Syria: Życie codzienne w czasach rebelii

Zesłani na inną planetę
W Moskwie i Waszyngtonie wielu odetchnęło z ulgą, gdy udało się porozumieć z Baszarem Asadem w sprawie likwidacji gazów bojowych. W Damaszku i Aleppo nadal oddycha się strachem.
W Damaszku wiele budynków leży w gruzach. Wielu mieszkańców opuściło już miasto.
Zaid Rev/Stringer/Reuters/Forum

W Damaszku wiele budynków leży w gruzach. Wielu mieszkańców opuściło już miasto.

W Damaszku i Aleppo wciąż zniszczenia, strach i chaos. Zniszczona ulica w Aleppo.
Voice of America

W Damaszku i Aleppo wciąż zniszczenia, strach i chaos. Zniszczona ulica w Aleppo.

Domenico Quirico
Andreas Solaro/AFP/EAST NEWS

Domenico Quirico

Pierre Piccinin
Dirk Waem/BELGA/AFP/EAST NEWS

Pierre Piccinin

W Barzeh na przedmieściach Damaszku Susan Ahmad jest lokalną aktywistką i dlatego używa pseudonimu. – Moją dzielnicę otaczają, a właściwie odcinają od świata siły Baszara Asada – mówi przez telefon 30-letnia Susan. Żołnierze blokują dopływ żywności, leków, praktycznie wszystko tu trzeba przemycać z innych części Damaszku – opowiada i zaraz dodaje, że w sąsiedniej dzielnicy z głodu zmarło ostatnio czworo dzieci. Zapytana o życie codzienne, odpowiada, że już nic z niego nie zostało. Niektóre sklepy są wciąż otwarte, ale ludzie boją się wychodzić na ulicę.

Mleko jest, ale nie zawsze. Od czasu do czasu brakuje chleba. Jak tylko zaczęło się mówić, że Amerykanie mogą zaatakować siły Asada, przez pięć dni piekarnie były zamknięte. Wszędzie kolejki. Ludzie chomikowali jedzenie, myśleli, że lada chwila zaczną się amerykańskie naloty. Ale po umowie USA z Rosjanami, w ramach której Asad zgodził się przekazać syryjską broń chemiczną pod nadzór międzynarodowy, chleb znów się pojawił.

Mięso jest, ale bardzo drogie. Tylko niektóre rodziny mogą sobie na nie pozwolić. Jagnięcina przed wojną kosztowała około 700 funtów za kilo, teraz trudno znaleźć za mniej niż 2 tys. Ludzie zaczęli niedawno kupować mięso wielbłądzie, bo było tańsze, ale i ono zdrożało.

Większość znajomych Susan wyjechała już z Damaszku. Za to do Barzeh przybyło mnóstwo ludzi spoza miasta, z pobliskich wsi. Zatrzymują się u krewnych, ale wielu nie ma dachu nad głową. W dzielnicy otwarte są wciąż dwie szkoły. Do niedawna koczowali w nich wysiedleńcy, ale kilka dni temu zaczął się rok szkolny. Wkrótce nadejdzie zima, więc miejscowi aktywiści próbują ich zakwaterować w prywatnych domach.

– Z samymi szkołami też mamy problemy. Dzieci nie mają tornistrów, kredek, brakuje książek. I nauczycieli – dodaje Susan. Opowiada, że drożeje paliwo. Co jakiś czas wokół stacji benzynowych tworzą się kolejki. Ludzie przestają używać samochodów. Wielu kupuje drewno, bo nie stać ich, by ogrzewać dom gazem. Snują się po ulicach zmęczeni, bladzi. Często sprzedają swój dobytek przed domem.

Susan przerywa rozmowę, w tle słychać hałas, pisk dzieci, śmiech: – Zamieszkały u nas dzieciaki sąsiadów. Bo gdy dzielnica jest pod ostrzałem, u mnie jest bezpieczniej niż u nich. Po chwili dopowiada, że ostrzeliwują ich prawie codziennie. Wiele domów jest przez pociski podziurawionych jak sito. Niektóre budynki leżą w gruzach.

Śródmieście Damaszku to inna bajka. Coś jak oblężone miasto, forteca, wszędzie są punkty kontrolne. Po tym jak miejscowe media podały, że wojny z Amerykanami nie będzie, że Asad zwyciężył, bo Waszyngton przystał na propozycję rosyjską, wielu zwolenników reżimu wyszło na ulice świętować. Życie w centrum wróciło do normy, ludzie zaczęli znów chodzić do restauracji, kawiarni.

Fotogeniczna dzielnica

Farid do Turcji przyjechał miesiąc temu z Salahuddin, dzielnicy Aleppo pochłoniętej walkami między rebeliantami, bojówkami kurdyjskimi i wojskami reżimu Baszara Asada. Z krewnymi wynajmuje dom w stambulskiej dzielnicy Eminonu, w zasadzie ruderę. Jest ich w sumie kilkudziesięciu, dziesięć rodzin, ledwo mieszczą się na dwóch piętrach budynku. Mężczyźni za dnia szukają pracy, kobiety i dzieci żebrzą na ulicach Stambułu. 27-letni Farid z żoną i czwórką maluchów – dwóch chłopców i dwie dziewczynki – mieszkają na 9 m kw. w zachlapanej, ciemnej i brudnej piwnicy. Na zewnątrz grzeje słońce, po krętych, pokrytych winoroślami uliczkach błąkają się zauroczeni turyści. W dali migoczą wody Złotego Rogu. Dzielnica jak to opisują przewodniki fotogeniczna.

– Przyjechaliśmy miesiąc temu, najpierw do Gaziantep, potem do Stambułu, dom znaleźli nam krewni – mówi Farid. W Syrii był rolnikiem, dorabiał na budowie, miał nawet samochód. Tu cały czas szuka pracy, ale jest trudno. Czasami się coś znajdzie w budowlance. Jak dobrze pójdzie, zarobi 20, 30 lir (40, 60 zł). Stać go na podstawową żywność, ale na pieluchy dla dzieci i leki już nie.

Młoda, uderzająco piękna żona Farida mówi, że jeden z maluchów choruje na biegunkę. Chowa synka pod chustę, zaczyna karmić go piersią. – Tam jest samo cierpienie, wojna, brakuje wszystkiego. A byliśmy tak szczęśliwi, mieliśmy pracę, wielki dwupiętrowy dom, cztery pokoje, mieszkaliśmy z paroma innymi rodzinami, był tłok, tak, ale nie taki jak tu – opowiada Ghada, która w Syrii tkała dywany. – To była piękna dzielnica, piękne miasto. Mieliśmy targ, tanie jedzenie, chleb, ale po wojnie wszystko zaczęło drożeć, a potem w ogóle trudno było cokolwiek znaleźć.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną