Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Altruizm egoistów

Turystyka pomocowa – bardziej szkodzi, niż pomaga

W sierocińcu przydatne są każde ręce do pracy, ale idea doraźnej pomocy wolontariuszy jest krytykowana. Na fot. biała wolontariuszka wśród ugandyjskich dzieci. W sierocińcu przydatne są każde ręce do pracy, ale idea doraźnej pomocy wolontariuszy jest krytykowana. Na fot. biała wolontariuszka wśród ugandyjskich dzieci. Tadej Znidarcic/Redux / EAST NEWS
Bogaci jadą na koniec świata pomagać biednym, nawet jeśli ci drudzy wcale tego nie chcą, a sama pomoc często przynosi więcej szkód niż korzyści. To będzie rekordowy sezon dla turystyki wolontaryjnej.
Steve Restains z San Francisco przyjechał uczyć języka do zniszczonej tsunami tajskiej wioski.Bazuki Muhammad/Reuters/Forum Steve Restains z San Francisco przyjechał uczyć języka do zniszczonej tsunami tajskiej wioski.

Pippa Biddle, 21-latka z Nowego Jorku, która od 14 roku życia spędzała wakacje jako wolontariuszka w Tanzanii i na Dominikanie, oświadczyła niedawno na swoim blogu: koniec z wakacyjnym wolontariatem. Napisała, że dziś woli pomagać na odległość, bo przekonała się, że jej obecność na miejscu – „białej dziewczynki, która umie niewiele więcej, niż dźwigać umiarkowanie ciężkie worki, bawić się z dziećmi, próbować być nauczycielką” – nie ma sensu.

Tekst Pippy przeczytało już 2 mln osób, a na dyskusję, którą wywołał jej głos, zareagował nawet „New York Times”, zapraszając Pippę do udziału w debacie „Czy turystyka wolontaryjna ma sens?”. Pytanie nie jest błahe. Tylko z USA na zagraniczne wakacje z wolontariatem wyjeżdża co roku ponad milion osób. Coraz więcej ludzi na całym świecie zamienia all inclusive na „wakacje z misją” i jest gotowych za nie zapłacić tysiące dolarów lub euro. Problem polega na tym, że ci, którzy chcą zmieniać świat na lepsze podczas urlopu, przynoszą mu zwykle więcej szkody niż pożytku.

W czynie społecznym

Nauczanie angielskiego w wiejskiej szkole w Kenii albo Kambodży, budowa domów dla bezdomnych na Haiti, opieka nad zagrożonymi wyginięciem gatunkami krokodyli w Meksyku – dziś to nie alternatywny projekt życiowy, ale jeden z możliwych planów na wakacje. Wolonturystyka (po ang. voluntourism), zwana też turystyką wolontaryjną, czyli połączenie wypoczynku – zwykle w egzotycznej scenerii – z „czynem społecznym”, to jedna z najdynamiczniej rozwijających się gałęzi współczesnej turystyki.

Jej początki wiążą się z rozwojem alternatywy dla masowej turystyki w latach 80., kiedy znużenie próżniaczym modelem 3xS (sand, sun, sea – piasek, słońce, plaża) zrobiło miejsce dla nowego szablonu, zwanego 3xE (entertainment, excitement, experience – rozrywka, emocje, doświadczenie).

Ten rodzaj oferty wakacyjnej rozkwitł przede wszystkim w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej, z Wielką Brytanią na czele, w okresie ostatniego kryzysu gospodarczego. Jak mówił „New York Timesowi” w 2009 r. właściciel jednego z kalifornijskich biur podróży zajmujących się organizacją „solidarnych urlopów”, ludzie, którzy mają pieniądze, czują się winni, patrząc na znajomych przechodzących ciężkie chwile. Jeśli widzą, że ich wydawanie ma przy okazji pozytywny efekt, przekonują samych siebie, że podróżowanie to coś dobrego.

Jak pokazały badania przeprowadzone przez Uniwersytet Waszyngtoński (najbardziej szczegółowe, jakie istnieją), uczestnikami wolontariackiej turystyki są zwykle biali (87 proc.), dobrze wykształceni Amerykanie i Amerykanki (absolwenci college’ów), z gospodarstw domowych, gdzie dochód na głowę jest dużo wyższy od przeciętnej. Najczęściej młodzi (15–24 lata), ale nie tylko, bo coraz liczniejszą grupę stanowią też 40- i 50-latki oraz emeryci.

W artykule „New York Timesa” z 2009 r. poświęconym „wolnym od winy urlopom” pojawia się Jill Stanley, emerytowana sekretarka, która wzięła udział w safari połączonym z wizytami w organizacjach ekologicznych oraz w sierocińcu dla dzieci, których rodzice zmarli na AIDS (koszt wyprawy – 10 800 dol.). „To dużo bardziej wzbogacające niż siedzenie na plaży” – mówiła gazecie pani Stanley.

Projekty w Afryce czy Azji, na pierwszy rzut oka podobne do tych, które do niedawna zarezerwowane były dla wykwalifikowanych pracowników organizacji pomocowych, dziś są w zasięgu każdego, kto dysponuje odpowiednią sumą pieniędzy. Na rynku działa wiele specjalizujących się w takich wolontariatach organizacji, będących w gruncie rzeczy biurami podróży. Wystarczy tylko wybrać kraj, temat projektu i podać numer karty kredytowej. To wszystko z przeświadczeniem, że każda forma wolontariatu jest z zasady dobra, że nie liczą się umiejętności, tylko dobra wola i czas, oraz że każdy może pomóc i zostać „agentem zmiany”, jeśli tylko pozwalają mu na to czas i fundusze.

Zbudujemy dom

Pippa Biddle opowiada w swoim tekście o wyprawie do Tanzanii, którą odwiedziła z klasą w wieku 14 lat. Celem wyprawy miało być zbudowanie lokalnej biblioteki, a rodzice nastolatków zapłacili za nią po 3 tys. dol. „Okazało się, że my, uczniowie prywatnej szkoły z internatem, byliśmy takimi fajtłapami, jeśli chodzi o podstawowe prace budowlane, że każdej nocy lokalni pracownicy musieli rozbierać ściany, które nieumiejętnie skonstruowaliśmy, i kłaść cegły na nowo, żebyśmy, kiedy obudzimy się rano, nie zdali sobie sprawy z naszej porażki”.

Amerykanka Dorinda Eliott opisała w magazynie „Condé Nast Traveler” doświadczenia z wolontariatu na Haiti. W 2012 r. wybrała się na wakacje połączone z budowaniem domów dla ludzi, którzy dwa lata wcześniej stracili je w wyniku trzęsienia ziemi. Projekt wydawał się sensowny, prowadziła go lokalna organizacja pozarządowa. Eliott zapłaciła za pobyt 950 dol., z czego 400 poszło na zakup materiałów budowlanych, reszta na noclegi i wyżywienie. Mimo to nie mogła pozbyć się wątpliwości: „Czy nie byłoby lepiej, jeśli wysłalibyśmy pieniądze bezpośrednio Grace (haitańskiej szefowej projektu – red.), żeby mogła wynająć ekipę budowlaną złożoną w całości z Haitańczyków?” – pytała w tekście.

Na Haiti oglądała też efekty wolontariackiej działalności innych obcokrajowców, np. domy zbudowane przez członków jednego z amerykańskich Kościołów. Ludzie pozbawieni dachu nad głową wprowadzili się do pięknych nowych budynków, ale po wyjeździe wolontariuszy wciąż przymierali głodem i żebrali na ulicach, bo sam dach nad głową nie załatwił ich problemów: braku wykształcenia i pracy. Ktoś inny opowiadał o tym, jak obecność Amerykanów na nabożeństwach w lokalnej świątyni doprowadziła do podwojenia wspólnoty wiernych, bo od kiedy zaczęli kupować suweniry w sklepie należącym do jednego z parafian, więcej ludzi zaczęło bywać na mszach, by przy okazji zachwalać swoje usługi.

Według Dorindy Eliott to i tak nic w porównaniu z projektem dotyczącym zagrożonych wyginięciem żółwi na Kostaryce, w którym aktywność uczestników polegała na tym, że miejscowy przewodnik wskazywał im żółwie, by mogli je policzyć.

Wystarczy wpisać w internetową wyszukiwarkę „volunteering abroad” (wolontariat za granicą), żeby otrzymać setki ofert. Znajdzie się tu coś dla każdego. Obserwacja chronionych gatunków zwierząt w parku narodowym w Botswanie? 2 tys. dol. za dwa tygodnie pobytu, nie licząc przelotu (GoEco.org). Tani wolontariat w sierocińcu w Nepalu? 250 dol. za tydzień, plus obowiązkowa opłata wpisowa 249 dol. (volunteerhq.org). Można płacić kartą, doświadczenie: niewymagane. Opcja dla ekologów to z kolei „Walka ze zmianą klimatu na Antarktyce” (aberkrombiekent.com), czyli dwa tygodnie pod biegunem, połączone z oglądaniem kolonii pingwinów, wizytami w stacjach badawczych i „pomocą w dostarczaniu na miejsce sprzętu do mierzenia wpływu globalnego ocieplenia na region”. Cena w okolicach 6 tys. dol.

Sieroty do wynajęcia

Pal sześć, gdyby projekty były tylko nikomu niepotrzebne do szczęścia albo absurdalne. Problem polega jednak na tym, że wolonturystyczny przemysł niesie ze sobą dużo poważniejsze problemy, a bez wątpienia największym z nich jest tak zwana turystyka sierocińcowa.

Szacuje się, że w latach 2005–10 liczba sierocińców w Kambodży wzrosła aż o 75 proc. Podobne zjawiska miały miejsce w Nepalu i wielu krajach Afryki Subsaharyjskiej. Dlaczego? Bo „pomaganie dzieciom” to typ projektu, którego najczęściej poszukują cudzoziemcy. Szacuje się, że 77 proc. dzieci w kambodżańskich sierocińcach ma co najmniej jednego z rodziców lub innych krewnych, którzy mogliby się nimi zająć. Trafiają jednak do sierocińców (lub są „wypożyczane” za zgodą rodzin), bo – wobec strumienia pieniędzy płynącego z kieszeni zachodnich turystów do lokalnych placówek opiekuńczych – tam mają jakoby zapewnioną lepszą przyszłość.

Reporterzy telewizji Al-Jazeera, udając zainteresowanych wolontariatem turystów, dotarli z ukrytą kamerą do zamkniętego już dziś sierocińca, prowadzonego w Kambodży przez Children’s Umbrella Center Organization, gdzie trzymano dzieci w złych warunkach, aby wyłudzić od obcokrajowców większe datki. W rzeczywistości do kieszeni personelu trafiały całkiem niezłe sumy pieniędzy (koordynująca projekt organizacja Projects Abroad w 2010 r. miała dochody rzędu 3 mln dol.). Choć Kambodża zmaga się z problemem pedofilii, reporterów, którzy weszli do sierocińca prosto z ulicy, nikt specjalnie nie kontrolował, po krótkiej rozmowie pozostawiono ich samych z dziećmi.

Eksperci ostrzegają też, że krótkotrwałe pobyty wolontariuszy wyrządzają krzywdę małym mieszkańcom. Prof. Linda Richter z RPA, psycholog dziecięca i światowy autorytet w dziedzinie sierocińcowej turystyki, tłumaczy, że ciągłe zmiany opiekunów i poczucie porzucenia po ich wyjeździe to narażanie dzieci na psychospołeczne problemy i skazywanie ich na nieumiejętność nawiązywania emocjonalnych więzi w późniejszym życiu. „To mali ludzie po przejściach, a przypadkowi, pozbawieni przygotowania wolontariusze mogą im niechcący wyrządzić wielką krzywdę” – mówi prof. Richter.

Masowe wyjazdy własnych obywateli na urlopowe misje zaniepokoiły nawet rząd Wielkiej Brytanii. Według raportu z 2011 r., opracowanego przez think tank Demos, ta nowa forma turystyki niesie ze sobą spore ryzyko dla wizerunku Zjednoczonego Królestwa za granicą. „Źle przemyślane projekty i gap years (czyli popularne w zachodniej Europie roczne wyjazdy między szkołą średnią a studiami) mogą się przyczynić do utrwalenia negatywnych stereotypów o zachodnim »kolonializmie« i »dobroczynności« – piszą autorzy raportu. – Mogą też być postrzegane jako nowa forma sprawowania władzy przez Zachód”.

Zachodni wolontariusze byliby w tym ujęciu nowym wcieleniem „białego zbawcy”, który przybywa do Afryki czy Azji z kagankiem oświaty i postępu, występuje z pozycji siły – choć w tym przypadku, symbolicznej. Albo jeszcze jednym obliczem coraz bardziej popularnej „turystyki biedy”, czyli poszukiwania estetycznych i duchowych wrażeń w miejscach szczególnie ciężko dotkniętych przez los.

Osobista przemiana

Co w takim razie? Nie jechać? Wprost przeciwnie. Wolonturystyka – jeśli obedrzeć ją z misji i wyrzucić z głowy aroganckie przekonanie o zmienianiu świata podczas urlopu, a zobaczyć ją w świetle wymiany kulturowej, wcale nie musi być taka zła. Ten sam raport brytyjskiego Demosu wskazuje, że 9 na 10 osób biorących udział w zagranicznych projektach doświadczyło pod ich wpływem „osobistej przemiany”, zyskało wiarę w siebie. Ich obywatelskie i polityczne zaangażowanie po powrocie wzrosło. Trzeba jednak wybrać projekt z głową.

W Polsce przemysł wolonturystyczny wciąż raczkuje, choć zainteresowani znajdą dla siebie ofertę. Jednym z przykładów odpowiedzialnego wolontariatu w krajach globalnego Południa jest program GLEN prowadzony przez Polską Akcję Humanitarną. To jednak nie pomysł na urlop, ale na roczny „cykl edukacyjny”. W jego ramach trójka wolontariuszy z Polski wyjeżdża co roku na trzymiesięczny staż do jednego z afrykańskich państw. Płacą tylko za wizę i szczepienia, resztę kosztów ponosi organizacja. Zanim wyjadą, muszą jednak przejść kilkuetapową rekrutację, szkolenia. – Unikamy mówienia o „pomaganiu” – tłumaczy Łukasz Bartosik, koordynator programu. – Nie oszukujmy się, podczas trzech miesięcy nikt nie wpłynie na rzeczywistość. Wolontariusze jadą tam, by się uczyć. To ma być wymiana międzykulturowa.

Bartosik udziela też praktycznych porad, jak wybrać odpowiedni projekt płatnego wolontariatu: dopytać o finansowanie (na co dokładnie idą pieniądze; czy dostaje je operator czy społeczność na miejscu, a jeśli tak, kto i na jakich zasadach), sprawdzić organizację w internecie, skontaktować się z byłymi wolontariuszami. Inni eksperci radzą, by – choć idea brzmi kusząco – za wszelką cenę trzymać się z dala od sierocińców. Zastanowić się, czy posiadane umiejętności rzeczywiście mogą się przydać na miejscu. Do egzotycznego kontekstu trzeba zastosować te same kryteria oceny, które stosujemy na co dzień.

Grunt to krytyczne myślenie. Inaczej będziemy jak kobieta opisana przez amerykański satyryczny serwis „The Onion”, której pobyt w afrykańskim ośrodku dla sierot całkowicie odmienił… zdjęcie profilowe na Facebooku.

Polityka 20.2014 (2958) z dnia 13.05.2014; Świat; s. 59
Oryginalny tytuł tekstu: "Altruizm egoistów"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Nowe szaty tyrana. Dlaczego Putin zaatakował i co go dziś przeraża?

Sergei Guriev, profesor ekonomii, były doradca prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa i były główny ekonomista EBOiR, o tym, co może czekać Putina i Rosję pod jego dyktatorskimi rządami.

Jacek Żakowski
18.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną