Urugwaj: Lucia Topolansky - od bojowniczki do senatorki

Partyzantka
Kiedyś nazywano ją terrorystką. Dziś Lucia Topolansky jest szanowaną w Urugwaju senatorką, a rządy jej i dawnych towarzyszy broni chwali nawet liberalny „The Economist”.
Lucia Topolansky skończy w tym roku 70 lat.
Artur Domosławski/Polityka

Lucia Topolansky skończy w tym roku 70 lat.

Prezydent José Mujica, najskromniejszy żyjący przywódca.
Andres Stapff/Reuters/Forum

Prezydent José Mujica, najskromniejszy żyjący przywódca.

27-letnia Lucia Topolansky, ps. Ana, podczas pierwszego zatrzymania przez władze, 1971 r.
Archiwum

27-letnia Lucia Topolansky, ps. Ana, podczas pierwszego zatrzymania przez władze, 1971 r.

Polna droga 20 km za miastem. Prowadzi do murowanej, otynkowanej na biało i skąpanej w zieleni wiejskiej chaty. Przy ostatnim skręcie dyskretna budka wartownicza i trzech policjantów. Chata, w której mieszka senatorka Lucia Topolansky, nie różni się niczym od innych domów w okolicy, zwanej Rincon del Cerro albo wiejskim Montevideo. Różni się za to wszystkim od posiadłości i luksusowych domów, w jakich mieszkają zwykle ludzie władzy. W porannym słońcu wygrzewają się psy. Po podwórku łażą kury. Z krzaków dochodzi wrzask cykad.

Męża nie ma, mówi dońa Lucia, poszedł na pole, może przyjdzie później.

Uprawiają państwo ziemię?

– Właściwie tylko kwiaty – mówi, nim rozmowa zacznie się na dobre.

Czyż historia nie ma poczucia humoru? „The Economist”, tygodnik wyrażający punkt widzenia części zachodniego establishmentu, wybiera Urugwaj krajem roku 2013, a rządzą tu przecież byli partyzanci Tupamaros. Dońa Lucia jest jedną z nich...

Tak, mówi, to z powodu paru spraw: małżeństw homoseksualnych, legalizacji marihuany, dobrej polityki gospodarczej – to się spodobało „Economistowi”, no i uwagę przyciągnął prezydent. To José Mujica, tak jak dońa Lucia, były partyzant. – Europejczykom nie mieściło się to w głowie, np. dla Hiszpanów to było zdarzenie z gatunku „bojownik ETA premierem Hiszpanii”.

Przykładów historycznego poczucia humoru jest tu więcej – choćby sielskie życie na wsi dońii Lucii. Kto by przypuszczał, że Twardzielka – jak mówili o niej towarzysze broni – która konstruowała bomby, pokocha życie wśród kur?

Szwajcaria antypodów

O Urugwaju mówi się i pisze, że to dziś najmodniejszy kraj świata. Tuż po legalizacji marihuany w grudniu ub.r. pewien portal internetowy z USA ogłosił manifest pt. „21 powodów, dla których należy przeprowadzić się do Urugwaju w 2014 r.”. Kilka z nich: stabilność bankowa, dzięki której już kilka dekad temu Urugwaj zyskał miano Szwajcarii Ameryki Łacińskiej; edukacja – darmowa i świecka; legalna aborcja, której sprzeciwia się ledwie 10 proc. obywateli; równouprawnienie małżeństw homoseksualnych i legalna marihuana; wspaniałe plaże; wyborne mięso; także sami Urugwajczycy, którzy potrafią się bawić i są najbardziej przyjaźni spośród Latynosów; wreszcie – prezydent José Mujica, najskromniej żyjący przywódca, który oddaje 90 proc. dochodów dla biednych.

Jednak sławie kraju jako czempiona standardów dobrego życia przeciwstawił się pewien amerykański dziennikarz, który żyje tu na stałe. Ogłosił osiem powodów przeciwko przeprowadzce do Urugwaju. M.in: brudne ulice i plaże, monotonne menu (istotnie, wegetarianie tu cierpią), drożyzna i wysokie podatki; mimo że zalegalizowano marihuanę, ok. 60 proc. obywateli nie podoba się nowa ustawa.

Urugwaj, mający mniej niż 3,5 mln ludności, „skrawek bawełny między dwoma kryształami”, tj. Brazylią i Argentyną, jak go nazwał pewien brytyjski dyplomata z XIX w., nie pierwszy raz przeżywa lata świetności. Wielka prosperity przypadła na pierwszą połowę XX w. „Gdyby Urugwaj był większy, mówiono by, że to tutaj wymyślono socjaldemokrację” – słowa prezydenta Mujiki są leitmotivem wielu rozmów w Montevideo.

Reformy z początku XX w. uczyniły Urugwaj liderem postępu tamtego czasu. Upaństwowiono usługi publiczne, rozszerzono zasięg edukacji, wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy, negocjacje płacowe, referenda. Rozdzielono państwo i Kościół, wprowadzono prawo o rozwodach i przyznano kobietom prawa wyborcze. To w tamtych czasach przechrzczono Boże Narodzenie na Dzień Rodziny, a Wielkanoc na Tydzień Turystyki. Urugwaj do spółki z Argentyną karmił wygłodzoną Europę w trakcie i po obu wojnach światowych, co było kołem zamachowym rozwoju i budowania z sukcesem kraju klasy średniej.

Ten cykl pomyślności skończył się wraz z wychodzeniem Europy z powojennej zapaści, zamykaniem się jej rynku i ogólnym spadkiem cen towarów na rynkach światowych. Ubożenie egalitarnego jak na swój czas społeczeństwa było szybsze niż trwający kilka dekad rozwój. Rozpoczęły się strajki i protesty, na które władza reagowała represjami. Do głosu zaczęli dochodzić wykluczeni z podziału beneficjów złotej epoki, m.in. robotnicy z plantacji trzciny cukrowej. Nadzieję na zmiany rozpalała rewolucja na Kubie.

Zbuntowanym, szczególnie młodym, zdawało się, że raj jest na wyciągnięcie ręki. Jedni chcieli dojść do niego przy urnach wyborczych, inni sądzili, że to strata czasu, bo stare partie – Biali i Kolorowi – nigdy nie oddadzą władzy, i chcieli chwycić za broń. Ci ostatni utworzyli Ruch Wyzwolenia Narodowego i ochrzcili imieniem Tupaca Amaru, ostatniego wodza Inków straconego przez konkwistadorów. Robotnicy rolni i piękni dwudziestoletni z klasy średniej Montevideo. Do historii przeszli jako Tupamaros. Lucia Topolansky była jedną z ich liderek.

Pseudonim Ana

– Jak się zorientowaliśmy, że nadszedł kryzys? Wieczorem zostawiało się przed domem butelki na mleko – rano były pełne. Któregoś dnia ktoś je nam ukradł. To był znak, że coś się zmienia, że idą gorsze czasy – opowiada dońa Lucia.

Lucia, wnuczka imigrantów z Austro-Węgier, uczyła się w katolickiej szkole. Mieszkała z rodzicami, siostrą bliźniaczką, drugą młodszą i trójką braci w Pocitos, dzielnicy klasy średniej. Ojciec był inżynierem budownictwa, mama zajmowała się domem. Gdy była w trzeciej klasie liceum, wybuchła rewolucja kubańska. – Drugim źródłem inspiracji była teologia wyzwolenia, która zbliżyła Kościół do biednych. Niektórzy księża wybierali nawet drogę walki zbrojnej – wspomina.

Prawdziwą szkołą zaangażowania był dla niej uniwersytet. „Kto nie działa, ten palant”, mówiło się wśród zbuntowanych studentów. Lucia zdecydowała się na architekturę, ale bardziej niż projektowanie domów pociągało ją projektowanie lepszego świata. Uczelnia wówczas kipiała: komuniści, socjaliści, trockiści, fideliści... Który socjalizm lepszy – ten z Moskwy, Pekinu, Hawany? Gorączkowym sporom towarzyszyły wieści z wojny wietnamskiej, hipisowski duch wolności, sex, drugs and rock’n’roll.

Na Montevideo ruszyli tymczasem robotnicy z plantacji trzciny cukrowej, wyzyskiwani niemal jak niewolnicy. Ich liderem był Raul Sendic. Podpalili siedzibę uległych wobec rządu związków zawodowych. W czasie kolejnych manifestacji padli zabici i ranni – robotnicy i studenci. Sendic wraz z grupą towarzyszy napadł na klub strzelecki: ukradli broń – były to symboliczne narodziny partyzantki Tupamaros.

Lucię do Tupamaros wciągnęła siostra bliźniaczka. W konspiracji miała pseudonim Ana. Od razu wzięła udział w słynnym napadzie na towarzystwo bankowe Monty, w którym przez krótki czas pracowała. Tupamaros ukradli tam dokumenty i przekazali je prasie – prawdziwa sensacja! Ukazały one, w jaki sposób znani politycy prali pieniądze, wyprowadzali je z kraju i jak posługiwali się oszczędnościami ciułaczy do nielegalnych operacji finansowych.

Podobnymi akcjami Tupamaros zdobyli sympatię sporej części opinii publicznej. Porywali sędziów i prokuratorów, którzy odmawiali wszczynania śledztw przeciwko skorumpowanym politykom, i stawili ich przed podziemnym trybunałem rewolucyjnym. Wystraszeni wskazywali zwierzchników, którzy blokowali śledztwa. Partyzanci uprowadzali też dyplomatów, m.in. USA, Wielkiej Brytanii, Brazylii, których potem wymieniali za uwięzionych towarzyszy. Nie wszystkich: rozstrzelali Amerykanina Dana Mitrione, doradcę policji urugwajskiej, specjalistę od tortur (historię tę uwiecznił Costa-Gavras w filmie „Estado de sitio”). Wykonywali egzekucje na policjantach, znanych z okrucieństwa w trakcie przesłuchań.

Towarzysze broni wspominają po latach Lucię jako osobę więcej niż opanowaną. Twardą, bezkompromisową. Dzięki manualnym zdolnościom – niespodziewana korzyść ze studiowania architektury – świetnie jej szło konstruowanie bomb domowej roboty. Współdowodziła akcjami 15 kolumny Tupamaros, słynącej z niebezpiecznych akcji, m.in. podpalenia fabryki General Motors i porwania brytyjskiego ambasadora.

Czy niczego nie żałuje? Nie. Traktuje przeszłość jako etap i lekcję. Zasiali ziarno, które kiełkuje dziś. Dawni partyzanci są u władzy nie tylko w Urugwaju. Dilma Rousseff, prezydentka Brazylii, to bojowniczka Ludowej Awangardy Rewolucyjnej. W partyzantce był wiceprezydent Boliwii Álvaro Garcia Linera. Wpływowi oficjele w Argentynie to dawni montoneros, a burmistrz Bogoty Gustavo Petro to jeden z dowódców guerrilli M-19.

Owszem, mówi, myliliśmy się, sądząc, że możemy wygrać rewolucję za pomocą karabinów. Ale ci, którzy postawili na drogę pokojową, też przegrali – dowodem los chilijskiego prezydenta Salvadora Allende, obalonego w zamachu stanu. Gdy w niedalekim Chile armia grzebała pokojową rewolucję, Lucia Topolansky płaciła już wysoką cenę za swoje ideały i zaangażowanie.

Rachunek krzywd

Był prąd, było bicie, ale najgorzej znosiła submarino – przytapianie. Nie lubi o tym opowiadać, ale nie dlatego, że to bolesne. Nie znosi martyrologii. – Każdy Tupamaro wiedział, że w razie wpadki grożą tortury, lata więzienia, być może śmierć. Byłam w pełni świadoma, co ryzykuję.

Pierwsza wpadka w 1971 r. zakończyła się szczęśliwie, choć myślała, że już nigdy nie wyjdzie na wolność. Wraz z kilkoma towarzyszkami, przy pomocy przyjaciół z zewnątrz, brawurowo zbiegła z więzienia. Niedługo po ucieczce straciła wielką miłość – w policyjnej obławie zginął Armando Blanco Katras. Kilka miesięcy potem wpadła drugi raz – przez zdradę. Miała 28 lat, skazano ją na 45.

Najtrudniejsze ćwiczenie: być ciałem za kratami, a duchem na wolności. Sposób: nauka. Jeśli któraś z więźniarek znała angielski, uczyła inne angielskiego; jeśli była dobra z matematyki, uczyła matematyki. Lucia polubiła świat liczb. Pożerała książki, a gdy w ramach represji odbierano je na długi czas, pisała własne. Najgorsze były prace przymusowe – bezsensowne łupanie kamieni; a także ostatnie miesiące, gdy toczyły się negocjacje o amnestii między dyktaturą a legalną lewicą z Szerokiego Frontu.

Lucia Topolansky wyszła na wolność w 1985 r., mając 41 lat. Za kratami spędziła 13. Mówi, że Mujica, obecny prezydent, miał gorzej. Większą część wyroku odsiedział w całkowitej izolacji, bez dostępu do książek. Omal nie oszalał.

Dyktatura wojskowa w Urugwaju była podobna do reżimu Pinocheta w Chile, Videli w Argentynie, głównie za względu na zimnowojenną, antykomunistyczną ideologię. Również tutaj torturowano działaczy lewicy, „znikano” ich, ale skala represji była mniejsza. Zniknięto ok. 200 oponentów (w Chile – 3 tys., w Argentynie – 30 tys.), z czego większość w sąsiednich krajach w ramach planu Kondor – o współpracy dyktatur w ściganiu politycznych wrogów. Dońa Lucia wspomina, że oficerowie z Argentyny, którzy przyjechali z braterską wizytą i oglądali więzienia, dziwili się na głos, że bojowniczki Tupamaros pozostają przy życiu.

W Urugwaju nie było silnego caudillo, jak Pinochet czy Videla – jeszcze jeden owoc miejscowej kultury republikańskiej. Partie, ruchy, idee były i są tu ważniejsze niż wodzowie – i na prawicy, i na lewicy. Uważa się, że caudillos zagrażają ideom, które sami głoszą. Stawia się na przekazywanie pałeczki, sztafetę pokoleń, która zapewnia kontynuację zmagań o cele, programy, idee. Pod tym względem mały Urugwaj przypomina trochę wielką Brazylię.

Paradoksalnym przejawem urugwajskiego republikanizmu był plebiscyt ogłoszony przez dyktaturę w 1980 r. Dyktatorski rząd pytał obywateli, czy życzą sobie dalszych niedemokratycznych rządów, a ci odpowiedzieli: NIE. To był początek schyłku dyktatury i demokratyzacji kraju, zakończonej amnestią dla więźniów politycznych.

Po nastaniu demokracji nie osądzono wojskowych winnych zbrodni – chroniła ich amnestia, której nie udało się obalić nawet w drodze referendum – ludzie bali się powrotu wojska. Dopiero po 2005 r., gdy do władzy doszedł lewicowy Szeroki Front, w tym Tupamaros, skazano kilkudziesięciu oficerów, odpowiedzialnych za zabójstwa, tortury i kradzież dzieci urodzonych w więzieniach. W ostatnich tygodniach prezydent Mujica wyraził życzenie, żeby starzy i schorowani odsiedzieli resztę kary w areszcie domowym, wśród bliskich. „Nie po to walczyłem, żeby teraz trzymać w więzieniu starców”, oświadczył, dodając, że są w życiu długi, których nie da się odzyskać.

Marzyć wspólnie

– Czy słowo „rewolucja” ma dziś sens?

– Głęboko w to wierzę, bo wiele spraw w naszym życiu rewolucjonizuje się. Ale błędem byłoby nadawanie rewolucji twarzy z lat 60. i 70. Musi mieć oblicze XXI w.

– Chodzi o skromniejsze aspiracje? Wy chcieliście wywrócić system. Dzisiejsze pokolenie buntowników, np. Camila Vallejo, liderka studentów w Chile, a teraz posłanka do parlamentu, ma o wiele skromniejsze plany: reforma edukacji...

– Byliśmy dziećmi zimnej wojny. Każde pokolenie mierzy się z realiami, w których przychodzi mu żyć.

– Dziś mamy czasy marzeń indywidualnych, nie kolektywnych, prawda?

– Napisałyśmy w więzieniu słowa do pewnego tanga: „Bez nas, bracie, jesteśmy niczym”. Kluczowa jest tu liczba mnoga. Samemu to można przemeblować mieszkanie, projekty społeczne muszą być zbiorowe.

Rządy Szerokiego Frontu, najpierw Tabaré Vázqueza, a obecnie Mujiki, próbują łączyć ogień z wodą, tj. kapitalizm z socjalizmem. Kapitalizmu nie burzą, gospodarka stoi na wielkim agrobiznesie, który eksportuje wołowinę i soję; także na turystyce. Zarazem ukazują one, że daje się prowadzić sprawiedliwszą redystrybucję dochodów, a przez nią budować lepsze społeczeństwo. W ciągu dekady odsetek ubogich zmniejszył się tu z 39,6 proc. do 12; bezrobocie spadło z prawie 14 proc. do 6, płaca minimalna wzrosła o 245 proc. (obecnie wynosi 395 dol.), a średnia – o 45 proc. Współczynnik Giniego mierzący społeczne nierówności zmniejszył się z 0,45 do 0,38 (1 to skrajna nierówność; 0 to równość idealna).

– Kluczową decyzją, która doprowadziła do zmniejszenia biedy i nierówności, było utworzenie komisji trójstronnych: rządu, pracowników i pracodawców – wyjaśnia znany publicysta Nestor Cesin. – Robotnicy z pomocą rządu wynegocjowali duże podwyżki, które zmieniły poziom życia znaczącej części społeczeństwa.

Edukacja zawodowa, tworzenie przez państwo miejsc pracy i sprzyjanie samozarządzającym się spółdzielniom wyciągnęły wielu ludzi z czarnego rynku pracy. Płacą teraz składki na emerytury i na służbę zdrowia, do której pierwszy raz w swoim życiu mają dostęp. Uprawnienia pracownicze, w tym emerytalne, nabyli wyzyskiwani na potęgę robotnicy rolni i kobiety pracujące jako pomoc domowa.

Pomyślnie przebiega eksperyment, w ramach którego sami robotnicy zarządzają przedsiębiorstwami. Dzieje się to w wielu branżach, m.in. produkcji opon, butelek, skór, wędlin, a także w usługach – np. turystyce. To oczko w głowie prezydenta Mujiki, który uważa, że samozarządzanie to klucz do wykorzenienia głównego grzechu kapitalizmu: wyzysku człowieka przez człowieka. – Mujica nie naciska, by wszystkie firmy tak działały – objaśnia Cesin. – Uważa, że nie może zmienić wszystkiego, ale może zasiać ziarna. Na próbę. I zobaczyć, co z nich wykiełkuje.

Dońa Lucia zgadza się, że byli partyzanci Tupamaros budują socjalizm XXI w., używając niektórych instrumentów kapitalistycznej inżynierii.

– Żyjemy w kapitalizmie i Urugwaj jest kapitalistyczny – mówi – ale skończyliśmy z hańbą biedy i głodu w kraju, który jest producentem żywności.

– Więc polityka nie skończyła się, jak głoszą prorocy wolnego rynku?

– Absolutnie, polityka jest wciąż superważna. Czasem trzeba mieć odwagę postawić na coś, ryzykując nawet porażkę, błąd.

Z wice na wice

Lucia Topolansky skończy w tym roku 70 lat. Tylko fizycznie czuje się czasem zmęczona. Prasa donosi, że jeśli Tabaré Vázquez zostanie ponownie prezydentem (urzędował już w latach 2005–10), będzie jego wice. Nie mówi „nie”. Jeśli partia zdecyduje... O, wraca z pola mąż.

– Oboje jesteście silnymi osobowościami – często się państwo spieracie?

– Ja mam swoje sprawy, on swoje. Ścieramy się, ale cel mamy wspólny. Ma we mnie najwierniejszego żołnierza w parlamencie (śmiech).

Mężem dońii Lucii jest José Mujica, prezydent Urugwaju. Poznali się w partyzantce, ale wtedy każde miało inną miłość; oboje je stracili. Coś zaiskrzyło przed definitywną wpadką – w 1972 r. Wpadli razem, lecz wspólne życie zaczęli dopiero po wyjściu z więzienia. Uznali, że za późno na dzieci: ona miała 41, on 50 lat. Formalnie związali się dopiero po 20 latach wspólnego życia, gdy Mujica miał zostać głową państwa. Jako senatorka z największą liczbą głosów odebrała od męża prezydencką przysięgę. Jeśli teraz zostanie wiceprezydentką, wiele się w jej życiu nie zmieni: nieformalnie jest nim również teraz. Błędem jest myśleć o niej jako o żonie prezydenta. Lucia Topolansky to Lucia Topolansky.

Mujica, a właściwie Pepe, jak mówią o nim wszyscy, właśnie przyszedł z pola. Bejsbolówka na głowie, rozpięta koszula, szorty, znoszone tenisówki. Ubrany w taki sposób potrafi przyjść na oficjalne posiedzenie.

– Pepe, to ten dziennikarz z Polski, o którym ci mówiłam. Jest zainteresowany rozmową z tobą, prosił już w biurze prasowym. Znajdziesz czas?

Teraz – odpowiada Mujica, zasiadając wygodnie na ogrodowym krześle pod drzewem z tykwą ulubionej mate. Wizyta u pary byłych Tupamaros, którzy mieli nigdy nie wyjść z więzienia, a doszli na szczyt, przeciągnie się jeszcze o dobre półtorej godziny.

Artur Domosławski z Montevideo

Rozmowa z prezydentem Mujicą ukaże się w jednym z najbliższych numerów.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną