Świat

Stan tymczasowy

Ukraina - państwo w zawieszeniu

Milicjant w jednym z budynków administracji w Doniecku ogląda konferencję prasową Arsenija Jaceniuka. Milicjant w jednym z budynków administracji w Doniecku ogląda konferencję prasową Arsenija Jaceniuka. Sergei Grits/AP / Polityka
Rząd Arsenija Jaceniuka działa pod ciśnieniem. Zagrożenie rosyjską agresją, dramatyczna sytuacja ekonomiczna, wybory prezydenckie. W sam raz dla kamikadze, jak sam siebie określił premier.
Ukraina za czasów ZSRR miała 5 tys. pocisków z głowicami nuklearnymi i 750 tys. żołnierzy pod bronią – pozostała zaledwie 140-tys. armia, w której jedynie 6 tys. żołnierzy jest przygotowanych do walki.Yannis Behrakis/Reuters Ukraina za czasów ZSRR miała 5 tys. pocisków z głowicami nuklearnymi i 750 tys. żołnierzy pod bronią – pozostała zaledwie 140-tys. armia, w której jedynie 6 tys. żołnierzy jest przygotowanych do walki.

Jaceniuk. Kiedy po zajęciu Krymu ożyły na świecie obawy, że Moskwa wraca do mocarstwowej polityki, przed ukraińskim premierem otworzyły się polityczne salony: Bruksela, Nowy Jork, Waszyngton.

W Kijowie, gdzie przeciwników premiera nie brakuje, mówi się, że jego jedyną zaletą jest dobry angielski. Wadą – że od lat należy do klasy politycznej, która uczestniczyła w tworzeniu systemu oligarchicznego, pchała kraj na krawędź przepaści. Jaceniuk dał się poznać jako polityk bez twardych poglądów, korzystający ze wszystkiego, czym kusiło życie polityczne. Był ministrem, bankierem, premierem, szefem parlamentu, miał nawet własną partię Front Zmian. Fakt, że Julia Tymoszenko wyznaczyła go na szefa Batkiwszczyny, gdy sama trafiła do więzienia, potwierdza tylko tę tezę – nigdy nie posadziłaby w swoim fotelu polityka, który mógłby stanowić dla niej zagrożenie.

Słabość premiera i jego rządu, zlepku polityków i aktywistów z Majdanu, bierze się właśnie stąd. Ludzie są przekonani, że cała władza jest zła, wszyscy, którzy byli w parlamencie, rządzie, na państwowych posadach, powinni odejść. Naród czeka na nowych liderów, a na razie nastąpiła jedynie wymiana elit, które chcą zabetonować swoją władzę. To droga do kolejnego protestu – przekonuje Kateryna Kruk, politolog i działaczka Majdanu.

Podpisanie w Brukseli politycznej części umowy stowarzyszeniowej z Unią niewiele poprawiło notowania rządu. Ten jednak z założenia nie liczy na popularność. 

Rozliczenia. Dla Ukraińców, wciąż niesionych obietnicami Majdanu, system zmienia się zbyt wolno, oni chcą sprawiedliwości już teraz. Ale np. w resorcie sprawiedliwości usunięto ze stanowisk zaledwie kilku sędziów, skompromitowanych w walce z protestującymi. Szef Komitetu Lustracyjnego Jegor Sobolew ma związane ręce, bo parlament nie przegłosował ustawy lustracyjnej, wciąż nie wiadomo, czy obejmie wszystkich członków Partii Regionów. Podobnie z ustawami antykorupcyjnymi.

W walce z korupcją działania stolicy wyprzedziła już Odessa, gdzie miejscowi spedytorzy powołali stowarzyszenie Stop Łapówkom. Jak mówi Aleksandr Zacharow, członek ukraińskiego Związku Przewoźników Samochodowych, władza nie wygra walki, jeśli społeczeństwo nie zaprzestanie powszechnego dawania.

Pod gmachem MSW znów zgromadzono opony, ludzie są zniecierpliwieni. Kolejny punkt – milicja: ta długo bojkotowała polecenia nowej władzy. Teraz sytuacja wydaje się opanowana, jak mówi szef resortu Arsen Awakow; zwolniono już 90 proc. kierownictwa oraz część funkcjonariuszy.

Przełomem jest aresztowanie 12 berkutowców, którzy strzelali na Majdanie. Jak podejrzewa szef Służby Bezpieczeństwa Walentin Naływajczenko, w przygotowaniach krwawej rozprawy brali udział funkcjonariusze rosyjskich służb FSB. Planowanie miał nadzorować sam Wiktor Janukowycz, a rozkaz wydał były szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Ołeksandr Jakymenko. Część funkcjonariuszy zbiegła na Krym, Janukowycz do Rosji. Wysłano za nimi listy gończe.

Inny problem to broń w prywatnych rękach. Po zastrzeleniu przez milicję Ołeksandra Muzyczko, lidera Prawego Sektora w Równem, Majdan zażądał dymisji Awakowa. Tym razem politycy nie ulegli naciskom ulicy. Muzyczko trząsł Równem, a napadając na prokuratorów i urzędy, działał jak rosyjski prowokator.

Kiedy z kolei w strzelaninie w centrum Kijowa aktywista Prawego Sektora ranił trzy osoby, władze zdecydowały o rozbrojeniu wszystkich paramilitarnych oddziałów w kraju. Rozbrojenie to jak odebranie głosu Prawemu Sektorowi. Opinii publicznej nie spodobało się, że rząd w ten sposób pozbywa się ludzi, którzy nie boją się zadawać mu niewygodnych pytań. „Czyszczenie drugiego Majdanu idzie zgodnie z planem” – napisała nawet „Ukraińska Prawda”.

Majdan wciąż czuje swoją siłę, choć większość aktywistów wyjechała już z Kijowa. A rząd walczy o wzrost społecznego poparcia, które wg ostatnich badań wzrosło do 48 proc. Nowa formacja – Gwardia Narodowa – ma dać zajęcie młodym aktywistom Samoobrony Majdanu. To dziś już w sumie 4 tys. funkcjonariuszy: pełni gniewu, zdeterminowani i uzbrojeni ochotnicy. Już ponad pół tysiąca młodych skoszarowano, intensywnie ćwiczą musztrę. Jednak MSW ma nadal wśród nich złe notowania.

Parlament bojkotuje. Przyczyną powolnych zmian jest nie tylko opieszałość polityków. To także brak poparcia administracji i parlamentu dla pomysłów rządu. Część deputowanych Partii Regionów jest im przeciwna, inni na obrady w ogóle nie przychodzą. Komuniści, dotychczas koalicjanci Partii Regionów, bojkotują obrady w proteście przeciwko zajęciu ich biura w stolicy. Przewodniczący Rady Ołeksandr Turczynow nie ma więc łatwego zadania. Bez przedterminowych wyborów parlament nie ruszy z miejsca.

Rządowi udało się jednak nie pokłócić i to może jest największy sukces tej ekipy. Spora w tym zasługa Brukseli: posłowie wizytujący Kijów uświadomili nowemu gabinetowi, że awantury o wpływy wykluczają unijne wsparcie, kolejnej szansy nie będzie. – Boją się też, że gdyby zaczęli się gryźć, ludzie ich pozabijają. To nie jest przenośnia – zapewnia politolog Kateryna Kruk.

Konsoliduje też obawa o bezpieczeństwo kraju. – Rosja prowokuje, destabilizuje sytuację na wschodzie i południu. Ale poparcie dla Moskwy jest tam mniejsze, niż się spodziewano – przekonuje minister spraw zagranicznych Andrij Deszczycia. Przyznaje jednak, że sytuacja jest poważna i nie zanosi się na zmianę. Rosyjskie żądania federalizacji kraju to prosta droga do rozbicia Ukrainy. Rząd w Kijowie to wie i odrzuca kremlowski scenariusz. Moskwa ma tego świadomość, stąd niedawna próba załatwienia sprawy Ukrainy ponad Ukraińcami w bezpośrednich rozmowach z Amerykanami.

Armia uziemiona. Aneksja Krymu była dla Kijowa jak zimny prysznic. Rząd przejął siły zbrojne w całkowitym rozkładzie. Z trzeciego kiedyś pod względem siły mocarstwa nuklearnego na świecie – Ukraina za czasów ZSRR miała 5 tys. pocisków z głowicami nuklearnymi i 750 tys. żołnierzy pod bronią – pozostała zaledwie 140-tys. armia, w której jedynie 6 tys. żołnierzy jest przygotowanych do walki. Takie informacje podało niedawno ministerstwo obrony. Decyzja o odpuszczeniu Krymu była więc z jednej strony wynikiem nacisków Sojuszu Północnoatlantyckiego, który obawiał się eskalacji konfliktu, ale nie mniejsze znaczenie miała obawa o skutki fatalnego przygotowania ukraińskiej armii.

Przez dwa dziesięciolecia rządzący Ukrainą trwali w wierze w memorandum budapeszteńskie z 1994 r., w którym mocarstwa zobowiązały się do obrony granic Ukrainy w zamian za oddanie przez Kijów całego arsenału atomowego. W trawionym kryzysem gospodarczym kraju potrzeby wojska zeszły na dalszy plan. Dziś Kijów oskarża Zachód i Rosję o stworzenie fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Tymczasem to ukraińscy politycy redukowali wydatki na armię. Brak pieniędzy pogłębił się jeszcze za rządów Janukowycza, wspierającego siły wewnętrzne kosztem wojska.

W efekcie Ukraina jest na dalekim 127 miejscu pod względem wydatkowanych pieniędzy na jednego żołnierza. Od rozpadu ZSRR nie wymieniano uzbrojenia, a w ciągu ostatnich czterech lat pieniądze na nowe zakupy zostały rozkradzione na szczeblu ministerstwa. Skutki? Gdy Rosjanie po kawałku przejmowali krymskie bazy, w zmotoryzowanych jednostkach zabrakło nawet akumulatorów do pojazdów bojowych. O pomoc poproszono Stany Zjednoczone. Ostatecznie kilka milionów dolarów wyłożył z własnego portfela oligarcha Ihor Kołomojski. Brakowało też opon do samolotów – w pełni sprawne były zaledwie cztery maszyny z 25 stacjonujących na półwyspie. Premier Jaceniuk określił tę sytuację dosadnie: „Nie mamy już nic więcej, co by latało czy jeździło”. Jego słowa cytowała prasa.

Państwo uruchomiło nawet specjalną linię (każdy telefon to 5 hrywien, czyli nieco ponad złotówkę) na potrzeby armii. Sami Ukraińcy zbierają pieniądze na wojsko, trwają zbiórki wyposażenia, żywności, a nawet odzieży. W trybie pilnym rząd przeznaczył na potrzeby armii 610 mln dol., tnąc jednocześnie wydatki, ograniczając sferę socjalną, nawet pomoc dla niepełnosprawnych. Ogłoszono mobilizację. Pomoc w reformie wojska zadeklarowało NATO. W obliczu zagrożenia rosyjskiego rząd już wie, że musi odbudować siły zbrojne.

Aneksja Krymu i postawa żołnierzy, z których część przeszła na służbę Rosjan, fatalnie wpłynęły na morale armii i nastroje społeczne. Rząd oskarżano o doprowadzenie do utraty integralności terytorialnej. Parlament przyjął ostatecznie dymisję ministra obrony admirała Ihora Teniucha, powołał na jego miejsce Mychaiło Kowala, generała straży granicznej, chcąc zapewne w ten sposób zaakcentować, że obrona granic to dziś być albo nie być.

Ukraina za wszelką cenę chce uniknąć wojny, jednak premier tym razem nie pozostawia wątpliwości. – „Jeśli rosyjskie wojska przekroczą granice Ukrainy, będziemy walczyć” – zapowiedział. Donieck, Charków to jednak nie Krym, żyją jeszcze tradycje Nestora Machno.

Siła oligarchów. Rząd gasi pożar na wschodzie. Skutecznym posunięciem było powołanie oligarchów na szefów administracji w Doniecku, Charkowie i Dniepropietrowsku.

Serhij Taruta, szef giganta metalurgicznego Przemysłowy Związek Donbasu (a także właściciel Stoczni Gdańskiej), nigdy nie był związany z polityką, choć po 2004 r. sprzyjał koalicji pomarańczowych. W Donbasie konkuruje z Rinatem Achmetowem, choć daleko mu do majątku i wpływów najbogatszego Ukraińca, związanego z Partią Regionów. Jednak w Doniecku prorosyjskie demonstracje już znacznie osłabły. Brat gubernatora Taruty, właściciel dużej firmy, rozpoczął akcję kopania rowów przeciwczołgowych na granicy z Rosją. Kontrole graniczne przyhamowały napływ rosyjskich turystów – organizatorów i uczestników protestów. Przy okazji dotarło do publicznej świadomości, że jeśli Ukraina chce być normalnym państwem, musi zadbać o swe granice. W wielu miejscach mają one charakter bardzo umowny.

Taruta ujawnił, że Donbas jest dotowany z budżetu, a nie – jak wmawiała propaganda – że utrzymuje stolicę i zachodnią Ukrainę. Doniecka rada obwodowa domaga się wprawdzie zmian w konstytucji, referendum i gwarancji dla języka rosyjskiego jako drugiego państwowego, ale zgody Kijowa na takie dictum nie ma. Czuć tu palce Moskwy, czyli pomysł federalizacji Ukrainy.

Ihor Kołomojski, nowy gubernator Dniepropietrowska, szybko skonsolidował lokalne elity, powołał też lokalne komitety obrony, rozpoczął przygotowania do wojny. Nieco uspokoił również obawy przed „faszystami z Majdanu”, jak nazywano tu nową władzę. Kołomojski, od lat mieszkający w Genewie, trzeci na liście najbogatszych Ukraińców, bankier, przemysłowiec, magnat mediowy i udziałowiec klubu piłkarskiego Dnipro, jest także działaczem społeczności żydowskiej na Ukrainie.

W Charkowie Ołeksandr Jarosławski (branża chemiczna, finanse, budownictwo) nie zapomni, że został przez Janukowyczową „familię” zmuszony do sprzedaży swego klubu Metalist Charków (on także zbudował w mieście stadion na Euro). Mówi się, że jego wpływy polityczne w Charkowie są mniejsze, ale i tu udało się spacyfikować antymajdanowe wiece. Separatyści – przynajmniej dotychczas – nie odnieśli większych sukcesów. Wschód żyje wciąż w poczuciu zagrożenia. Jednak ostatnie tygodnie pokazały, że bliżej mu do Kijowa niż do Moskwy. A co z oligarchami? Widocznie Ukraina nie może się bez nich obyć.

Reformy bolą. Bez drastycznych reform nie będzie międzynarodowej pomocy dla Kijowa. Program antykryzysowy, przyjęty przez parlament, jest rozpaczliwą próbą ratowania państwa. Europa i międzynarodowe instytucje finansowe zebrały 27 mld dol. na pomoc ukraińskiej gospodarce. Międzynarodowy Fundusz Walutowy gotów wyłożyć 18 mld dol. kredytów, Bank Światowy proponuje 3 mld dol., a Unia, oprócz pieniędzy – zwolnienia celne dla ukraińskich towarów, a przede wszystkim wsparcie w energetyce, uwalniające od rosyjskiego stryczka.

Na razie jest tylko gorzej: ceny poszły w górę, bo hrywna straciła 40 proc. wartości, podrożało paliwo, a więc transport, a dalej mleko i chleb. Ukraińcy ograniczają zakupy, zabierają oszczędności z banków, uciekają zachodni i rosyjscy inwestorzy, widmo wojny nie sprzyja gospodarce. Od maja wzrośnie o 73 proc. cena gazu dla prywatnych odbiorców. Od lipca – opłaty za ogrzewanie. To na początek, bo Rosja wypowiedziała wojnę ekonomiczną, anulowała porozumienia charkowskie, czyli tańszy gaz w zamian za przedłużenie dzierżawy krymskich baz dla Floty Czarnomorskiej.

Wzrosła akcyza na piwo, papierosy i wódkę. Ograniczono rozpasane wydatki socjalne, przywileje i dopłaty, choćby do górnictwa, które i tak były rozkradane na szczytach władzy. Będą zamrożone płace minimalne. Pracę ma stracić 80 tys. milicjantów i 24 tys. urzędników budżetówki. Rząd chce podnieść podatki od depozytów bankowych. – Taka jest dziś cena za niepodległość i uniezależnienie się od Rosji – komentuje Jewgen Wyrobiow, politolog z PISM. Ukraińcy deklarują, że chcą zmian, ale czy je zniosą? Na razie trudy spadną na barki zwykłych ludzi, klasy średniej. Fortuny nie ucierpią, co irytuje.

Poroszenko. Sprawdzianem wytrzymałości będą wybory prezydenckie. – Pozwolą legitymizować władzę, unormują sytuację Ukrainy. Jesteśmy zdeterminowani, żeby je przeprowadzić – tłumaczy minister Deszczycia. Po wyborach 25 maja nie będzie można używać argumentu o rządach samozwańców.

O prezydenturę zamierzają walczyć dwa tuziny kandydatów. Liderem rankingów jest Petro Poroszenko, poparcie dla niego wzrosło po rezygnacji Witalija Kliczki, przekracza 39 proc. Tak wysokie notowania mogą dziwić: w istocie Poroszenko reprezentuje to, z czym walczył Majdan. Oligarcha i przemysłowiec, nie stronił od polityki, był ministrem w kilku rządach, także w niedawnej ekipie Mykoły Azarowa. Jeden z liderów pomarańczowej rewolucji, potem w ostrym sporze z Julią Tymoszenko. W minionym roku zarobił 52 mln hrywien, jako jeden z pierwszych padł ofiarą rosyjskich sankcji, bo czekolady z jego fabryk utknęły na granicy. Poroszenko deklaruje, że gdy zwycięży, sprzeda swą firmę Roshen. Dzisiejszą popularność zawdzięcza temu, że na drugim Majdanie objawił się jako umiarkowany człowiek środka. Nie podawał ręki Janukowyczowi, nie podpisał porozumienia lutowego.

Jest też nieśmiertelna Julia Tymoszenko. Wielu analityków sądziło, że wycofa się z polityki, ponieważ zrozumiała, że dzisiejsza Ukraina to inny kraj niż ten sprzed rewolucji. W zwycięstwo Julii nie wierzą nawet w jej partii Batkiwszczyna. Najświeższe sondaże lokują Tymoszenko na trzeciej pozycji, z poparciem 11 proc.

Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że to ona ma szanse przejść do drugiej tury. Dziś w notowaniach wyprzedził ją Sierhij Tihipko, kiedyś komsomolec, dziś deputowany Partii Regionów, który nie otrzymał partyjnej nominacji. Były finansista, od zawsze powiązany z oligarchami, wicepremier w kilku rządach (najpierw Pawła Łazarenki, skazanego za defraudacje, lidera klanu dniepropietrowskiego) i prezes Narodowego Banku Ukrainy. Stara się przyciągnąć elektorat lewicowy. Jego wysokie notowania też są zagadką dla analityków.

Inni wystartowali, bo myślą już o wyborach parlamentarnych. Kandydat Swobo­dy Ołeh Tiahnybok stracił część radykalnego elektoratu na rzecz Prawego Sektora. Musi walczyć o nowy, jednak dla nacjonalistów pozostało niewiele niezagospodarowanej przestrzeni. Lider Prawego Sektora Dmytro Jarosz to największy rywal Tiahnyboka. Tiahnybok, żeby zachować pozycję lidera na prawej flance, musi wysoko wygrać z Jaroszem. Obaj lokują się w sondażach daleko.

Politolog Taras Berezowec uważa, że walka będzie trwać do końca, a wynik trudno dziś przewidzieć. Nowy układ polityczny rodzi się na naszych oczach. Do urn chce pójść 80 proc. ankietowanych.

Jedno jest natomiast pewne: Kreml zrobi wszystko, żeby destabilizować sytuację przed wyborami, a może nawet do nich nie dopuścić.

Polityka 15.2014 (2953) z dnia 08.04.2014; Świat; s. 45
Oryginalny tytuł tekstu: "Stan tymczasowy"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną