Świat

Brzęczenie przyszłości

Czy czeka nas plaga dronów?

Tak wygląda latający kurier Amazona. Tak wygląda latający kurier Amazona. Amazon/ZumaPress / Forum
Zagrożą prywatności, odmienią przemysł, handel, ale przede wszystkim zmienią nasz styl życia. Być może pomogą też przetrwać drukowanym książkom. Wkrótce przed cywilnymi dronami nie będzie ucieczki.
Policja z Liverpoolu już od kilku lat wykorzystuje drony do obserwacji hucznych imprez klubowych, odbywających się tuż przed Bożym Narodzeniem.Christopher Furlong/Getty Images Policja z Liverpoolu już od kilku lat wykorzystuje drony do obserwacji hucznych imprez klubowych, odbywających się tuż przed Bożym Narodzeniem.
Nano dron (Koliber) zbudowany w Agencji DARPA.DARPA Nano dron (Koliber) zbudowany w Agencji DARPA.

W środku tegorocznego sezonu ogórkowego amerykańskie telewizje elektryzowały widzów doniesieniami z Deer Trail (Jelenia Ścieżka) w Kolorado. Mieszka tam około 560 osób, tuż obok biegnie autostrada i linia kolejowa, przy której w XIX w. założono miejscowość leżącą – nieco na przekór nazwie – na trawiastym pustkowiu. Jeśli do minionego lata to miejsce było komukolwiek znane, to tylko miłośnikom historii rodeo, bo właśnie w Deer Trail w 1869 r. zorganizowano pierwsze na świecie zawody dla poganiaczy bydła. Dziś jest to jedno z tysięcy podobnie sennych amerykańskich osiedli. Z tą różnicą, że nie każda mieścina w USA ma takiego obywatela jak Philip Steel, który w lipcu sprawił, że Deer Trail znów stanęło w krajowej awangardzie. Tym razem ma zapoczątkować polowania na bezzałogowe statki powietrzne.

Steel twierdzi, że maszyny przelatujące poniżej pułapu 1000 stóp (305 m) nad prywatną nieruchomością naruszają prawo własności i wobec tego powinny zostać zestrzelone. Zaproponował, by za 25 dol. wydawać licencje dla potencjalnych łowców i wypłacać 100 dol. nagrody za dostarczenie dowodów na strącenie urządzenia. Deer Trail długo nie mogło się zdecydować, czy zgodzić się na obronę powietrzną według pomysłu Steela.

Argumentem „za” może być fakt, że tylko do początku września z całych Stanów do Deer Trail napłynęły wnioski o licencje za prawie 20 tys. dol. Co prawda Steel przyznaje, że nigdy w sąsiedztwie bezzałogowca nie widział, jednak dla wielu rodaków stał się symbolem obrony Ameryki przed nadmierną inwigilacją ze strony wścibskich urzędników, agencji rządowych, korporacji i wszystkich tych, którzy chcieliby uczciwych obywateli podglądać, zwłaszcza w ich domach albo na prywatnej ziemi. I choć lato minęło, to w tych dniach Amerykanie znów słyszą o Steelu, a jego inicjatywa znajduje naśladowców w całym kraju.

Książki z nieba

Obrońcom wolności nie podoba się wzrastająca liczba zdalnie sterowanych statków powietrznych, potocznie nazywanych dronami (od ang. słowa drone, oznaczającego brzęczenie albo trutnia). W listopadzie amerykańska agencja nadzorująca cywilne lotnictwo przewiduje, że w ciągu najbliższych pięciu lat w USA będzie już 7,5 tys. komercyjnie wykorzystywanych dronów (30 tys. do 2020 r.). Do tego należy dodać niesprecyzowaną liczbę maszyn używanych przez wojskowych, agencje federalne i stanowe, wreszcie amatorów i hobbistów.

Jakby tego było mało, na początku grudnia Amazon, największy sklep internetowy globu, znany głównie ze sprzedaży książek, zapowiedział, że część dostaw będzie prowadził za pomocą maleńkich helikopterów. Pojazd o kilku wirnikach miałby zabierać pojemnik z ponaddwukilogramową zawartością i w ciągu kilkunastu–kilkudziesięciu minut lądowałby gdzieś w pobliżu klienta, np. na trawniku przed jego domem.

Dziś usługa ekspresowa to co najmniej jednodniowe oczekiwanie na listonosza albo kuriera i słony rachunek, bo bywa, że koszt szybkiej dostawy przewyższa wartość przesyłki. Po wdrożeniu nowego pomysłu klient Amazona czekałby raptem kwadrans lub dwa. Podobny system w zeszłym roku zapowiedział amerykański gigant kurierski FedEx. Ten w Amazonie nie wyszedł jeszcze z fazy testów, a ogranicza je przede wszystkim dziwaczny zakaz komercyjnego wykorzystania dronów w USA do września 2015 r. Bo choć amerykański nadzór lotniczy twierdzi, że potrzebuje czasu na znalezienie rozwiązań gwarantujących bezpieczeństwo lotów, to niewiele państw ma takie rozterki.

Już od marca pomysł Amazona i FedEksu będzie realizowało dwóch młodych Australijczyków z Sydney. Założyciele firmy Zookal są studentami i chcą wypożyczać książki za pomocą sterowanych przez komputery wirnikowców. Zookal dysponuje kilkuset tytułami, więc na razie skala nie będzie duża. Ale miasto Sydney, tamtejsi studenci oraz kilku majętnych inwestorów z Doliny Krzemowej chcą pomóc Zookalowi w podbijaniu azjatyckiego rynku podręczników, wartego 12 mld dol. rocznie. Zresztą Chiny nie mają nic przeciwko dostarczaniu paczek na pokładach dronów – szlak przetarła cukiernia z Szang­haju, która pierwsza na świecie zaczęła w ten sposób dostarczać słodkości.

Garażowa rewolucja

Dziś jeszcze zdalnie sterowane maszyny kojarzone są główne z wojskiem – specjaliści od uzbrojenia od lat przekonują, że zmienią zasady prowadzenia wojen. Niewykluczone, że program rozwoju amerykańskiego myśliwca F-35 – nowoczesnego, ale także mającego liczne mankamenty i potwornie drogiego (ok. 400 mld dol.) – będzie ostatnim tego typu realizowanym przez Amerykę i zakończy czasy załogowości w lotnictwie myśliwskim. Obecnie już prawie co dziesiąty pilot zatrudniony przez amerykańskie siły powietrzne, udając się w misję, nigdzie nie lata, tylko zasiada przed monitorem i joystickiem.

W nie mniejszym stopniu bezzałogowce odmienią już życie cywilów. Na całym świecie znaleziono dla nich dziesiątki zastosowań. Rolnicy mogą oglądać swoje pola, dzięki czemu wiedzą, w którym miejscu dobrze rośnie, a gdzie potrzeba nawozu lub wody. Niemieckie koleje Deutsche Bahn ogłosiły, że będą śledzić grafficiarzy malujących wagony. Drony służą geodetom, lustrują rurociągi, linie przesyłowe i granice. Zaglądają w niedostępne, np. wysoko położone, miejsca, pomagają w akcjach ratunkowych, kręcą filmy i robią zdjęcia lotnicze na potrzeby reklam i transmisji sportowych albo rynku nieruchomości. Biolodzy mogą sięgać po nie, gdy obserwują przyrodę na dużym obszarze, leśnicy, gdy szukają pożarów, niektórzy myśliwi chcieliby z nich strzelać do zwierzyny itd.

Niemal obowiązkowym elementem każdego drona jest zamontowana na jego pokładzie kamera wideo lub aparat fotograficzny, na bieżąco przekazujący sygnał na ekran operatora. Z kolei fotografowanie z dronów może dostarczyć zdjęcia bardzo wysokiej jakości, ponieważ pojazdy z wieloma wirnikami potrafią stabilnie latać – i to te możliwości budzą największe obawy ich przeciwników.

Ta rewolucja aeronautyczna przebiega torem wytyczonym przez inne przełomy technologiczne ostatnich dekad – konstruktorzy wielu dronów, zazwyczaj do niedawna modelarze hobbiści, też działają w garażach i tam dostosowują urządzenia do potrzeb własnych lub swoich klientów. Każdy bez problemu może też dziś kupić profesjonalny sprzęt, dzięki któremu nawet średnio uzdolniony amator potrafi zbudować maszynę o dużych możliwościach, sterowaną np. przez smartfona lub tablet, wyposażoną w stabilizatory obrazu i lotu, GPS, mechanizm sprowadzający całość bezpiecznie na ziemię w przypadku wyczerpania baterii lub awarii silnika, systemy obsługi pozwalające na zaprogramowanie całego lotu. Wreszcie mogą też zaopatrzyć się w porządne baterie i silne radio, dzięki czemu ich cacko może polecieć na odległość 50 km i osiągnąć pułap kilku tysięcy metrów.

Gorsze niż byki

Przez lata wykorzystanie dronów przez wojsko, policję i służby specjalne zdążyło doczekać się ostrej i uzasadnionej krytyki ze względu na pochopny dobór celów, liczne przypadkowe ofiary, brak wystarczającego rozpoznania i samowolę, przede wszystkim USA, w prowadzeniu nalotów w rozmaitych państwach. Z tego niezadowolenia swoje źródła czerpie silny obywatelski nadzór nad wojskową działalnością dronów. Organizacje pozarządowe, takie jak Drone Wars UK, prowadzą na przykład statystyki kraks zdalnie sterowanych statków powietrznych. Z ich danych wynika, że w 2012 r. m.in. w Mali, Afganistanie, Pakistanie i USA, czyli tam gdzie drony najczęściej latają, doszło do dwudziestu kilku takich wypadków, a w tym roku do kilkunastu.

Wypadkom ulegają zazwyczaj niewielkie drony, choć np. latem zeszłego roku w Maryland rozbił się przystosowany do morskiego zwiadu Global Hawk wielkości średniego odrzutowca pasażerskiego o 40-metrowej rozpiętości skrzydeł. Ta maszyna może dolecieć do każdego punktu na Ziemi i latać bez przerwy na wysokości 20 km przez ponad dobę.

Natomiast upadków lekkich dronów cywilnych nikt nie liczy, co nie oznacza, że do nich nie dochodzi. W sierpniu, podczas pierwszej w historii Virginii gonitwy byków, fotograf stracił kontrolę nad niewielkim dronem, który następnie wpadł w trybuny i ranił pięć osób. W tym samym czasie rogi 24 półtonowych byków dosięgły tylko dwóch spośród pół tysiąca uciekających przed nimi śmiałków. Dwa tygodnie później w Nowym Jorku od ran odniesionych w wyniku zderzenia z pilotowanym przez siebie helikopterem zmarł Roman Pirozek, 19-latek z Queens. Do wypadku doszło w parku na Brooklynie, na specjalnej łączce przeznaczonej dla miłośników modeli latających. Pirozka uderzyła w głowę końcówka 70-centymetrowej łopaty wirnika, która w jego modelu poruszała się z prędkością 400 km na godzinę. W ciągu ostatniej dekady w takich samych okolicznościach ginęli modelarze w USA, Szwajcarii, Korei Płd. i Brazylii.

Nikt nie ucierpiał podczas innego, za to bardzo wymownego, incydentu. W połowie września, kilka dni przed wyborami do Bundestagu, Angela Merkel odwiedziła Drezno. W pewnym momencie nad tłumem jej zwolenników uniósł się niewielki dron. Policja szybko odnalazła 23-letniego operatora robiącego zdjęcia, kazała mu natychmiast wylądować, ale helikopterek pechowo rozbił się o podium, dosłownie metr od pani kanclerz i towarzyszącego jej ministra obrony. Do organizacji przelotu przyznała się Partia Piratów domagająca się wzmocnienia ochrony danych osobowych. Chciała w ten sposób pokazać Merkel, jak to jest być obserwowanym przez drony.

Pani kanclerz nie przejęła się zbytnio tym incydentem, ale jest wysoce prawdopodobne, że prędzej czy później zdalnie sterowany statek powietrzny zostanie użyty w zamachu terrorystycznym, np. podczas imprezy masowej. W sieci bez problemu można znaleźć filmy instruujące, jak przerobić powszechnie dostępny dron wart kilka, góra kilkaset tysięcy złotych na latającą wyrzutnię rakiet albo jak zainstalować na jego pokładzie ostrą broń, w tym karabin maszynowy.

Ochrona spotkania w Dreźnie, która była zaskoczona już samym pojawieniem się drona, z jego zestrzeleniem miałaby zapewne jeszcze większy problem. Testy przeprowadzone przez zwolenników metody Philipa Steela z Deer Trail wskazują, że strącenie bez odpowiedniej amunicji, choćby grubego śrutu, byłoby bardzo trudne. A drony tworzone na wzór helikopterów są zwinne i szybkie, mogą w ułamku sekundy zmienić tor lotu i strzelanie do nich ze zwykłej ostrej amunicji przypomina polowanie z armatą na wróble.

Strefy zakazu lotów

Dotąd – może z wyjątkiem terenów ogarniętych działaniami wojennymi i drzew okupowanych przez stada ptaków – nie mieliśmy w zwyczaju oczekiwać jakichkolwiek zagrożeń nadlatujących z powietrza. Intuicja podpowiada, że rosnące możliwości dronów mogą doprowadzić do jakiejś dronofobii. Zresztą w Ameryce inicjatywa Steela nie jest odosobniona. Pod presją mieszkańców stan Idaho już ograniczył dronom prawo do przelotów, obowiązuje zakaz poszukiwań ludzi z ich wykorzystaniem bez sądowego nakazu albo pisemnej zgody samego poszukiwanego, wyjątkiem są tylko akcje ratunkowe, zaś w Virginii jedna z lokalnych społeczności wnioskowała o wyznaczenie strefy zakazu lotów.

Sęk w tym, że nie wszystko można zadekretować, zwłaszcza że w przypadku dronów postęp techniczny i pomysłowość konstruktorów znacznie wyprzedzają możliwości prawodawców. Pozostaje zatem nadzieja na zdrowy rozsądek użytkowników i wiara w analogię do smartfonów: zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że prawie każdy ma dziś aparat, kamerę i dyktafon w kieszeni, i jakoś nie podnosimy z tego powodu przesadnego rwetesu.

 

Prawo jazdy na drona

W Polsce miłośnicy amatorskiego puszczania dronów mogą spać spokojnie, bo zdalnie sterowanych statków powietrznych, których masa startowa nie przekracza 25 kg, nie trzeba nikomu zgłaszać. Co innego maszyny cięższe, które muszą przejść proces certyfikacji w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Jeszcze nikt takiego certyfikatu nie uzyskał i na razie Urząd rozpatruje dwa pierwsze wnioski o rejestrację. Znacznie więcej formalności czeka na tych, którzy na lotach dronami zarabiają. Tu, niezależnie od wielkości urządzenia, konieczne jest odpowiednie świadectwo z ULC. By je dostać, operator stojący za sterami musi udowodnić podczas stosownego egzaminu, że potrafi prawidłowo obsługiwać swój sprzęt. Świadectwa wymagane są od czerwca tego roku i procedurę zdążyło przejść dopiero kilkanaście osób, choć wiadomo, że w Polsce działa około pół setki firm oferujących usługi z wykorzystaniem dronów.

Większość z nich służy do fotografowania i sporządzania ujęć na potrzeby kinematografii, więc polskie firmy przeważnie korzystają z napędzanych silnikami elektrycznymi tzw. pionowzlotów, maszyn podobnych do helikopterów. Ich zaletą są niewielkie wibracje, wadą – stosunkowo krótki czas pracy baterii zmuszający pionowzloty do niskich lotów i pozostawania w pobliżu sterującego. Dlatego egzaminy na razie sprowadzają się tylko do lotów w zasięgu wzroku operatora. Szczegółowe zasady lotów dalszych i na wyższym pułapie, tak jak warunki zachowania prywatności oraz mechanizmy odseparowania dronów od innych statków powietrznych dopiero powstają. Podobnie nie wiadomo, ile cywilnych dronów lata po polskim niebie, i nie zanotowano również żadnego wypadku z udziałem takiego pojazdu.

Polityka 50.2013 (2937) z dnia 10.12.2013; Świat; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Brzęczenie przyszłości"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Kryzysowe relacje dzieci z rodzicami

Prof. dr hab. Katarzyna Schier o tym, jak polska historia wpływa na polskie rodziny.

Katarzyna Czarnecka
06.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną