Świat

Bóg, ojczyzna i sztuczne ognie

Zaprzysiężenia prezydentów. Jak to robią w Ameryce

Ceremonia zaprzysiężenia prezydenta Baracka Obamy na Kapitolu 20 stycznia 2009 r. Na fot. w towarzystwie żony i córek. Ceremonia zaprzysiężenia prezydenta Baracka Obamy na Kapitolu 20 stycznia 2009 r. Na fot. w towarzystwie żony i córek. Chuck Kennedy/Reuters / Forum
21 stycznia Barack Obama po raz drugi złożył prezydenckie ślubowanie. Ceremonia odbyła się z pompą i dramatów, których w przeszłości nie brakowało.
Zaprzysiężenie prezydenta Lyndona B. Johnsona na pokładzie Air Force One po zabójstwie JFK.Cecil Stoughton/Forum Zaprzysiężenie prezydenta Lyndona B. Johnsona na pokładzie Air Force One po zabójstwie JFK.
Prezydent Chester Arthur składał przysięgę 20 września 1881 r. we własnym domu.Wikipedia Prezydent Chester Arthur składał przysięgę 20 września 1881 r. we własnym domu.

>>Artykuł został aktualizowany<<

Kadencja amerykańskiego prezydenta kończy się co cztery lata dokładnie 20 stycznia. Uregulowała to w 1933 r. 20. poprawka do konstytucji, która przesunęła ceremonię inauguracji z marca o kilka tygodni wcześniej. Ale kiedy po raz pierwszy, jeszcze na początku XIX wieku, data zaprzysiężenia wypadła w niedzielę, okazało się że sędziowie, którzy mogliby odebrać prezydencką przysięgę, nie pracują. Dlatego zwyczajem się stało, że w niedzielę w Białym Domu odbywa się kameralna uroczystość inauguracyjna, a w poniedziałek nowy prezydent powtarza ślubowanie na schodach Kapitolu w obecności wszystkich kongresmenów, senatorów i ministrów, oraz z górą miliona ważniejszych i mniej ważnych gości. Tak było i w tym roku.

Tym razem pompatyczna ceremonia zbiegła się z jeszcze jednym ważnym wydarzeniem: symboliczną rocznicą urodzin lidera walki o emancypację Afroamerykanów, pastora Martina Luthera Kinga. To ruchome święto państwowe obchodzi się w każdy trzeci poniedziałek stycznia. King jest nieformalnym patronem tegorocznych uroczystości.

- To wydarzenie ma ogromne symboliczne znaczenie. Ameryka jest demokracją remisu, a dwie główne partie mają niemal równe wpływy i w dzień po wyborach, które zazwyczaj jeden z kandydatów nieznacznie wygrał [Barrack Obama zdobył ponad 65 mln głosów, a Mitt Romney 60 mln – red.], naród jest bardzo podzielony. Zaprzysiężenie to moment godzenia waśni i ponownego zjednoczenia. Często po nim rosną notowania prezydenta – stwierdza Stephen H. Hess, doradca czterech byłych prezydentów, świadek wszystkich ceremonii ślubowania od czasów Dwighta Eisenhowera.

Gotowi na wszystko

Władze stołecznego Waszyngtonu przygotowywały się na nie już od września. Hotele przy tej okazji kilkakrotnie podnoszą ceny noclegów, niektóre sprzedają nawet za kilkadziesiąt tysięcy dolarów specjalne pakiety na trwający tydzień ciąg okolicznościowych imprez. Ale biletów na samą uroczystość kupić nie można. Pokaźną pulę dostają specjalni goście, czyli sponsorzy, urzędnicy państwowi, lokalni politycy i stratedzy partyjni, wreszcie celebryci i dziennikarze. Resztę się losuje wśród milionów chętnych. Cywilni organizatorzy, wojsko i agenci Secret Service ćwiczą przez kilka dni symulowaną ceremonię, podczas której prezydenta i innych dostojników zastępują żołnierze. Goście są dokładnie kontrolowani, czy nie mają przy sobie broni, ale także transparentów agitacyjnych i parasoli. Zakazane jest również wnoszenie instrumentów muzycznych.

Nad wszystkim czuwa honorowy komitet w skład którego wchodzą tym razem czterej byli prezydenci, ale także m.in. architekt zwycięskiej kampanii Obamy Jim Messina, dyrektor wykonawczy Narodowego Komitetu Partii Demokratycznej Patrick Gaspard i znana z „Gotowych na wszystko”, zaangażowana w zbiórkę funduszy dla kandydatów demokratów aktorka Eva Longoria. - Przebieg samego wydarzenia jest względnie krótki. Powitanie gości, błogosławieństwo, przysięga prezydenta i wiceprezydenta, zazwyczaj jakaś pieśń, przemówienie i koniec. Potem parada wojskowa, która eskortuje prezydenta z Kapitolu do Białego Domu – opisywała przed uroczystościami Hess.

Dostęp do guzika

Oprócz symbolicznej i patetycznej pokazówki w imię jedności Amerykanów, w trakcie ceremonii dochodzi jeszcze do przekazania dostępu do tzw. atomowego guzika. Kiedy zmienia się przywódca, jak przykładowo w 2009 r. gdy Busha zastępował Obama i w 2001 r., gdy odchodził Bill Clinton, w momencie gdy nowy prezydent kończył słowa przysięgi, w jego stronę przesuwał się adiutant z teczką, w której schowano kody do uruchomienia broni nuklearnej.

Dla każdego prezydenta ważne jest też samo przemówienie, oprócz krzepiących ogólników musi się w nim pojawić zarys politycznej agendy na najbliższe cztery lata. Najkrótsze przemówienie wygłosił pierwszy prezydent, George Washington. Składało się ono z tylko 135 słów. Za to najdłuższe wystąpienie – z 8445 słów - miał w mroźny poranek 4 marca 1841 r. William Henry Harrison. Nowy gospodarz Białego Domu przeziębił się, a po kilku tygodniach zachorował na zapalenie płuc. Zmarł równo miesiąc po objęciu urzędu. Chociaż zainaugurowana wyjątkowo długą mową, była to najkrótsza prezydentura w historii USA.

 

 

W imię Boga

Istotną częścią tradycji jest składanie przysięgi na Biblię (Obama ślubował na dwie: Abrahama Lincolna oraz Martina Luthera Kinga). Staje się to, a także towarzyszące inauguracji błogosławieństwo, coraz poważniejszym problemem politycznym.

Ojcowie Założyciele pisząc 200 lat temu konstytucję zapewnili obywatelom pełną wolność sumienia i wiary, ale zabronili kreowania któregokolwiek wyznania na religię narodową. Sąd Najwyższy wielokrotnie potwierdził potem obie idee, czyli całkowity rozdział związków wyznaniowych od państwa oraz konfesyjną swobodę. Przez lata nikt tego dżentelmeńskiego porządku nie kwestionował, a Amerykanie i tak uchodzili – o czym wspominał Alexis de Tocqueville, największy autorytet w sprawach USA – za najbardziej chrześcijański naród na świecie. Do dziś cztery piąte obywateli deklaruje się jako aktywni wierni jednego z kościołów.

Jeszcze w latach 80. znakomita większość Amerykanów nie przywiązywała wagi do tego, kto udzielał błogosławieństwa podczas inauguracji; zazwyczaj był to pastor reprezentujący jedną z głównych protestanckich wspólnot. Jednak rosnące wpływy wyznaniowych zelotów i ich silne uwikłanie w politykę spowodowało, że w coraz bardziej podzielonym społeczeństwie to, jaki religijny przekaz będzie towarzyszyć zaprzysiężeniu ma znaczenie. Wyznaczony w tym roku do wygłoszenia błogosławieństwa pastor Louie Giglio zrezygnował z zaproszenia, kiedy wyszło na jaw że kilka lat temu chciał z pomocą Chrystusa leczyć gejów z homoseksualizmu.

Niektórzy uważają, że w ogóle powinno się zrezygnować z tego elementu uroczystości. - Napisałem do prezydenta Obamy, by rozważył, czy użycie religijnej retoryki jest konieczne, zarówno w czasie inauguracji, jak i w ogóle sprawowaniu urzędu w nadchodzącej kadencji. Dla świeckiej Ameryki są tu puste słowa, a argumentowanie nimi politycznych decyzji może mieć fatalne skutki – mówi Andrew L. Seidel, adwokat reprezentujący Fundację Wolności od Religii (FFRF).

Ale - jak się wcześniej spodziewano - Barack Obama tak daleko się nie posunie. - Z błogosławieństwa prezydent zrezygnować nie może, invocatio dei w swoim przemówieniu też nie pominie. Wydaje mi się jednak, że będzie to odwołanie się do idei wspólnego dobra, coś co ma zjednoczyć wyjątkowo podzielony naród. Może zaczerpnie inspirację z inauguracyjnego wystąpienia Lincolna? - zapowiadał teolog Shaun Wesley, który doradzał Obamie w sprawach wiary w kampanii przed pięcioma laty.

Ślubowanie nocą

Przysięgę od prezydenta odbiera sędzia. Kiedy ceremonia ma miejsce w zwykłych okolicznościach, czyli na schodach Kapitolu, jest to tradycyjnie prezes Sądu Najwyższego. Jednak nie raz się zdarzyło, że głowa państwa zmarła i w pośpiechu na najwyższy w państwie urząd trzeba było zaprzysiężyć wiceprezydenta. W 1865 r. raniony w zamachu Abraham Lincoln przez kilka dni był w agonii. Jego zastępca Andrew Johnson czuwał przy umierającym przywódcy i złożył przysięgę dwie godziny po jego śmierci w towarzystwie całego rządu i kongresowej starszyzny.

Ale w 1881 r., gdy zamordowano Jamesa A. Garfielda, wiceprezydent Chester Arthur ślubował kwadrans po drugiej w nocy w swoim nowojorskim domu w obecności sędziego stanowego Johna R. Brady'ego. Oficjalnie powtórzono uroczystość trzy dni później w Waszyngtonie.

W 1923 r. zmarł na zawał zmarł Warren Harding. Wiceprezydent Calvin Coolidge był wtedy na wakacjach w Vermont, w rodzinnym domu bez elektryczności. Wiadomością o tym, że przejął prezydenturę obudzili go reporterzy. Introwertyczny Coolidge niechętnie zmienił pidżamę na marynarkę i przy lampie naftowej złożył przysięgę przed własnym ojcem, emerytowanym notariuszem, po czym wrócił do łóżka. Prawnicy mieli wątpliwości czy odbyło się to zgodnie z prawem, dlatego po paru dniach ślubowanie powtórzono w Waszyngtonie.

 

Najbardziej dramatyczne ślubowanie miało miejsce równo pół wieku temu. 22 listopada 1963 r. Ameryką wstrząsnął zamach na popularnego Johna F. Kennedy'ego. Gdy prezydent zmarł w szpitalu w Dallas, agenci Secret Service wpadli w panikę, bo ktoś puścił plotkę że jego zastępca Lyndon B. Johnson także został ciężko ranny. Gdy odnaleźli go całego i zdrowego, od razu przewieźli na lotnisko. LBJ ślubował na pokładzie Air Force One chwilę po tym, jak samolot oderwał się od ziemi. Wówczas jedyny raz w historii nowy gospodarz Białego Domu składał przysięgę przed kobietą, sędzią federalną Sarah F. Hughes z Teksasu. Obok nowego prezydenta w poplamionej krwią męża różowej sukience stała Jackie Kennedy.

Przysięgę trzeba czasem powtórzyć w najzwyklejszych okolicznościach, kiedy na pozór wszystko jest perfekcyjnie przygotowane. Cztery lata temu prezes SN John Roberts pomylił słowa roty. Obejmujący urząd nauczyciel akademicki prawa konstytucyjnego Barack Obama zamilkł, sędzia próbował się poprawić, ale znowu się pomylił. Tym razem prezydent powtórzył za nim błędną formułę. Speszony Roberts zjawił się następnego dnia w Białym Domu i dla pewności powtórzył ceremonię. Dziennikarze szybciutko skwitowali to dowcipem: „ilu trzeba redaktorów Harvard Law Review (najbardziej prestiżowej publikacji prawniczej w USA), aby spaprać prezydencką przysięgę? Wystarczy dwóch.” I Roberts, i Obama w czasach swoich studiów na Harvardzie kierowali redakcją HLR.

Confit z homara

Po zaprzysiężeniu Barack Obama zje obiad w towarzystwie przedstawicieli Kongresu. - Na przystawkę podany zostanie gotowany na parze homar z sosem z małży na sposób nowoangielski na łożu ze szpinaku, potem medalion z bizona z ciastkiem ziemniaczano-chrzanowym i modrą kapustą z truskawkami, a na deser szarlotka – opowiada Lisa Fotter z ekskluzywnej, znajdującej się nieopodal Białego Domu restauracji Tosca, która zmuszona jest śledzić kulinarne trendy na salonach amerykańskiej stolicy.

Potem wraz z kompaniami reprezentacyjnymi różnych rodzajów wojsk i najbliższymi gośćmi prezydent przejdzie z Kapitolu do Białego Domu. Afroamerykanów dopuszczono do uczestnictwa w tej paradzie, kiedy drugą kadencję zaczynał w 1865 r. Lincoln. Kobiety na ten przywilej musiały czekać znacznie dłużej - do drugiego zaprzysiężenia Woodrowa Wilsona w 1917 r., chociaż w drodze wyjątku, w 1909 r. kolejnemu prezydentowi Williamowi H. Taftowi towarzyszyła żona Helen.

Inauguracje stopniowo archiwizowano. Po raz pierwszy sfotografowano uroczystość zaprzysiężenia Jamesa Buchanana w 1857 r., a pierwszy film nakręcono w 1897 r., kiedy w Gabinecie Owalnym zasiadał William McKinley. Transmisja z imprezy zadebiutowała na ekranach telewizorów w styczniu 1949 r., po tym, jak wybory wygrał Harry Truman. Od 1997 r., czyli od początku drugiej kadencji Billa Clintona ceremonię mogą oglądać internauci.

Targowisko próżności

Chociaż Secret Service zadbała o to, żeby 21 stycznia nie wydarzyło się nic niespodziewanego, spodziewano się, że w Waszyngtonie pojawią się niezadowoleni. Koalicja pracownicza ANSWER chciała protestować przeciwko ciągle wysokiemu bezrobociu, ale służby ograniczyły jej pole do zorganizowania wiecu do ledwie kilkunastometrowego kawałka chodnika przy Freedom Plaza. Pozwolenie na zorganizowanie skromnej manifestacji dostała wspólnota religijna Westboro Baptsit Church, która walczy z Obamą za jego plany legalizacji małżeństw jednopłciowych.

Poniedziałkowe uroczystości zakończą się wieczorem serią kilkudziesięciu bali; prezydent z żoną pojawią się na kilkunastu z nich, choćby na parę minut. Ale to się nie wszystkim podoba. - Ameryka ciągle jeszcze z mozołem wychodzi z kryzysu. Ledwie uniknęła katastrofy w związku z klifem fiskalnym. Wschodnie wybrzeże zniszczone jest przez huragan Sandy. Przyzwoitym byłoby odwołać to niepotrzebne nikomu targowisko próżności – uważa Denis Hamil, felietonista „New York Daily News”.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną