Świat

Gładki Robert

Słowacja przed wyborami

Robert Fico zapewnił sobie absolutną dominację na słowackiej scenie politycznej. Robert Fico zapewnił sobie absolutną dominację na słowackiej scenie politycznej. Radovan Stoklasa/Reuters / Forum
W sobotę na Słowacji odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich. O zwycięstwo będą walczyć socjaldemokrata Robert Fico i miliarder Andrej Kiska.
Przez wrogów jest nazywany postkomunistą, sam deklaruje się jako socjaldemokrata.RightWingerPo/Wikipedia Przez wrogów jest nazywany postkomunistą, sam deklaruje się jako socjaldemokrata.

Artykuł w wersji audio

Przedwyborcze sondaże zapowiadały zdecydowane zwycięstwo szefa słowackiego rządu Roberta Fico - nawet z poparciem 40 proc. Jednak Kiska uzyskał zaledwie 4 proc. mniej. Szef słowackiego rządu nie krył rozczarowania wynikami pierwszej tury. Zaskakująco skromne zwycięstwo tłumaczył słabą frekwencją i tym, że jego rywale potraktowali wybory prezydenckie jak referendum przeciwko rządowi.

Premier Robert Fico uchodził za prawdziwego mistrza, jeśli chodzi o napędzanie słupków popularności. Gdy przeanalizować jego karierę, nabiera się dziwnego wrażenia, że właściwie jest to jego główne zajęcie.

Ideowi wrogowie wyzywają go od postkomunistów, sam deklaruje się jako socjaldemokrata, ale bywał też już ponurym konserwatystą, euroentuzjastą, brunatnym narodowcem i liberalnym demokratą. A jest każdym z nich po trochu, w zależności od potrzeb. Przede wszystkim jest bowiem populistą: zabiega o sympatię wyborców, mówiąc im to, co chcą usłyszeć. A często jest tak przekonujący, że wszystkim wydaje się, że nie tylko coś powiedział, ale i już to zrobił.

Najważniejsze są słowa i gesty, ewentualnie ich brak. Np. w sprawie kryzysu ukraińskiego Fico po prostu milczał albo mówił bardzo niejednoznacznie. Słowacja graniczy z Ukrainą, tamtejsze media trąbią o Majdanie i Krymie tak samo jak nasze, gazety pełne są reportaży i analiz. W tej atmosferze Fico zwlekał całymi dniami z zajęciem stanowiska. W jego wypowiedziach z tego czasu zawsze obok siebie sąsiadowały frazesy o „wzburzonych ludziach na ulicach” oraz o „poszanowaniu legalnej władzy”. Dopiero 2 marca wystąpił na wspólnej konferencji prasowej z prezydentem kraju i przewodniczącym parlamentu i jednoznacznie potępił działania Rosji.

Niejednoznaczna, wyrozumiała wobec Kremla postawa jest jednak bardzo charakterystyczna na Słowacji, zresztą podobnie jak w Czechach. Tamtejsze elity opiniotwórcze są nieodmiennie zapatrzone na Zachód, ale społeczeństwo jest podzielone, co ujawniło się szczególnie, gdy kraj przystępował do NATO.

Na Słowacji takie nastroje są tradycyjnie silne. Przez lata obywateli czarował tu inny populista Vladimir Mecziar. Wraz z nowym milenium pałeczkę przejął właśnie Fico i robi to znacznie zręczniej, bez popisywania się tępą brutalnością, chwilami wręcz elegancko. Nie pozwala sobie na gburowate wyzwiska wobec zachodnich polityków, nie podnosi głosu, nie wygraża palcem. Komentując wydarzenia międzynarodowe, zachowuje raczej wstrzemięźliwość w ocenach.

Jego wyborcy dokładnie tego oczekują, bo spora część Słowaków nadal myśli o Rosji z sentymentem, a Zachód postrzega jak aroganckiego mentora. Do tego dochodzi drobnomieszczańska mentalność małego narodu z myśleniem „moja chata z kraja”, czyli najważniejsze, żebyśmy mieli święty spokój. A Fico ubiera te emocje w słowa.

Zdanie: „jestem premierem małego kraju”, nie jest wcale odbierane jako kapitulanctwo czy oznaka słabości, ale raczej przejaw zdrowego realizmu. Dlatego Fico kompletnie lekceważy opinie ekspertów czy publicystów, przez których jest krytykowany np. za brak zdecydowania w sprawie Ukrainy. Dobrze wie, że jego wyborcy odnajdują się w jego decyzjach. Premier jest ich jedynym głosem, bo słowacka publicystyka i eksperci są jednoznacznie prozachodni i bardzo krytyczni wobec tych prowincjonalnych postaw.

Przyznać też trzeba, że do mistrzostwa opanował dzielenie włosa na czworo: wobec stanowiska Zachodu dystansuje się i jednocześnie je wspiera. Odmawiając jednoznacznej deklaracji w sprawie Ukrainy, jednocześnie w każdej wypowiedzi podkreślał, że wszelkie kroki są uzgadniane z Grupą Wyszehradzką. Fico, podkreślając (mocno na wyrost) swoje znaczenie w tej Grupie, pokazuje się własnym wyborcom jako mąż stanu, uprawiający politykę międzynarodową o takim formacie, jaki przynależy pięciomilionowemu państwu.

Nie ma ambicji odgrywania wielkiej roli w polityce światowej i wyborcy traktują to jako zaletę. Z drugiej strony, nie ma kompleksów: w latach 199298 był przedstawicielem Słowacji przy Europejskim Trybunale Praw Człowieka, jest zatem oblatany w świecie europejskiej dyplomacji. Bardzo mocno sam to podkreśla.

Trzecia droga

Bezceremonialnie sięga po populizm, bo wie, że nikt – przynajmniej w polityce wewnętrznej – nie może mu zarzucić, że jest prowincjonalnym watażką. Swoje czasem szokujące pomysły opakowuje w dyplomatyczny żargon, podrzuca je własnym wyborcom, po czym często wycofuje się z nich w taki sposób, żeby nikt się nie zorientował.

Pierwszy raz zrobił tak w latach 90., kiedy był jeszcze popularnym młodym politykiem partii postkomunistycznej. Pół życia spędzał już wtedy w Strasburgu i w słowackich mediach uchodził za eksperta od zachodnich standardów. Właśnie z tej pozycji włączył się do debaty o zmianie Kodeksu karnego, podważając sens zniesienia kary śmierci. W tym czasie Słowacy byli przerażeni opisywanymi w mediach przypadkami drastycznych zabójstw. Odruchowo łączyli je ze złagodzeniem prawa karnego po upadku komunizmu, m.in. ze zniesieniem kary głównej.

Właśnie od tej debaty Fico zaczął wielką karierę. Znalazł wtedy trzecią drogę między liberalnymi intelektualistami, dla których sprawa zniesienia kary śmierci była oczywista, a lokalnymi zakapiorami, którzy chcieli powrotu do polityki stryczka. Pomysł Fico polegał na tym, że odmawiał jednoznacznych wypowiedzi na ten temat i twierdził, że właśnie takie kluczenie to trzymanie się zasad. „Nigdy nie mówiłem, że jestem zwolennikiem kary śmierci. Po prostu uważam, że ta kwestia nie powinna być wyjęta spod publicznej debaty” mówił mi w drugiej połowie lat 90., kiedy rozmawiałem z nim jako korespondent „Gazety Wyborczej”. Dla dziennikarzy z zagranicy miał przygotowane egzemplarze własnej książki, w której rozważał argumenty za i przeciw karze śmierci. A na wiecach partyjnych i spotkaniach z wyborcami te precyzyjne rozróżnienia zastępował gromko powtarzanym pytaniem: czy w tej sytuacji nie należy rozważyć powrotu kary śmierci?!

To kolejna cecha jego osobowości: zdolność do eleganckiego opakowywania pomysłów, które w bezpośrednich wystąpieniach służą zwykłemu szczuciu. Doskonale było to widać, kiedy kilka lat później prasa zapełniła się doniesieniami, że Romowie rozkradają rolnikom ziemniaki i owoce z sadów. Romowie – mniejszość na Słowacji nielubiana tak samo jak wszędzie – żyją z zasiłków, w nędznych osiedlach poza granicami wiosek i miasteczek. Społeczności te są otoczone powszechną wrogością i ta niechęć bywa, niestety, dość często wykorzystywana w polityce.

Popularna telewizja pokazywała zatem kolejnych zrozpaczonych rolników, którym w ciągu jednej nocy wyzbierano wszystkie ziemniaki z pola albo oberwano śliwki czy jabłka z drzew. I wtedy Fico (jeszcze w opozycji) oznajmił, że ludzie mają prawo sami bronić swego majątku i owoców swojej pracy. Nikt już dziś nie pamięta, czy użył słów „straż obywatelska” albo czy mówił coś o broni. W następnych tygodniach w mediach debatowano ostro o tym, że skoro policja jest słaba i skorumpowana, to ludzie powinni sami powoływać siły samoobrony i w uzbrojonych patrolach pilnować pól i sadów. Liberałowie byli oburzeni, konserwatyści nie byli przeciwni, narodowcy wznosili antyromskie hasła.

A Robert Fico – wtedy już poważny kandydat do rządzenia krajem – przed zagranicznymi dziennikarzami rozkładał ręce i mówił, że on tylko pracuje nad ustawą farmerską, której zapisy mają ułatwić życie słowackim rolnikom. Nie ma tam mowy o żadnej straży obywatelskiej czy uzbrojonych patrolach. Jest za to sporo o ubezpieczeniach i regulacjach unijnych. „Ustawa farmerska”, po miesiącach debat zapomniana i rozwodniona, skończyła w niebycie. Ale Fico raz jeszcze wzmocnił swój wizerunek twardziela, który wbrew stołecznym elitom walczy o interesy zwykłych ludzi, nie cofając się przez kontrowersyjnymi pomysłami.

Kiedy pierwszy raz zdobył władzę w 2006 r., do wyborów szedł z radykalnymi postulatami odkręcenia głębokich reform ekonomicznych poprzednich, prawicowych i proeuropejskich rządów. Po wyborach natychmiast zmienił retorykę, zaczął mówić o dobrym klimacie dla inwestycji i odpowiedzialności za finanse publiczne. Wtedy jednak część swoich wcześniejszych mglistych obietnic spełnił: zlikwidował znienawidzone, wprowadzone przez poprzedników, opłaty za korzystanie ze służby zdrowia. Były wprawdzie symboliczne, ale najbardziej zdyscyplinowany elektorat – emeryci – i tak odebrali je jako wyjątkowo uciążliwe. Tego gestu Fico nie mógł im odmówić, ale też wynikające stąd straty finansowe były stosunkowo niewielkie.

Główny zrąb wielkich reform pozostał nienaruszony, bo Fico wiedział, że na nich opiera się wielki sukces gospodarczy kraju. Sam spijał śmietankę, bo to za jego kadencji w 2009 r. sfinalizowano wejście kraju do strefy euro. Zdjęcia przy bankomacie wypłacającym nową walutę nie mógł sobie odmówić.

Dziwny sojusz

Tak właśnie wygląda taktyka, dzięki której Robert Fico zapewnia sobie absolutną dominację na krajowej scenie politycznej. Przy całej swojej zręczności nie ma on jednak zahamowań. Ostatnio ten postkomunista, zdeklarowany liberał i ateista ogłosił, że w sojuszu z niedużym Ruchem Chrześcijańsko-Demokratycznym (KDH) zamierza wprowadzić do konstytucji zapis definiujący małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Ma to być rodzaj zabezpieczenia przed pomysłami legalizacji związków homoseksualnych. Fico i homofobia? – pytali zaszokowani publicyści.

Tak naprawdę premierowi los mniejszości seksualnych jest dość obojętny. Na sojusz z chadekami zdecydował się dlatego, że w pakiecie są prawdopodobnie inne zmiany w konstytucji, które dodatkowo umocnią jego władzę jako przyszłego prezydenta kraju. W końcu nie po to zdecydował się na kandydowanie, żeby pilnować żyrandoli.

Jeśli nic szczególnego się nie wydarzy, ten plan się uda: Fico wygra wybory i przeniesie się do pałacu prezydenckiego, wcześniej namaszczając premiera i zmieniając konstytucję. Rozważając jego kontrkandydatów, czesko-słowacki publicysta Martin M. Szimeczka napisał, że, niestety, wszyscy są słabi i nie mają zbyt wielkich szans, ale w zasadzie każdy byłby lepszy od Fico. „Bo oni chcą rządzić Słowacją, a Fico chce ją sobie przywłaszczyć” – napisał.

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia RDC.

Polityka 11.2014 (2949) z dnia 11.03.2014; Świat; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Gładki Robert"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną