Świat

Zgrillowani

Beppe Grillo wraca tam, skąd przyszedł

Ruch stworzony przez Grillo, świetny w destrukcji, okazał się niezdolny do budowania czegokolwiek. Ruch stworzony przez Grillo, świetny w destrukcji, okazał się niezdolny do budowania czegokolwiek. Matteo Minnella/Oneshot/Splash News / EAST NEWS
Pięć miesięcy po oszałamiającym sukcesie wyborczym Beppe Grillo stał się pośmiewiskiem Italii i stracił połowę zwolenników. A jego Ruch Pięciu Gwiazdek okazał się stowarzyszeniem bezradnych skłóconych pięknoduchów.
Beppe Grillo jeszcze na fali wznoszącej, przed lutowymi wyborami. Wiec w Bolonii.Piero Tasso/Wikipedia Beppe Grillo jeszcze na fali wznoszącej, przed lutowymi wyborami. Wiec w Bolonii.

Pod koniec maja czar Beppe Grillo prysł jak mydlana bańka. W wyborach lokalnych Ruch poniósł klęskę, tym boleśniejszą, że właśnie w terenie, gdzie organizacje obywatelskie mają ogromne pole do popisu, grillini liczyli na największe wsparcie. Na przykład w Rzymie, gdzie w lutym Ruch otrzymał aż 27 proc. głosów, a na wiec Grillo przybyło 800 tys. fanów, poparcie spadło o ponad połowę – do 12 proc.

Wiele wskazuje na to, że to dopiero początek katastrofy. Naród na poczynania Grillo zobojętniał.

4 lipca parlamentarzyści Ruchu triumfalnie wylegli przed Izbę Deputowanych z ogromną kopią czeku na 1 570 000 euro, by świętować Dzień Restytucji. Parlamentarzyści Ruchu zgodnie z własnym programem wyborczym zwrócili państwu tę część swoich pensji, która przekroczyła 2,5 tys. euro netto miesięcznie. Poza tym oddali niewykorzystaną część diet i zwrotu kosztów, którą pozostali parlamentarzyści w majestacie prawa chowają sobie do kieszeni. W ten sposób statystyczny poseł Ruchu oddał państwu zaoszczędzone w ciągu trzech miesięcy 10 tys. euro. Mało tego. Ruch jako jedyne ugrupowanie polityczne oddał też państwu 42 mln euro otrzymane w ramach zwrotu kosztów kampanii wyborczej.

Ta szlachetna, nagłośniona we wszystkich włoskich mediach inicjatywa, w której po raz pierwszy w historii Italii wybrańcy narodu zwracają państwu część swoich faraońskich apanaży (ok. 14 tys. euro miesięcznie), sądząc z sondaży i vox populi w ogóle nie obeszła Włochów. Elektorat odwrócił się od Grillo plecami i jak niepyszny wrócił tam, skąd przyszedł: do Silvio Berlusconiego i centrolewicy, czyli do wydawałoby się ze szczętem skompromitowanego politycznego establishmentu. Dlaczego rewolucyjny ruch, będący inspiracją dla kontestatorów w całej Europie, zwiądł tak szybko?

Sukces ugrupowania założonego przez komika w lutowych wyborach parlamentarnych przeszedł najśmielsze oczekiwania. Zaskoczył, a właściwie skompromitował wszystkie sondażownie, politologów i komentatorów, którzy dramatycznie niedoszacowali popularności głoszących polityczną rewolucję nihilistów z Ruchu Pięciu Gwiazdek i ich brodatego guru Beppe Grillo. Gdy przyszło tłumaczyć przyczyny sukcesu, najczęściej mówiono o gniewie sfrustrowanego ludu, który głosował na błazna, by ukarać i upokorzyć skompromitowaną klasę polityczną.

Grillo zapowiadał: „Wywrócimy cały system polityczny jak skarpetę i odeślemy do domu wszystkich, którzy doprowadzili Italię do obecnej katastrofy”. Obiecywał, że jego deputowani i senatorzy „otworzą i opróżnią parlament jak puszkę z tuńczykiem”. Za sukcesem Ruchu miał też stać tani (a w istocie drogi) populizm: jego program wyborczy obiecywał m.in. tysiąc euro co miesiąc dla każdego bezrobotnego przez trzy lata, bezpłatny Internet dla wszystkich, niemal darmową służbę zdrowia i dzięki utopijnym hasłom ekologicznym mnóstwo zdrowego, świeżego powietrza.

Tym trafnym, choć dość banalnym obserwacjom towarzyszyło ogłuszające podzwonne, wieszczące śmierć tradycyjnie pojmowanej polityki, opartej na ideologiach, machinach partyjnych i liderach starających się dotrzeć do wyborców poprzez telewizję i prasę. Grillo i grillini, jak mówi się o jego zwolennikach, nie bez racji uznali, że tradycyjne włoskie media są częścią skorumpowanego systemu politycznego. Dlatego przed wyborami nie udzielili włoskiej prasie ani jednego wywiadu i nie wzięli udziału w żadnym programie telewizyjnym. Tłumaczyli że to, co mają do powiedzenia, można znaleźć w Internecie. I mimo to, a może właśnie dlatego, unikając konfrontacji i niewygodnych pytań, Ruch odniósł tak niebywały sukces wyrastając na trzecią siłę polityczną w kraju.

Wizjonerzy przekonywali, że za sprawą Grillo nadchodzi czas demokracji bezpośredniej i obywatelskiego społeczeństwa internetowego. Komik rzeczywiście stworzył swój ruch wokół własnego bloga, a jego zwolennicy, poza sporadycznymi spotkaniami, zorganizowali się w sieci. Tam dyskutują, ustalają strategie i wyłaniają przedstawicieli. Jak tłumaczyli się potem autorzy chybionych sondaży przedwyborczych, „oni ukryli się przed nami w sieci”.

Tak powstała pierwsza włoska „antypartia” internetowa, z „antystatutem”, bez żadnej siedziby, hierarchii i struktury organizacyjnej, sięgająca do praźródeł demokracji: starożytnej ateńskiej agory. W razie kontrowersji czy sporów najwyższą instancją jest bowiem „sieć”, czyli internetowy plebiscyt wśród wszystkich członków Ruchu (do głosowania na szczeblu centralnym uprawnionych jest 65 tys. aktywistów). W ten sposób zorganizowany Ruch, jego lider i rewolucyjny, choć w wielu punktach utopijny, program skusił aż 8,7 mln wyborców. Ba! W połowie marca sondaże, ponoć wykalibrowane już tak, by wyłowić ukrytych w sieci zwolenników Grillo, dawały mu blisko 30-proc. poparcie.

Prywatny folwark

Teraz po klęsce w wyborach samorządowych coraz liczniejsi krytycy wskazują, że powtórzył – choć naturalnie w wersji bardzo „soft”, za to błyskawicznie – błędy wszystkich wielkich rewolucji: od francuskiej po październikową, a przy okazji potknięcia anarchistów i wielu kontestatorów. Przede wszystkim, jak ujął to komentator „Corriere della Sera” Sergio Romano, Ruch, tak świetny w destrukcji, okazał się w swoim nihilizmie niezdolny do budowania czegokolwiek. Jedyną odpowiedzią na propozycje koalicyjne lewicy, a potem legislacyjne rządu Enrico Letty, było i jest gromkie: „nie”.

Ruch znajduje się w stanie wojny ze wszystkimi. Towarzyszą jej arogancja i chwilami wulgarna retoryka, podsycana rzucanymi przez lidera na blogu wyzwiskami („Psychiczny karzeł” – Berlusconi, „Sługa wuja” – premier Enrico Letta, który jest bratankiem najbliższego współpracownika Berlusconiego, „Grób pobielany” – prezydent Giorgio Napolitano). Publikowane niemal codziennie komunikaty i komentarze Grillo na blogu, dyktujące grillinim „linię polityczną”, coraz bardziej zatrącają o kiepski kabaret i wygłup.

Nie dalej jak 2 lipca Grillo spreparował pierwszą stronę „Corriere della Sera” z 26 lipca 1943 r., informującą o aresztowaniu Mussoliniego i przejęciu władzy przez marszałka Badoglio. Można było przeczytać: „Dymisja Letty, Grillo szefem rządu, oświadczenie prezydenta Napolitano. Zewrzyjcie szyki wokół Ruchu Pięciu Gwiazdek, żywego obrazu Ojczyzny”. Dowcipy, którymi w kampanii wyborczej Grillo kładł publiczność pokotem, przestały śmieszyć. Najwyraźniej wyborcy oczekiwali od Ruchu czegoś więcej.

Co gorsza, Grillo okazał się nieodporny na jakąkolwiek krytykę z własnych szeregów. Gdy senator Adele Gambaro obwiniła go za klęskę w wyborach lokalnych, zachęcając, by zmienił ton i zrezygnował z agresji, komik zupełnie poważnie stwierdził, że wyborcy popełnili poważny błąd, za który przyjdzie im słono zapłacić. A panią senator bezceremonialnie wyrzucił z Ruchu po ponurym, pokazowym procesie transmitowanym na żywo w Internecie.

W sumie w podobny sposób szeregi Ruchu opuściło już siedmioro parlamentarzystów, którzy odważyli się myśleć inaczej, niż kazał wódz. A wódz oskarżył ich o zdradę i niskie, merkantylne pobudki: „Nie chcą zwracać pensji”. Grillo od kilku tygodni wszędzie węszy zdradę. Zamieścił na blogu plakat z czasów wojny: „Trzymaj język za zębami! Wróg czuwa” (chodziło o pracujących w parlamencie dziennikarzy). W tej sytuacji trudno się dziwić, że grillinim, którzy wystąpią w telewizyjnym talk-show, grozi natychmiastowa ekspulsja. Dwoje parlamentarzystów już taki los spotkał.

Takim sprawom Ruch od tygodni poświęca gros swojej energii i czasu. Słowem, zamiast losami kraju, zajął się samym sobą. W końcu sprzymierzeni z nim włoscy hakerzy Anonymous włamali się na stronę Ruchu, publikując krótki tekst: „Stajecie się tym samym rakiem, z którym obiecaliście walczyć. Przestańcie marnować czas na wasze żałosne kłótnie, które nikogo nie obchodzą”.

Tymczasem nawet z szeregów Ruchu coraz donośniej słychać głosy, że proklamowana przez Grillo demokracja internetowa to farsa, bo jego Ruch stał się prywatnym folwarkiem komika, gdzie panuje kult jednostki, dyktatura i cenzura. W efekcie Grillo, choć nie zasiada w parlamencie, dyktuje „swoim” zastraszonym posłom, jak mają głosować. Nie pomaga Ruchowi zupełna bezradność grillinich wobec parlamentarnych mechanizmów i strach przed udzielaniem jakichkolwiek wypowiedzi mediom. Wiele kpin wywołała nagrana z ukrycia rozmowa z grillinim, który twierdził, że w USA władze każdemu obywatelowi wszczepiają pod skórę zapewniający totalną kontrolę elektroniczny chip.

Klapa rewolucji

Ostatnim włoskim rewolucjonistą przed Grillo był Silvio Berlusconi. Obiecywał rewolucję liberalną. Stworzył partię Forza Italia, która miała być „partią płacących podatek VAT”, a więc sklepikarzy, rzemieślników, przedsiębiorców, handlowców, ludzi wolnych zawodów. Liberalne przesłanie (mało państwa i małe podatki) trafiło do wyborców i Berlusconi trzykrotnie wygrał wybory, bo jako pierwszy we Włoszech umiał wykorzystać polityczny potencjał telewizji, a sam do dziś jest właścicielem trzech ogólnowłoskich stacji.

W związku z tym o Grillo mówiło się nawet, że to nowy Berlusconi, bo też potrafił politycznie wykorzystać najnowszą z technologii komunikacyjnych. Berlusconi nadal liczy się na włoskiej scenie politycznej, ale wyłącznie jako spoiwo łączące centroprawicę. Zapowiadana liberalna rewolucja nie ziściła się. Państwa we Włoszech jest coraz więcej i coraz więcej kosztuje. Italia wbrew obietnicom Berlusconiego nie zaczęła tak dobrze funkcjonować jak jego koncern Mediaset. Podatków też się nie udało obniżyć, a jeśli chodzi o presję fiskalną, dziś Włochy są rekordzistami świata.

Dlatego włoscy publicyści, szczególnie ci starszej daty, jak Giampaolo Pansa, komentując katastrofę Grillo i jego Ruchu, cytują łacińskie „nihil novi sub sole” i wskazują, że w historii Włoch klęskę mimo początkowych sukcesów poniosły praktycznie wszystkie ruchy i partie głoszące rewolucję. Dziwi ich tylko, że w przypadku Ruchu Pięciu Gwiazdek stało się to tak szybko.

Piotr Kowalczuk z Rzymu

Polityka 29.2013 (2916) z dnia 16.07.2013; Świat; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Zgrillowani"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną