Amerykańska afera podsłuchowa

PRISM, skandal który musiał wybuchnąć
To, że National Security Agency inwigilowała elektronicznie miliony Amerykanów to jedno. Sprawa druga – jak dalece w inwigilacji tej pomagały firmy sektora teleinformatycznego: operatorzy telekomunikacyjni i dostawcy usług, jak Google, Facebook, Yahoo.

Firmy te w oficjalnych komunikatach zastrzegają, że działały zgodnie z prawem, udostępniając wyłącznie informacje, jakie są zobowiązane dostarczyć na żądanie odpowiednich służb. Google wręcz zaprzeczył doniesieniom, że agencji służb specjalnych mieli bezpośredni dostęp do serwerów firmy – takie informacje również się pojawiły się w obiegu.

W końcu pojawił się kolejny zwrot – ujawnił się Edward Snowden, źródło prasowego przecieku. Miał on dostęp do najbardziej tajnych materiałów jako pracownik Booz Allen Hamilton, firmy świadczącej usługi dla amerykańskich instytucji zajmujących się bezpieczeństwem narodowym. Snowden oświadczył, że nie chce korzystać z anonimowości, choć zdaje sobie sprawę, że za ujawnienie może zapłacić dożywotnim więzieniem. Wcześniej musi do niego trafić – na razie przebywa w Hong Kongu, a więc terytorium należącym do Chin. Biorąc pod uwagę, co jeszcze Snowden wie, a czego nie ujawnił, można się domyślić irytacji Amerykanów.

Ja mam jednak wrażenie deja vu, obserwując rozwój tej historii. Kilkanaście dni temu uczestniczyłem w Stockholm Internet Forum. W przeddzień otwarcia konferencji w ambasadzie kanadyjskiej w Sztokholmie odbyła się premiera książki „Black Code” Ronalda Deiberta. W University of Toronto kieruje on m.in. Citizen Lab i bada problemy związane z cyfrową inwigilacją. Prezentując swoją książkę tłumaczył, na czym polega problem po 11 września 2001 r. Amerykanie przerażeni skalą zamachu dokonali transakcji wolność i prywatność za bezpieczeństwo. Uwierzyli, że zwiększenie prerogatyw służb specjalnych zwiększy ich skuteczność w „wojnie z terrorem”.

Służby jednak mają swoją specyfikę – uwielbiają tajemnicę (co jasne) i hierarchie. W efekcie w USA powstał bezpieczniacki mastodont, który chce coraz więcej i dostaje coraz więcej od polityków przekonanych, że bezpieczeństwo jest sprawą nienegocjowalną. Stanowisko Amerykanów chętnie kopiują rządy innych krajów demokratycznych, rozbudowujące swoje inwigilacyjne kompetencje. Wszystko w trosce o swych obywateli (być może troska ta jest nawet szczera).

Problem w tym, że działania rządów demokratycznych inwigilujących swoich obywateli legitymizują działania dyktatorów, którzy nie muszą się już nawet wstydzić, że inwigilują swoich. Wszak nie robią nic innego, niż Amerykanie, Francuzi lub Szwedzi. Ba, nawet technologie wykorzystują te same – zachodnie firmy nie widzą problemu, by sprzedawać swoje rozwiązania reżimom w Iranie lub Białorusi. Oczywiście, dyktatorzy inwigilują swoich obywateli nie po to, żeby zapewnić im bezpieczeństwo, tylko zapewnić bezpieczeństwo sobie. Ponieważ jednak reprezentowane przez tych dyktatorów reżimy mają często wrogie zamiary wobec demokracji, politycy krajów demokratycznych zyskują dodatkowe argumenty, by troszczyć się o bezpieczeństwo swoich obywateli, czyli jeszcze bardziej ich inwigilować.

Julien Assange, twórca WikiLeaks tłumaczył niedawno na łamach „The New York Times”, że taka logika prowadzi nieuchronnie do tego, że demokracje przestają być demokracjami i coraz bardziej upodabniają się do swych niedemokratycznych adwersarzy. Skandal z PRISM nagle ujawnił skalę problemu i pokazał, że dywagacje Deiberta i Assange nie są jedynie akademickim biciem piany.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną