Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Jaśminowa mozaika

Tunezja chce pójść polską drogą

Jak bardzo Tunezja jest liberalna po trzech latach rządów islamskiej Partii Odrodzenia? Jak bardzo Tunezja jest liberalna po trzech latach rządów islamskiej Partii Odrodzenia? Jakub Ciećkiewicz
Tunezja uchodzi za jedyny kraj, w którym rewolucyjny zryw arabskiej wiosny przyniósł jakieś zmiany. Niektórzy Tunezyjczycy mówią, że założyli polskie buty. Dokąd w nich dojdą?
Islamiści oszukali naród - mówi Hamza Ragued, nauczyciel jednego z liceów.Jakub Ciećkiewicz Islamiści oszukali naród - mówi Hamza Ragued, nauczyciel jednego z liceów.
Abdelwaheb Khedimi, orientalista z dyplomem UJ, przemierza kraj przed sezonem. W głębi Samira Arous Oueslati, kustosz z Muzeum Archeologicznego w Sfaxie.Jakub Ciećkiewicz Abdelwaheb Khedimi, orientalista z dyplomem UJ, przemierza kraj przed sezonem. W głębi Samira Arous Oueslati, kustosz z Muzeum Archeologicznego w Sfaxie.
Tu nigdy nie będzie fundamentalizmu – przekonuje Jawaher Zekri, wykładowczyni anglistyki na uniwersytecie w Sfaxie.Jakub Ciećkiewicz Tu nigdy nie będzie fundamentalizmu – przekonuje Jawaher Zekri, wykładowczyni anglistyki na uniwersytecie w Sfaxie.
Rewolucja się jeszcze nie skończyła – mówią młodzi zrzeszeni w organizacjach pozarządowych, których w niewielkiej Tunezji jest ponad 20 tys.Jakub Ciećkiewicz Rewolucja się jeszcze nie skończyła – mówią młodzi zrzeszeni w organizacjach pozarządowych, których w niewielkiej Tunezji jest ponad 20 tys.
Im wyższe wykształcenie, tym mniejsza szansa na pracę – wynika z badań, jakie prof. Mohamed Ali Ben Zin przeprowadził w miastach zapalnych rewolucji, Sidi Bu Zajd i Kasserine.Jakub Ciećkiewicz Im wyższe wykształcenie, tym mniejsza szansa na pracę – wynika z badań, jakie prof. Mohamed Ali Ben Zin przeprowadził w miastach zapalnych rewolucji, Sidi Bu Zajd i Kasserine.
Tunezja stara się być przyjaznym krajem, turystyka to jej trzecie źródło dochodów.Jakub Ciećkiewicz Tunezja stara się być przyjaznym krajem, turystyka to jej trzecie źródło dochodów.

Wąską szosę blokuje półciężarówka. Fauzi gwałtownie hamuje i krzyczy na szofera. Zza odkręconej szyby wraca potok arabskich przekleństw. Fauzi wyskakuje i wali pięścią w dach zdezelowanego samochodu. Po chwili na drogę wybiega z niego rozwścieczony mężczyzna z kostką brukową w ręce, bierze zamach i granitowy sześcian przelatuje tuż obok szyby.

Ten cham obraził matkę naszego kierowcy – wyjaśnia Abdelwaheb. – Fauzi nie miał wyboru, musiał zareagować. Czy Tunezyjczycy zawsze są tacy krewcy? – Tak, ale szybko się uspokajamy. Gdyby było inaczej, podczas rewolucji polałoby się więcej krwi…

Abdelwaheb Khedimi, orientalista z dyplomem UJ, działacz sieci organizacji pozarządowych TACID, przemierza narodowy szlak kulturowy przed sezonem. Od kilkunastu dni brodzi po starożytnych ruinach, fotografuje odkopane miasta, wysłuchuje dyrektorów muzeów, ale mówi, jak wszyscy w Tunezji, głównie o rewolucji.

Myśmy się jeszcze nie otrząsnęli z szoku wolności – wyjaśnia prof. Noureddine Kridis, autor książki „Penser la revolution”. – Patrzyliśmy na waszą Solidarność jak na baśń, a potem sami przeprowadziliśmy inteligentny przewrót. To był cud! Teraz próbujemy się zastanowić nad jego sensem, bo wszystko trzeba u nas zbudować od nowa…

Jaki kolor zdominuje tunezyjską mozaikę? Biały jak meczet? Zielony jak mundur? Czy jaśminowy – jak sen o wolności? (Jaśmin jest narodowym kwiatem Tunezji).

Dziewczyny w hidżabach

Główna arteria Tunisu, na której ludzie manifestują niezadowolenie – Avenue Habib Burgiba – nadal jest otoczona zasiekami. Budynku ministerstwa spraw wewnętrznych strzegą czołg i opancerzony transporter. Po centrum chodzą wojskowe patrole. Wszystkie te rekwizyty przypominają jednak scenografię spektaklu, który już się odbył.

Wokoło toczy się normalne życie. Na ulicznym straganie Palestyńczycy sprzedają kolorowe szaliki i rozdają ulotki. Mężczyźni w kawiarniach piją piwo. Dziewczyny chodzą na zakupy w hidżabach, nakryciach głowy, które znowu wróciły do łask, bo – jak mówi Hiszam, student i kelner – kobiety manifestują teraz religijność.

Co to za religijność? Jak bardzo Tunezja jest liberalna po trzech latach rządów islamskiej Partii Odrodzenia? – Najlepiej zobacz sam, idź do nocnego klubu.

Najbliższy kabaret to Monsignore. W gablotce przy wejściu wisi zdjęcie Demi Moore z podpisem „Streaptease”, otoczone fotografiami tańczących dziewcząt. Wewnątrz mieści się ciemna salka z kilkoma stolikami i barem, przy którym siedzą prostytutki. Butelka wódki figowej boukha kosztuje w przeliczeniu 380 zł.

W kącie samotnie pije Mahmoud, handlowiec z branży rolnej. – Wiesz, kiedy zrozumiałem, że reżim upada? – opowiada po kolejnym kieliszku. – Przed czterema laty bawiłem się w Hammamecie w towarzystwie kobiety nierządnej. Piłem, a ona tańczyła. Po chwili przyszła ze skargą, że ktoś ją obraża. Podszedłem do faceta, mówię: Słuchaj, ta kobieta jest ze mną, więc oczekuję szacunku. Odpowiedział: Jestem z rodziny Trabelsi. Należał do klanu prezydenckiego, sądził, że jest nietykalny. Byłem już podchmielony, więc dałem mu w pysk. W lokalu zapadła cisza. Wszyscy myśleli, że stanie się coś strasznego. A potem zobaczyłem uśmiechy na twarzach kelnerów, bo kuzyn żony prezydenta został obity jak pies. I zrozumiałem, że dyktatura upada.

Pokolenie Web 2.0

Kelnerzy z Cafe M’Rabet rozdają kupcom małe czarki esencjonalnej miętowej herbaty. Abdullah, filozof, który łapie każdą fuchę, jaka się nadarzy, a nadarzyła się praca sprzedawcy w sklepie metalowym, opowiada, jak to wszystko się zaczęło.

Pod rządami Ben Alego nikt nie cierpiał nędzy! – mówi, wymachując dłonią. – Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju uznała Tunezję za najbardziej konkurencyjne państwo w Afryce. Wzrost gospodarczy wynosił 5 proc., inflacja 5 proc., rząd dopłacał do żywności, zapewniał bezpłatną edukację i leczenie. W więzieniach siedzieli tylko islamiści.

W zamian za spokój rządząca mafia przez lata zbijała fortuny na korupcji. W 2008 r. przyszedł jednak kryzys. Dochody z turystyki spadły, chińszczyzna rozłożyła przemysł, żywność podrożała. Dyktator nie miał już czym zapłacić za rządzenie…

W medynie zapalają się mleczne żarówki. Sprzedawcy nadal dyskutują. Żaden z nich nie wspomina Mohameda Bouazizi, którego samobójstwo zapoczątkowało arabską wiosnę. – Aaa… ten – machają dłońmi. – Dziennikarze wykreowali go na męczennika. Tymczasem Bouazizi wcale nie był święty, bo nie płacił podatków. Gdy policjantka zapytała, czy ma wytarowaną wagę, chwycił ją za biust i krzyknął: Tym mam ważyć? Dostał w pysk, a potem wiadomo…

Jakkolwiek było, 27-letni Bouazizi stał się symbolem dramatu młodego pokolenia, które po ukończeniu szkół nie ma żadnych perspektyw. Prof. Mohamed Ali Ben Zina przeprowadził badania w miastach zapalnych rewolucji: Sidi Bu Zajd i Kasserine. Im wyższe wykształcenie, tym mniejsza szansa na zatrudnienie. – Młodzież czuje się oszukana – mówi. – Nie wierzy politykom, nie głosuje. Stworzyła własny świat w internecie, groźny dla starego porządku.

Jak się rodziła solidarność

Noce są jeszcze pełne chłodu. Żołnierze krążący wokół transportera opancerzonego przy ambasadzie francuskiej rozgrzewają dłonie. W interkafejkach wysiadują studenci. Komentują ułaskawienie Dżabera Medżriego, który został skazany za umieszczenie karykatury Mahometa na Facebooku. Kiedyś cały świat się nim ekscytował, dziś już tylko koledzy. O raperze Klay BBJ, który znieważał tunezyjską policję, nikt już nie pamięta.

Silny wiatr na głównej alei stolicy szarpie kawiarnianymi markizami. – Codziennie chodziłem tędy na manifestacje – wspomina Abdelwaheb. 13 stycznia 2011 r., po kilku dniach ulicznych przepychanek, nadeszła noc, której nikt z nich nie rozumie. Podobno dyktator wezwał wtedy dowódcę sił zbrojnych, generała Ammara, i usłyszał słynne zadanie: Jesteś skończony. Jaka jest prawda? Nie wiadomo.

Faktem jest jednak, że 14 stycznia 2011 r. narodziła się tunezyjska solidarność. Z ulic zniknęła policja. Otwarto więzienia. – Wracałem do domu nocą. Na osiedlu powitał mnie pilnujący okolicy komitet sąsiadów. Sędzia stróżował razem z bezrobotnym, nauczyciel z kierowcą, kobiety przynosiły nam zupę – czułem się jak w Polsce podczas strajków. Tej nocy Abdelwaheb zrozumiał, że Tunezyjczycy potrafią się organizować, a więc mogą także odbudować państwo.

Genetyczna układanka

Z tarasu hotelu Villa Didon rozciąga się wspaniały widok na Kartaginę. Jest pierwsza niedziela miesiąca, zwiedzający wchodzą bez biletów. Turystyka to trzecie źródło dochodu Tunezji, które w ciągu ostatnich sześciu lat stopniało o 30 proc. W 2008 r. na miejscowe plaże przybyło 4,1 mln Europejczyków, w ubiegłym – 2,8 mln. Siada turystyka, siada gospodarka, rośnie bezrobocie.

Pełnomocnik Afrykańskiego Banku Rozwoju Klaus Letschert mówi, że podstawowym problemem, z którym muszą się zmierzyć Tunezyjczycy, jest ich tożsamość. – Oni są inni niż Libijczycy, Egipcjanie, Algierczycy… Ale kim są naprawdę Arabo-Francuzami? Póki nie zdefiniują swojej odrębności, łatwo im będzie wmówić np. islamizm.

To było supermocarstwo, Manhattan VII w. p.n.e. – słychać głosy przewodników. – A wiecie, czym była obrona Kartaginy? Obroną Stalingradu!

Kim jesteśmy? Wnukami Hannibala – wyjaśnia z dumą Abdelwaheb. W swej pracy naukowej udowodnił, że język tunezyjski wciąż się oddala od arabskiego wzorca. A różnica w języku to różnica w myśleniu!

Jesteśmy inni – mówi lekarz dr Smaoui Mohammed Ben Mahmoud. – Badania DNA Tunezyjczyków udowodniły, że tylko 20 proc. naszych genów pochodzi z Bliskiego Wschodu. Reszta to spadek po Berberach, Fenicjanach, Rzymianach, Wandalach, Arabach, Turkach, hiszpańskich Maurach, Żydach i mieszkańcach Afryki. Tunezyjczyk nosi w sobie genetyczną mozaikę.

Miłość i religia

Archipelag Kerkennah. Siedem bajecznych wysp otoczonych dziewiczymi plażami. Jest tu wszystko, co potrzebne do szczęścia, tylko nie ma turystów. Na prom wjeżdżają poobijane dostawczaki, wypełnione po brzegi warzywami. Pasażerowie to miejscowi. We wnętrzu, przy stoliku, młoda zakwefiona kobieta ogląda świat przez otworki w chuście. Dziecko, które trzyma na kolanach, nosi podobną zasłonę, mąż przystroił się w turban.

Tunezyjski kodeks cywilny z 1956 r. zrównał kobiety w prawach z mężczyznami. Dał im paszporty, konta bankowe, prawo do tworzenia firm.

Jawaher Zekri, wykładowczyni anglistyki na uniwersytecie w Sfaxie, która podróżuje na wyspy, wertuje kieszonkowe wydanie Koranu. – Tunezja nie jest ortodoksyjna – przekonuje z uśmiechem. – Tu nigdy nie będzie fundamentalizmu. Jeśli głębiej wnikniesz w naszą religię, odkryjesz oazę tolerancji i duchowość, która pozwoli ci znaleźć miłość.

Po chwili, w trakcie robienia zdjęć, dzieci się wygłupiają, ich matka podejmuje grę i zaczyna pozować. – Natychmiast schowaj ten aparat – powietrze przecina krzyk Abdelwaheba. Grupa zdenerwowanych mężczyzn wstała właśnie z ławek. – Co ci strzeliło do głowy, żeby fotografować samotną muzułmankę?

Islamiści umiarkowani?

Uniwersytet w Tunisie. Dziekan wydziału humanistycznego Noureddine Kridis zauważa z uśmiechem, że przed rewolucją żaden student nie odważył się go odwiedzić, a teraz co chwila zaglądają do gabinetu.

Rewolucja się już skończyła – mówi z goryczą. – Dokładnie wtedy, kiedy terroryści zamordowali krytyka partii islamistycznej Szokriego Belaida. Kolejny opozycjonista Mohamed Brahmi został zastrzelony na oczach żony i córki przed domem w Tunisie. Moralną odpowiedzialność za te zbrodnie ponosi Ennahda.

Ennahda, wcześniej Ruch Tendencji Islamskiej, była od lat zwalczana przez władze Tunezji. Jej członkowie emigrowali albo siedzieli w więzieniach. Aktywiści zdobywali zwolenników głównie na prowincji, gdzie prowadzili działalność dobroczynną, pomagali potrzebującym, wspierali budowę szkół, wypełniali luki w systemie opieki.

Tragedią jaśminowej rewolucji był brak liderów – opowiada prof. Kridis. – Manifestanci krzyczeli: godność, wolność, praca, ale nie mieli pomysłu na zmiany. Dlatego pierwsze demokratyczne wybory wygrali islamiści, którzy w ogóle nie brali udziału w zrywie narodowym. Byli zdyscyplinowani i ładnie mówili o Bogu. Zabójstwa polityków, incydenty terrorystyczne, powstanie ugrupowań Ettahrir i Ansar al-Sharia, które otwarcie nawołują do wprowadzenia szariatu… to wszystko skutki pobłażania ekstremistom, uważa profesor.

Matka i macocha

Rewolucja się jeszcze nie skończyła – mówią młodzi zrzeszeni w organizacjach pozarządowych, których w niewielkiej przecież Tunezji jest już ok. 20 tys. Aktywiści spotykają się w małych salkach wyposażonych we flipcharty, flamastry, notebooki, monitory. Szkolą liderów transformacji, samorządowców, dziennikarzy obywatelskich, szukają sposobów rozliczenia z przeszłością.

Association des habitants d’El Mourouj 2 powstała jako inicjatywa sąsiedzka jeszcze w latach 80., by bronić osiedla przed rosnącym w pobliżu wysypiskiem śmieci. Zbudowała świetlicę dla dzieci i wyposażyła ją w komputery. Uczyła młodzież demokracji, ekologii, tolerancji, tworzyła wspólnotę. Jej wychowankowie brali udział w rewolucji.

Asma Cherifi założyła, zrzeszającą ponad 200 podmiotów, sieć organizacji pozarządowych TACID, której celem jest budowa społeczeństwa obywatelskiego. Asma od początku współpracuje z Polską, gdzie była już sześciokrotnie. – Nasza sytuacja jest bardzo podobna do waszej z 1989 r. – przekonuje z uśmiechem.

Tunis po rewolucji odwiedzili: Lech Wałęsa, eksperci samorządowi, politycy, przedstawiciele MSZ i stowarzyszeń obywatelskich. Wiele warsztatów i konferencji w Tunezji finansuje Fundacja Solidarności Międzynarodowej Skarbu Państwa. – Przy ocenie projektów zawsze się wzruszam – podsumowuje Abdelwaheb – że moja przybrana matka – Polska tak skutecznie pomaga matce rodzonej.

Fauzi za kierownicą jest smutny, bo jego syn, student pierwszego roku prawa, bierze udział w strajku. – Wspaniale. Wreszcie jest normalnie! – wybucha entuzjazmem Abdelwaheb. – Właśnie o to walczyliśmy! Tunezja naprawdę przypomina Polskę.

Autor jest dziennikarzem, fotografikiem, wykładowcą uniwersyteckim, podróżnikiem, członkiem Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego. Przy pisaniu tego reportażu korzystał m.in. z eksperckiej pomocy dr Ewy Szczepankiewicz-Rudzkiej z Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ.

***

Tunezja po rewolucji

17 XII 2010 r. – uliczny sprzedawca warzyw Mohamed Bouazizi podpala się w proteście przeciw nędzy i korupcji – wybuchają zamieszki.

14 I 2011 r. – prezydent Ben Ali ucieka z kraju.

23 X 2011 r. – wybory do Konstytuanty wygrywa islamistyczna Ennahda (Partia Odrodzenia). Tworzy koalicję z lewicowymi ugrupowaniami: Kongresem na rzecz Republiki (CPR) i Demokratycznym Forum na rzecz Pracy i Wolności (Ettakatol).

12 XII 2011 r. – prezydentem kraju zostaje obrońca praw człowieka Moncef Marzouki.

14 IX 2012 r. – w reakcji na amerykański film, który rzekomo obrażał islam, kilkutysięczny tłum atakuje ambasadę USA.

6 II i 25 VII 2013 r. – nieznani sprawcy zabijają Szokri Belaida (lidera Ruchu Demokratycznych Patriotów) i Mohameda Brahmi (lidera Ruchu Ludowego).

6 VIII 2013 r. – ok. 40 tys. osób protestuje przed parlamentem, żądając ustąpienia rządu Partii Odrodzenia.

XII 2013 r. – islamiści dymisjonują swój gabinet i powołują ekspercki rząd Mehdi Dżomaa (byłego ministra przemysłu).

27 I 2014 r. – Zgromadzenie Konstytucyjne przyjmuje w pełni demokratyczną ustawę zasadniczą. Do końca roku mają się odbyć nowe wybory.

Polityka 19.2014 (2957) z dnia 06.05.2014; Na własne oczy; s. 116
Oryginalny tytuł tekstu: "Jaśminowa mozaika"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Pierwsza matura po deformie. Żeby zdać, trzeba szczęścia albo wielkich pieniędzy

Żeby przejść przez maturę, trzeba mieć dużo zdrowia albo spore pieniądze. A najlepiej jedno i drugie – mówią rodzice i nastolatki z pierwszego rocznika wykształconego w szkołach zreformowanych przez Annę Zalewską. Za sto dni podchodzą do trudniejszych niż dotąd egzaminów.

Joanna Cieśla
31.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną