów życia we wspólnocie. Farage i jego ludzie zdają się nie dostrzegać tego problemu lub, co bardziej prawdopodobne, z politycznego wyrachowania udają, że go nie ma. Przy obecnym stanie nastrojów w Unii Wielka Brytania ma tylko dwie możliwości – jak to ujął w edytorialu dziennik „The Daily Telegraph” – albo skok na głęboką wodę, albo wyjście z basenu. Opcja brodzenia już się skończyła. Ale taktykę UKIP przyjął nawet premier Cameron i już od kilku miesięcy mówi o „poluzowaniu” relacji z Unią na nowych, zaproponowanych przez Londyn warunkach.

Sam chyba jednak nie wierzy w to, co mu się wyrwało podczas wrześniowej wizyty w popularnym amerykańskim programie „Late Show with David Letterman”. Brytyjski premier poza tym, że nie wiedział, co oznacza łacińskie Magna Carta, to jeszcze stwierdził, że przyjęcie wspólnej waluty koniec końców musi doprowadzić do utworzenia jakiegoś wspólnego rządu, nie ma drogi pośredniej. „Relacja między europejskimi państwami musi ostatecznie przypominać tę między Teksasem i Nebraską” – przekonywał i przyznał, że czegoś takiego nie chce dla swojego kraju. „Pod moim kierownictwem Wielka Brytania nie stanie się częścią państwa zwanego Europą”.

Media skupiły się na biczowaniu Camerona za historię z Magna Carta i niemal przemilczały to, co najważniejsze – rzadko się zdarza, aby premier dużego państwa w programie satyrycznym wygłaszał tak fundamentalne oświadczenie na temat przyszłości w Unii, likwidując sobie jednocześnie pole manewru w przyszłych negocjacjach. Zgodnie ze słowami Camerona unijne referendum powinno więc zawierać dwie jedynie możliwe opcje do wyboru: pełny udział w „państwie Europa” lub powrót do splendid isolation. Według sondaży przy takim postawieniu sprawy już tylko co trzeci Brytyjczyk poparłby dziś wyjście z Unii.

Moda na eurosceptycyzm

W 1975 r., gdy mieszkańcy Wysp po raz ostatni wypowiadali się w referendum w sprawie Europy, premier Harald Wilson był pewny euroentuzjazmu swoich obywateli. Murem za dalszą integracją europejską opowiedziały się niemal wszystkie autorytety brytyjskiej polityki. O głosowanie na „tak” apelowały również najważniejsze gazety. Wówczas za wspólną Europą zagłosowało ponad 60 proc. wyborców. Dziś jest inaczej.

Na antyeuropejskich sentymentach grają dwa wielkie dzienniki „The Daily Mail” i „The Sun”, nawet wspomniana Partia Pracy zachowuje się w tej sprawie niejednoznacznie. W dużym stopniu właśnie dzięki Farage’owi eurosceptycyzm stał się modny na Wyspach. Już nie tylko jako temat narzekania przy piwie, ale jako poważna opcja polityczna. Szef UKIP twierdzi, że na tej fali w ciągu pięciu lat jego partia wywróci do góry nogami brytyjską scenę polityczną: „Albo zostaniemy potężną partią polityczną, albo połączymy się z innym wielkim ugrupowaniem”. Dla Farage’a równie dobry będzie scenariusz, w którym władzę w Partii Konserwatywnej przejmie polityk bliższy pozycjom UKIP. „Wszystko mi jedno, zależy mi tylko na realizacji naszego programu” – mówił Farage w wywiadzie dla „Guardiana”.

W ten sposób lider partii, która nie ma nawet jednego posła w brytyjskiej Izbie Gmin, doprowadził brytyjskiego premiera do sytuacji bez wyjścia. Jeśli w zapowiadanym referendum, zgodnie z wolą buntowników z Partii Konserwatywnej, Cameron każe Brytyjczykom wybierać między zupełnym zerwaniem z Unią a zmianą warunków tej relacji, to każdy wynik będzie dla niego porażką.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii, zgodnie z tym, co głosi Farage, w krótkim czasie przyniesie Londynowi m.in. 13 mld euro oszczędności na samej tylko składce do unijnego budżetu. Ale w dłuższej perspektywie odcięcie od kontynentalnego rynku katastrofalnie wpłynie na brytyjską gospodarkę, nie mówiąc już o konsekwencjach geopolitycznych, czyli o spełnieniu się odwiecznego brytyjskiego koszmaru w postaci zjednoczonej kontynentalnej Europy bez udziału Londynu. Jeśli Brytyjczycy w referendum opowiedzieliby się jednak za poluzowaniem relacji z Brukselą, to sam Cameron poniesie porażkę, bo już dziś z Berlina i Paryża słychać ostrzeżenia, że żadnej renegocjacji warunków członkostwa nie będzie, nawet jeśli Brytyjczycy w referendum Camerona do tego zobowiążą.

Jedynym ratunkiem dla brytyjskiego premiera byłoby postawienie sprawy jasno, bez mydlenia oczu nierealną opcją rozwiązania pośredniego: albo wychodzimy z Unii z hukiem i na zawsze, albo zostajemy i wchodzimy w to na całego. Nigel Farage zrobi jednak wszystko, żeby takie pytanie nie padło. Bo jeśli założyć, że jego koronna propozycja częściowego wyjścia z Unii jest nierealna, okaże się, że on sam jest nierealnym politykiem.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

A gdyby internet przestał działać...

Z internetu korzysta już prawie połowa ludzkości. Co by się stało, gdyby pewnego dnia przestał działać?

Edwin Bendyk, Piotr Rutkowski
16.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną