Jak zginął argentyński kurort Epecuén

Oto Atlantyda
Wody odsłoniły to, co zostało z Villi Epecuén, kurortu położonego w środku argentyńskiej pampy, zatopionego w 1985 r. przez pobliskie jezioro: ruiny przeżarte solą, białe jak wysypisko kości.
Widok na Epecuén z lotu ptaka po tym, jak wody jeziora częściowo się cofnęły.
Juan Mabromata/AFP

Widok na Epecuén z lotu ptaka po tym, jak wody jeziora częściowo się cofnęły.

Epecuén na długo przed zatopieniem - na fotografii z lat 70. i dziś po wynurzeniu z wód jeziora.
Juan Mabromata/AFP

Epecuén na długo przed zatopieniem - na fotografii z lat 70. i dziś po wynurzeniu z wód jeziora.

Pablo Novak - straznik ruin.
Juan Mabromata/AFP

Pablo Novak - straznik ruin.

Norma Berg - przewodniczka.
Juan Mabromata/AFP

Norma Berg - przewodniczka.

Tyle zostało z kurortu.
Juan Mabromata/AFP

Tyle zostało z kurortu.

Ruiny pełne są przedmiotów codziennego użytku.
Juan Mabromata/AFP

Ruiny pełne są przedmiotów codziennego użytku.

Rumowisko
Juan Mabromata/AFP

Rumowisko

Nieźle zachowany budynek dawnej rzeźni.
Juan Mabromata/AFP

Nieźle zachowany budynek dawnej rzeźni.

Na parę dni przed katastrofą uciekły psy i koty Normy Berg. Zniknęły nagle, jakby zapadły się pod ziemię. Miasto zniknęło dwa tygodnie później. 16 dni – tyle potrzebowały słone wody jeziora Epecuén, żeby przykryć je po czubki dachów, żeby tam, gdzie kiedyś był wesoły kurort, pozostała tylko cisza wielkiej wody.

Ale miasto Epecuén wyłoniło się na nowo. Został w nim tylko jeden mieszkaniec, 84-letni Pablo Novak. Mówią o nim: strażnik ruin.

Było tak. W nocy z 9 na 10 listopada 1985 r. zerwała się wiosenna burza. Dla Villi Epecuén nie mogło to oznaczać niczego innego jak katastrofy, którą zapowiadały od dawna wszystkie znaki na niebie i ziemi. Poziom wody w jeziorze wznosił się nieprzerwanie od kilku lat. W ciągu ostatnich paru tygodni napadało tyle, ile zwykle w pół roku. Burza dopisała ostatni akt dramatu. Kiedy 10 listopada mieszkańcy Epecuén zabierali się do parzenia porannej mate, fale wzburzonego jeziora przelały się ponad 3,5-metrowym wałem przeciwpowodziowym.

Przez dwa tygodnie poziom wód na ulicach miasteczka podnosił się codziennie o pół metra. Na tyle wolno, żeby umożliwić ewakuację 1500 mieszkańców i ich łóżek, lodówek, szaf, poduszek, książek i garnków, na tyle szybko, żeby w ciągu dwóch tygodni wymazać z mapy 1,5-tysięczne miasto.

„Doświadczenie jest porażające” – donosił 15 listopada 1985 r. dziennik „La Nación”. „W najgłębszych miejscach płyniemy na wysokości dachów, w najpłytszych da się rozpoznać tylko niektóre sklepy dzięki wystającym z wody szyldom”. Kilka lat później poziom wody sięgnął 10 m – tyle, ile mierzy 3–4-piętrowy blok.

Parę lat temu wody zaczęły opadać.

Pierwsi byli Żydzi z Buenos Aires. Zaczęli tu przyjeżdżać, jeszcze zanim powstało miasteczko, żeby w miejscowych upiornie słonych wodach leczyć reumatyzm, zwyrodnienia stawów, bóle mięśni. Bo – jak odkrył pod koniec XIX w. pewien włoski chemik – wody jeziora Epecuén zawierały 340 gramów soli na litr, czyli mniej więcej tyle, ile Morze Martwe.

Właściciele tutejszych kopalni soli – przedsiębiorcy z Buenos Aires – zwietrzyli interes. Postanowili założyć uzdrowisko i wyprzedali po dobrych cenach ziemie wokół jeziora. Tak, w 1922 r., w prowincji Buenos Aires przybyło nowe miasteczko: Mar Epecuén, przemianowane później na Villa Epecuén.

W najlepszych czasach odwiedzało je co lato 30 tys. turystów. Jeśli podróżowali samochodem lub autobusem, docierali do miasta tą samą drogą, którą dziś dojeżdża się na zwiedzanie ruin z oddalonego o 8 km Carhué, sennego miasteczka, gdzie żyje większość byłych mieszkańców Epecuén. Droga, przejezdna dopiero od niedawna, prowadzi między kikutami drzew. Ten siwoszary krajobraz w środku wiosennie zazielenionej pampy jest jak kraina z mrocznej baśni. Po lewej, niczym zam­czysko czarnoksiężnika albo świątynia krwawego kultu, wznosi się zjawiskowa rzeźnia w stylu art déco, zaprojektowana przez kultowego architekta Francisco Salamone, o którego kunszcie świadczy to, że budynek – jako jeden z niewielu w Epecuén – wciąż trzyma się w pionie. Po drugiej stronie drogi, jak strażnicy zaklęci w ptaki, zbite w intensywnie różową plamę stado flamingów kontempluje taflę słonego jeziora.

Prawdziwy strażnik ruin mieszka jednak nieco dalej. Drzwi do domu są otwarte, ale w środku nie ma nikogo. – Zaraz wracam. Jestem na ruinach – tłumaczy Pablo Novak przez komórkę, którą kupiły mu niedawno zatroskane jego izolacją córki.

Argentyńskiemu dziennikarzowi powiedział parę lat temu: „Zobaczymy, czy da się żyć ze wspomnień”. Teraz powtarza: – Widziałem, jak miasto się rodzi, widziałem, jak umiera. Gdzie indziej mógłbym mieszkać?

Pablo Novak, syn Onofrego i Pauliny, przyszedł na świat w 1930 r., 8 lat po tym, jak powstało uzdrowisko.

Jego ojciec Onofre Novak, urodzony w Odessie, uciekł do Argentyny przed służbą wojskową. Nad jezioro Epecuén dotarł w 1918 r. z pewnym księdzem, który chciał tu wybudować sierociniec i zatrudnił Onofrego do wypalania cegieł. Imigrantowi z Odessy, a potem jego synom, nigdy nie zabrakło pracy przy piecu. Nowy kurort rozrastał się bowiem tak szybko jak rodzina Onofre. On doczekał się 12 dzieci, a Epecuén w ciągu paru lat kilkunastu, potem kilkudziesięciu hoteli. Pablo, który dzieci ma 10 (– Na razie), a wnuków 21, mówi: – 70 proc. Epecuén do efekt pracy klanu Novaków.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną