Świat

Rosyjski koniec Łotwy

Łotwa: kto swój, a kto obcy?

Panorama Dyneburga Panorama Dyneburga Ints Kalnins/Reuters / Forum
Na łotewskim wschodzie, w stolicy Łatgalii, Dyneburgu, trudno na ulicy usłyszeć inny język niż rosyjski. Jeśli gdziekolwiek miałyby wylądować rosyjskie zielone ludziki, to właśnie tam.
Dyneburg – relaks na przedmieściachNick Hannes/Reporters/EAST NEWS Dyneburg – relaks na przedmieściach
Rosjanie z Rygi podczas obchodów Dnia ZwycięstwaInts Kalnins/Reuters/Forum Rosjanie z Rygi podczas obchodów Dnia Zwycięstwa
Blokowiska DyneburgaNick Hannes/Reporters/EAST NEWS Blokowiska Dyneburga
Centrum Kultury Rosyjskiej w DyneburguInts Kalnins/Reuters/Forum Centrum Kultury Rosyjskiej w Dyneburgu

Jeździłem po ciemnych ulicach Dyneburga i słuchałem w samochodzie radia. To była rosyjska stacja Gołos Rossiji. Dobrze tu działała, czysto, bez zakłóceń. Zaproszony do studia rosyjski specjalista do spraw konfliktów międzynarodowych mocno i dobitnie powtarzał, że epoka amerykańskiej hegemonii na świecie się skończyła i Zachód musi to pojąć. Prowadzący potakiwał. Szukałem centrum miasta. Oznaczenia w Dyneburgu były fatalne. Można było kręcić się bez końca w kółko i nigdy nigdzie nie dojechać. Gdy po raz trzeci zobaczyłem ten sam salon gier, uznałem, że dosyć tego i stanąłem przy jakimś taksiarzu. Palił papierosa w aucie. Gestem pokazałem, by odkręcił szybę. Odkręcił. Z jego auta też buczał Gołos Rossiji.

– Rosja ma słuszne prawo być zaniepokojona obecnością NATO u swoich granic – mówił jednocześnie u mnie i u taksówkarza specjalista ds. konfliktów międzynarodowych.

– Gdzie tu jest centrum? – spytałem.

– Tu jest centrum – burknął taksiarz.

Rozejrzałem się. Rozkopane torowisko tramwajowe, rzadkie latarnie ciemno świeciły, jakiś park, niskie kamienice. Dyneburg, stolica Łatgalii. Jedno z niewielu rosyjskojęzycznych miast UE i NATO.

Taksówkarz wyrzucił peta na ulicę, zamknął okno i przestał na mnie zwracać uwagę.

– Aha – powiedziałem do specjalisty do spraw konfliktów międzynarodowych ukrytego w głośniku.

– Rosja ma nie tylko prawo, ale i obowiązek chronić Rosjan poza swoimi granicami – odpowiedział specjalista.

Na całej Łotwie co krok coś było rozkopane. Remont, renowacja, uzachodnianie. Dziwnie wyglądał ten kraj. Albo radzieckie rozwłóczenie i bezasfalcie, albo od razu Zachód, szkło, elegancja i kąty proste. Unijne pieniądze były w ruchu, ale w centrum Dyneburga było tak ciemno, że trudno było to całe odnawianie zauważyć. W barze przy głównej ulicy Ryskiej siedziały łyse karki i gadały po rosyjsku o samochodach. W drugim, o nazwie Bar, siedzieli studenci. Też trochę gadali po rosyjsku o samochodach, ale potem zeszło na Putina. Podsłuchiwałem. Mówili o Donbasie, o gazie, o Krymie, ale o Łotwie – nic. Myślałem, jadąc do Dyneburga, że wszyscy tu nic innego nie będą robić, jak tylko rozprawiać, jak to Rosja zaraz Łotwę zaatakuje, że będzie napięcie w powietrzu wisiało, niepokój, niepewność – a tu cicho, spokojnie. O samochodach.

– Nie boicie się, że Putin po Donbasie weźmie się za Łatgalię? – Nie wytrzymałem i sam w końcu spytałem studentów przy stoliku obok.

– Putin? – pokiwali głowami. – Niech się Łotysze wezmą za Łatgalię, to Putin nie będzie musiał. Najbiedniejszy region na Łotwie. Bieda, bezrobocie, daj spokój.

Gdy się dowiedzieli, że jestem z Polski, to od razu zaczęli mówić „czeszcz”, „kolega” i „kurwa”, bo dużo Polaków, opowiadali, poznali w Anglii. Na zmywaku, na budowie.

– Taka bieda, Polak, widzisz – mówili. – Tyle z tej Unii mamy, że przynajmniej za granicę możemy po pieniądze jeździć, i my, i wy. Ale wasi przynajmniej, zarobią czy nie zarobią, mają gdzie wracać. A my we własnym państwie jesteśmy obcy.

Po ogłoszeniu niepodległości na Łotwie powstała nowa klasa społeczna: „obcy” właśnie. Tak się oficjalnie, urzędowo nazywa ludzi, którym niepodległa Łotwa odmówiła obywatelstwa. Są to ci, którzy co prawda na Łotwie żyją, ba, którzy się na Łotwie urodzili, ale nie są potomkami tych, którzy mieszkali tu przed włączeniem Łotwy w skład ZSRR w 1940 r. „Obcy” to ok. 15 proc. mieszkańców kraju. Jak się można domyślić, są to w znakomitej większości Rosjanie. Bo to w końcu przeciw nim to prawo wprowadzono. Tacy nieobywatele Łotwy mają w zasadzie podobne prawa co obywatele, tyle że nie mogą głosować ani kandydować w wyborach, nie mogą zajmować publicznych stanowisk. Mogą niby poruszać się po strefie Schengen, ale gdy tylko jakiś zagraniczny urzędnik czy policjant zażyczy sobie paszportu, to od razu oczy mu się robią wielkie, bo czegoś takiego w życiu nie widział: „dowód osobisty »obcego«”. Co to za cudo? Co się z tym robi? I jest zaraz kupę dopytywania, sprawdzania. Człowiek czuje się upokorzony. Własny kraj go nie chce, to za granicą mają go chcieć?

– I oni chcą, żebyśmy byli lojalni wobec Rygi – kiwał głową pryszczaty Wołodia w czarnej kurtce i spodniach, najlepszym stroju maskującym w tym ciemnym mieście. – A jak niby, jeśli nawet nie dają nam takiej szansy?

Łotwa jest świeżo po wyborach. Najwięcej głosów zdobyła partia Niła Uszakowa (po łotewsku Nilsa Usakovsa), która nie ukrywa swoich więzi z putinowską Jedną Rosją. Partia nazywa się Zgoda, ale ta nazwa brzmi jak żart, bo jak mało co dzieli mieszkańców Łotwy. To już drugi raz, kiedy nie dopuszczono ich do władzy. Po raz pierwszy zdarzyło się to w 2011 r. Reprezentująca głównie ludność rosyjskojęzyczną Zgoda zwyciężyła w wyborach, ale łotewskie partie zwarły szyki i utworzyły koalicję, żeby nie zostać pierwszym państwem UE i NATO rządzonym przez Rosjan. Teraz sytuacja się powtarza: Uszakow znów zebrał najwięcej głosów i znów rządził nie będzie. Na pierwszy rzut oka – z tych samych prostych powodów co poprzednio. Ale tym razem zaczęło się na Łotwie dzielenie włosa na czworo i tłumaczenie, że rzeczywistość wcale taka prosta nie jest.

Przede wszystkim niechętne Zgodzie media jak ognia unikają określania wyniku Rosjan jako „zwycięstwa”. Bo jakie, pytają Łotysze, zwycięstwo, jeśli poszczególne partie rządzącej koalicji zebrały więcej głosów niż uszakowcy? Ergo, tłumaczą Łotysze, ludzie głosowali na koalicję, a nie na Zgodę, nawet jeśli głosy zostały rozparcelowane. Po drugie, Uszakow zebrał mniej głosów niż w poprzednich wyborach. Tak więc niby wygrał – a jednak nie wygrał.

W każdym razie prezydent Łotwy Andris Berzins ogłosił, że Uszakowowi misji tworzenia rządu nie powierzy, bo to nie ma sensu: premier musi mieć zdolność koalicyjną, a z Uszakowem nikt nie chce gadać.

– Ale Uszakow nie jest proputinowskim demonem – przekonuje Juris Rozenvalds, komentator polityczny i dziekan Wydziału Socjologii Uniwersytetu Łotwy – kreuje się na porządnego socjaldemokratę, jest całkiem popularnym merem Rygi. Ludzie kupują jego styl.

To prawda. Uszakow/Usakovs, milutki, ładniutki, chłopaczkowaty blondynek, jest ulubieńcem łotewskich Rosjan. Ale nie tylko. Głosuje na niego, według Rozenvaldsa, ok. 10–15 proc. etnicznych Łotyszów. Osobliwie lubią go na przykład emeryci, w tym łotewskojęzyczni, nostalgicznie nastawieni do czasów ZSRR.

Po dyneburskich ulicach kręciło się kilka samochodów ze wstążkami św. Jerzego przywiązanymi do anten. Niewiele, ale kilka było. Dziwnie było chodzić po uporządkowanej od linijki ulicy Ryskiej i słyszeć wokół wyłącznie język rosyjski. Wyglądało to wszystko jak skandynawska wersja Rosji. Ale gdy wszedłem w bramę, by znaleźć redakcję rosyjskojęzycznej „Naszej Gazety”, znów znalazłem się w starej, dobrej Radziecji. Nieotynkowane białe cegły, ulubiony radziecki budulec, i pokruszony beton.

Redaktor naczelna „Naszej”, potężna, blondwłosa i cała w ciężkich czerniach, twierdziła, że żadnego zagrożenia ze strony Rosji nie ma, a gdyby nawet, w co nie wierzy, miały się w mieście pojawić znane z Krymu „zielone ludziki”, to i tak by żadnego poparcia nie miały.

– Kto chciał żyć w Rosji – przekonywała – to już wyjechał. A pozostali doceniają, że żyją w Unii. Podróżować można, bandytyzmu mniej, poza tym tutaj, u nas, czysto, kulturalnie. Ale przede wszystkim – zastrzegła, podnosząc palec – Rosja nie jest żadnym zagrożeniem. To, co się na Zachodzie mówi o Putinie, to czysta histeria, nic więcej. Rosja to spokojny kraj, ale nic dziwnego, że nerwowo reaguje na to, że się im Ameryka panoszy pod bokiem.

– A dobrze, że Łotwa jest w NATO? – pytam.

– A po co? – odpowiedziała. – Kupa tylko pieniędzy idzie, których Łotwa nie ma, na armię, której też nie ma. Kto ma nas niby bronić?

– Polska was obroni – wyszczerzyłem się – na przykład.

Mało z krzesła nie spadła ze śmiechu. Ale gdy się już uspokoiła, to zaczęła mi tłumaczyć, żebym i ja się nie martwił, bo Rosja nikomu nic nie zrobi i wszystko będzie dobrze.

– No, ale jeśli Putin jednak będzie chciał rozgrywać rosyjską mniejszość przeciw Rydze? – pytałem.

– A nie będzie chciał – odpowiadała.

– A jeśli będzie? – pytałem znów.

– A nie będzie – upierała się.

– A skąd pani wie?

– A bo wiem.

No, i tak sobie rozmawialiśmy.

– Tutaj, na Łotwie – powiedziała, gdy już skończył się nasz beznadziejny ping-pong – gdyby tylko pozwolono Rosjanom mówić po rosyjsku, gdyby dano obywatelstwo, to już w ogóle byłby raj. Nie jesteśmy wprawdzie – mówiła – Łotyszami, jesteśmy Rosjanami, ale łotewskimi Rosjanami. Bo tak naprawdę – posmutniała nagle – my ani tu nie swoi, ani tam. Bo jeśli ktoś z naszych jedzie żyć do Rosji, to na niego mówią „Łotysz” i też traktują jak obcego. Ot – westchnęła – los taki.

Naczelna nie ukrywała, że jej redakcja wspiera uszakowowską Zgodę, wprost mówiła, że Uszakow ma dobre stosunki z Putinem, że do Rosji jeździ. Ale żeby od razu piąta kolumna? Poza tym – żachnęła się – gdzie nam do jakiejś rewolucji, do jakichś puczów. My, tu na Łotwie, jesteśmy bardziej jak ludy Północy, jak Szwedzi. Zimni, spokojni, rozważni. Gdzie nam do takiego Donbasu. Mentalność różna.

– Gdybym miała gdzieś wyjechać – rozłożyła ręce – to na pewno nie do Rosji.

– A gdzie? – spytałem niewinnie. – Do Szwecji?

– Do Stanów – rozmarzyła się.

Strzygła mnie fryzjerka o imieniu Jelena. Twierdziła, że nie jest żadną tam Łotyszką, nie ma co udawać, tylko po prostu Rosjanką, ale za granicą mówi, że jest z Łotwy. Na przykład w Anglii, gdzie pracowała. Choć i tak – dodawała ponuro, jeżdżąc mi po bokach głowy maszynką – nikt nie miał pojęcia, gdzie jest jakaś Łotwa. Co ją w sumie boli, bo niby żadna z niej Łotyszka, no ale jakoś jednak. Związek z krajem czuje. Głupi Anglicy, mruczała, jak tak o świecie można nic nie wiedzieć. Ona wie, gdzie Szkocja, gdzie Walia. Jak to tak.

Ona, Jelena, akurat obywatelstwo ma, bo jej dziadek, choć Rosjanin, mieszkał na Łotwie przed wojną, ale sporo jej koleżanek, mówiła, nie ma. Trudno zdać egzamin z łotewskiego. Trudno się – twierdzi – nauczyć tego łotewskiego.

– Do niczego niepodobny język – powiedziała mi. – No, może do litewskiego, ale to akurat, przyznasz, sprawy specjalnie nie ułatwia. Rozumieć to jeszcze, przez tyle lat się człowiek osłuchał, ale mówić trudniej.

Przywtórowała Jelenie cała ekipa salonu fryzjerskiego, jak również jego klientela. Wszyscy rosyjskojęzyczni.

– A Putina – spytałem na wszelki wypadek – państwo się boicie?

Salon wybuchł perlistym śmiechem.

– A wy skąd? – spytała z politowaniem jakaś pani ze sreberkiem na głowie.

– Z Polski – odpowiedziałem.

– Aha – pani ze zrozumieniem pokiwała sreberkiem. – Z Polski. Wszystko jasne.

– Co oni opowiadają? – zirytowała się Zigrida Some, redaktorka naczelna łotewskojęzycznego „Latgales Lajks”, gdy jej to wszystko opowiedziałem. – Ćwierć wieku mieli na nauczenie się języka i nadal nie mówią. No, ja bardzo przepraszam. Jeśli ktoś nie jest w stanie nauczyć się języka państwowego, to jak mu dawać obywatelstwo?

– Może w ten sposób zwiąże się ich z państwem? – spytałem.

– To jest po prostu lenistwo, proszę pana – odpowiedziała. – Sytuacja jest taka, że my, Łotysze, jesteśmy tutaj, na wschodzie, mniejszością we własnym kraju.

Some ubolewała nad tym, że rosyjskojęzyczni Łatgalczycy przyjmują rosyjską narrację jak swoją, ale miała, jak twierdziła, nadzieję, że jeśli przyjdzie co do czego, to jednak do żadnych „zielonych ludzików” nie przystaną.

– Ostatnio demonstracja Rosjan tu była w mieście – opowiadała. – Więcej tam było transparentów niż ludzi. Mało kto popiera skrajne organizacje. Pewnie ktoś tam by poszedł za Putinem, ale raczej niewielu.

Łotewskojęzyczni mieszkańcy Łatgalii, mówiła Some, obawiają się Rosji. I faktycznie, scenariusz krymski mógłby się tu realizować. Czemu nie. Jest rosyjska mniejszość, która czuje się uciskana, jest kraj, który wyrwał się z rosyjskiej strefy wpływów, można na niego wywierać presję. A jeśli jeszcze przy okazji zagra się NATO na nosie, to tym lepiej.

– A jakby co – pytam – to wierzy pani, że NATO was obroni?

Roześmiała się.

– Dobre pytanie – powiedziała. – Wierzę. Tak, to dobre słowo. Wierzę.

– A jak się pani żyje między ludźmi, którzy patrzą na całą tę sytuację dokładnie od drugiej strony? – zapytałem.

– Wie pan – uśmiechnęła się łagodnie. – Bez przesady. To nie jest tak, że my o niczym innym nie gadamy tylko o Putinie. Przecież my i Rosjanie jesteśmy sąsiadami, żyjemy ze sobą od dziecka.

Szef Związku Polaków na Łotwie, urodzony w Dyneburgu Ryszard Stankiewicz, mało się na kanapę nie przewrócił ze śmiechu, gdy go spytałem, czy się nie boi, że Rosja zacznie na Łotwie instalować „zielone ludziki”.

– Gdzie – pokazał palcem na miasto za oknem. – Tu? U nas?

– U was – powiedziałem. Rozglądałem się po Domu Polskim. Porządny, ładny budynek. Na ścianach – herby polskiej szlachty inflanckiej. Na schodach – ścienny dywan z koronowanym orłem wielkości człowieka. Ryszard Stankiewicz zrobił mi tak mocnej kawy, że włosy na głowie stawały. Z pięć łyżeczek. Piłem małymi łyczkami.

– Proszę pana – odpowiedział Stankiewicz, usiłując spoważnieć, co mu się do końca nie udawało. – Bardzo mi przykro, że przejechał pan taki kawał drogi, żeby zobaczyć tutaj strach przed Rosją, ale muszę pana, niestety, rozczarować.

– Na Ukrainie – upiłem kawy – „zielone ludziki” się pojawiły. Równie dobrze mogą u was.

– Na Ukrainie – machnął ręką Stankiewicz – to nie wiadomo do końca, kto się pojawił. Nie ma żadnych nagrań, nic nie ma.

– Są.

– Ja nie widziałem.

Ryszard Stankiewicz nie był w stanie wyobrazić sobie scenariusza, w którym Rosja jest wobec Łotwy agresywna. Nie mógł i koniec. Perspektywa „złej, imperialnej Rosji” była dla niego niepojęta. Śmiał się, twierdził, że Rosja jest demonizowana, że to normalny kraj, a Putin jest normalnym prezydentem, że w głowie mu się nie mieści, żeby coś takiego jak na Ukrainie mogło się wydarzyć też na Łotwie.

– Już się przyzwyczaiłem – powiedziałem mu – że gdy tu u was, w Dyneburgu, mówię o rosyjskim zagrożeniu, to rosyjskojęzyczni patrzą na mnie jak na wariata.

Ryszard Stankiewicz uśmiechnął się ciepło i też popatrzył na mnie jak na wariata.

– Ale już łotewskojęzyczni – dodałem – tak nie patrzą, bo też się boją Rosji.

Stankiewicz wzruszył ramionami.

– Cóż ja panu poradzę.

– No, ale – ciągnąłem. – Tak czysto teoretycznie. Jeśli Rosja chce przyłączyć Łatgalię tak samo jak przyłączyła Krym. Bo przyłączyła Krym i to jest fakt. Co wtedy?

– No – uśmiechnął się ironicznie Stankiewicz – przecież jesteśmy w NATO.

W polskim Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Dyneburgu dzieci na przerwie mówiły po rosyjsku, ale zagadnięte po polsku, odpowiadały w tym języku.

– A po łotewsku też mówicie? – spytałem piętnastolatka, który prowadził mnie do gabinetu dyrektorki.

– Jasne, ale wygodniej po rosyjsku – odpowiedział piętnastolatek. – Wszyscy tu tak mówią.

Przed budynkiem wisiały flagi Polski i Łotwy. Siedzieliśmy z nauczycielkami i atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Kłóciliśmy się o Ukrainę. Panie widziały w całej sprawie amerykańską robotę. A gadanie o rosyjskim zagrożeniu dla Łotwy uważały za niepotrzebne zaognianie sytuacji.

– Mnie polityka nie interesuje – mówiła dyrektor gimnazjum Halina Smulko. Drewniany Józef Piłsudski, patron szkoły, stojący w jej gabinecie bardziej przypominał smętnego Longinusa Podbipiętę niż siebie samego.

– A co będzie, jeśli ona się panią zainteresuje? – pytałem, ale już coraz mniej pewnie. Tutaj, na pograniczu dwóch narracji, zachodniej i rosyjskiej, Polacy skłaniali się ku tej drugiej. Przecież wychowywali się w ZSRR, czytali rosyjskie gazety i portale, oglądali rosyjską telewizję. I naprawdę patrzyli na mnie jak na wariata.

– Będę dalej dzieci uczyć – odpowiedziała Halina Smulko. – A co mam robić.

– Wie pan, my tu wszyscy Łotysze teoretyczni – tłumaczył mi pod Krasławiem pewien przypadkiem spotkany facet. Zgubiłem się na łatgalskich gruntówkach przy granicy z Białorusią i pytałem go o drogę. – Ja na przykład jestem Polak, a sąsiadów mam różnych: Białorusinów, Rosjan. Za Sojuza o granicy nikt tutaj nie myślał i nikt się za bardzo nie zastanawiał, jaka czyja narodowość. A kiedy granicę postroili, to się okazało, że ze mnie jest na przykład Łotysz, z jednego mojego wujka – Białorusin, a z drugiego – Litwin. No, i tak to trwa od 25 lat. Gdybym to ja, przypadkowo, miał dom po białoruskiej stronie, tobym teraz żył pod Łukaszenką i uważał Łotyszy za sługi amerykańskiego imperializmu. A tak – uśmiechnął się szeroko – sam jestem Łotysz i grażdanin Eurosojuza. Ale wie pan, dla mnie ani Rosja, ani Białoruś to nie są do końca obce państwa. To są kraje, które ja rozumiem. One są mi bliskie. Jak ja się mam ich bać?

Pojechałem na białoruską granicę. Drogi między wsiami nie miały nawierzchni, tylko w ich centrach na chwilę asfaltowiały, by po chwili znów zamienić się w pylące gruntówki. Auta wzbijały tumany kurzu. Zrównałem się z samochodem łotewskiej straży granicznej i zacząłem do nich machać przez okno. Już się przyzwyczaiłem, że patrzą tu na mnie jak na wariata, więc niespecjalnie się przejąłem, gdy popatrzyli. Ale zatrzymali się, poczekali, aż kurz opadnie, zerknęli na rejestrację i zapytali, w czym pomóc. Było ich z pięciu i wyglądali jak dzieciaki w mundurach. Poprosiłem, by pokazali mi granicę. Wzruszyli ramionami i kazali jechać za sobą. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymali się i wysiedli.

– O – pokazali – tam granica.

Granica przebiegała za czyimś podwórkiem. Po prostu – drewniana chałupa, łotewski słup graniczny, a zaraz potem białoruski. Nic, żadnych zasieków, żadnej siatki. Nawet drewnianego płotu nie było. Nie wyglądało to na granicę dwóch bloków geopolitycznych, NATO i ZBiR, Unii Europejskiej z WNP i Unią Celną, Zachodu i Wschodu. Granica biegła po prostu za chałupą, która równie dobrze mogła stać po drugiej jej stronie.

– A ktoś tego pilnuje? – zapytałem.

Obrazili się. W pięciu wyprężyli umundurowane piersi.

– No, a kto niby? – spytali po rosyjsku łotewscy pogranicznicy. – My!

Polityka 42.2014 (2980) z dnia 14.10.2014; Świat; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Rosyjski koniec Łotwy"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną