Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Pierwsza po wyborach kłótnia na Ukrainie. Prezydent i premier spierają się, kto wygrał

Arsenij Jaceniuk i Petro Poroszenko Arsenij Jaceniuk i Petro Poroszenko Петро Порошенко / Flickr CC by 2.0
Wbrew zapowiedziom prezydenta Poroszenki, że koalicja będzie już i natychmiast, nie udało się na razie zawrzeć porozumienia. Nawet przeciwnie, wydaje się, że jest do niego dalej. A to z powodu wyniku wyborów.

Jest dwóch zwycięzców: według list partyjnych wygrywa partia Front Ludowy premiera Arsenija Jaceniuka. O włos, ale jednak. Prezydencki Blok Petra Poroszenki zdobył znacznie mniej głosów niż się spodziewano. Tymczasem właśnie BPP wprowadzi do parlamentu najwięcej deputowanych: 132 (na dziś, bo brak nadal oficjalnego komunikatu Centralnej Komisji Wyborczej). A to dlatego, że w okręgach jednomandatowych wygrywali ludzie wystawieni przez BPP. No i powstał spór, kto wygrał faktycznie.

Porozumienie koalicyjne przygotowane przez prezydenta i jego ludzi przed wyborami zostało ogłoszone, liczy 48 stron i daje Poroszence sporą władzę nad koalicją i premierem. W dodatku wpisy ludzi prezydenta na Facebooku sugerują, że Jaceniuk na stanowisku premiera nie cieszy się bezwzględnym poparciem. Pojawiły się zarzuty, że nie przeprowadził dotychczas żadnej reformy systemowej. Poirytowany Jaceniuk opublikował natychmiast własną propozycję porozumienia koalicyjnego i zaprosił do współpracy nie tylko BPP i Samopomoc Andrija Sadowego, ale także Batkiwszczynę Julii Tymoszenko (którą przed wyborami opuścił) oraz Radykalną Partię Ołeha Laszko. A na Facebooku pojawiła się uwaga, że ktoś, kto zyskał o 15 proc. mniej, niż oczekiwał, próbuje dyktować warunki i kreuje się na zwycięzcę. Jaceniuk proponuje swoje warunki dla koalicji i inny niż Poroszenko podział obowiązków, tek i stanowisk w rządzie. Może to tylko gra, licytacja, ale widać, że między zwycięskimi siłami istnieje spór.

Zaproszenie radykałów do koalicji wydaje się także wątpliwym pomysłem i gwarantuje destrukcję. Podobnie jak Julia Tymoszenko, która już wyraziła zgodę na współpracę, zastrzegając, że nie ubiega się o stanowiska w rządzie. Destrukcyjne talenty Tymoszenko już wszyscy zdążyli poznać. I bardzo jest to dziwne, że Jaceniuk ma krótką pamięć. Byle tylko panowie politycy nie przelicytowali. Ukraina nie ma czasu do stracenia, zwłaszcza że wojna na wschodzie nie wygasła i w każdej chwili może wybuchnąć z nową siłą.

Nie wiadomo, kto wejdzie do rządu, choć Jaceniuk podkreśla, że chciałby w nim widzieć wyłącznie fachowców. Premier prezentuje bardziej radykalną linię niż prezydent, zwłaszcza gdy idzie o wojnę na wschodzie i stosunki z Rosją. Mówił nawet o konieczności przywrócenia Ukrainie statusu państwa atomowego, co wywołało niemałe zamieszanie na europejskich salonach.

Ekstrema na margines

Wciąż nie wiadomo także, czy uda się zebrać większość konstytucyjną, bez której nie da przeprowadzić zmian systemowych i decentralizacji państwa. Nie wiadomo, do jakich frakcji dołączą pozostali posłowie wybrani w okręgach jednomandatowych, ilu z nich wzmocni blok prezydenta, a ilu Opozycyjny Blok, czyli byłą Partię Regionów Wiktora Janukowycza, która szła do wyborów pod nowym szyldem. Już wiadomo, że mandaty zdobyło wielu ludzi dawnego reżimu. Na Opozycyjny Blok głosował tradycyjnie wschód i południe kraju.

Tymczasem biedny jest Władimir Putin, bo nie będzie już mógł opowiadać o faszystach z Kijowa, którzy zawojowali parlament. Swoboda, partia Ołeha Tiahnyboka, jednego z majdanowych liderów, nie przekroczyła progu wyborczego i nie weszła do Rady Najwyższej. Podobnie Prawy Sektor. Obie nacjonalistyczne partie zdołały wprowadzić do parlamentu zaledwie kilku posłów, którzy wygrali w okręgach jednomandatowych.

Swoboda ma sześć mandatów, miejsce zdobył także Dmytro Jarosz, lider Prawego Sektora. I to chyba największy hit tych wyborów. A że komuniści też się nie znaleźli w Radzie, to zanosi się, że nie będzie już bitew na pięści, jakie toczyli ze sobą ludzie Symonienki i Tiahnyboka.

Biedny jak deputowany

Zanim jeszcze odbyło się pierwsze posiedzenie, powrócił temat zarobków deputowanych. Dziś to ok. 6 tys. hrywien, czyli ok. 500 euro. Dwa razy więcej niż średnia krajowa na Ukrainie. Posłowie narzekają, że muszą się ubrać, a włoskie garnitury ulubionej przez nich marki kosztują jakieś 50 tys. hrywien. Znany dziennikarz Mustafa Najem, który został deputowanym prezydenckiego bloku, poskarżył się, że w gazecie zarabiał kilkakrotnie więcej i nie wie, jak teraz zwiąże koniec z końcem.

W niedzielę, 2 listopada, odbędą się natomiast wybory w samozwańczych republikach, donieckiej i ługańskiej, które nie maja zamiaru respektować władzy Kijowa ani mińskich ustaleń o autonomii w ramach Ukrainy. I to jest groźne, bo grozi nowym konfliktem. Dlatego nie ma na co czekać i spierać się, kto ważniejszy; koalicja i rząd powinny powstać i zabrać się do pracy.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną