Stolica Niemiec: miasto nie dla Szwabów

Berlińskie słoiki
Zjednoczony ćwierć wieku temu Berlin zmienił się jak żadne inne niemieckie miasto. Ton nadają tu przyjezdni, choć miejscowych to złości.
Dworzec Główny w Berlinie
Trans-World Photos/EAST NEWS

Dworzec Główny w Berlinie

Friedel Drautzburg (z prawej) - przybysz z Bonn ze wspólnikiem Haraldem Grunertem - właściciele berlińskiej restauracji Standige Vertretung (Stałe Przedstawicielstwo)
Günter Wicker/Berliner Flughäfen

Friedel Drautzburg (z prawej) - przybysz z Bonn ze wspólnikiem Haraldem Grunertem - właściciele berlińskiej restauracji Standige Vertretung (Stałe Przedstawicielstwo)

Jej ojciec i dziadek byli znanymi berlińskimi chirurgami. 34-letnia Anna Zielke, radiolożka i ordynatorka w stołecznej klinice Vivantes Am Urban, z czystym sumieniem może o sobie powiedzieć, że jest berlinianką od pokoleń. Tacy jak ona są jednak w mniejszości. Niespełna połowa (49 proc.) berlińczyków w wieku ponad 14 lat to rodowici mieszkańcy miasta. Reszta to przyjezdni.

Choć od upadku muru berlińskiego minęło właśnie ćwierć wieku, socjologowie wciąż mówią o niewidzialnym murze w głowach. Chodzi o utrzymujące się różnice w mentalności mieszkańców dawnego Berlina Zachodniego i wschodniej części miasta, która była stolicą komunistycznej NRD. Jednak podział na Zachód i Wschód, zwłaszcza w młodszym pokoleniu, powoli traci na znaczeniu. Coraz wyraźniej zaznacza się za to inny – na berlińczyków zasiedziałych i tych, którzy osiedlili się w mieście w ostatnich latach.

Nadrenia nad Sprewą

Berlin, ulica Schiffbauerdamm. Choć już jesień, jest na tyle ciepło, że wielu klientów restauracji wybrało stoliki na zewnątrz, tuż nad Sprewą. Zamawiam bób ze słoniną i gotowanymi ziemniakami, a do picia piwo Kölsch. – Typowa nadreńska kuchnia – zapewnia Friedel Drautzburg, rocznik 1938, współwłaściciel lokalu.

Drautzburg dobrze pamięta 9 listopada 1989 r. Był wtedy gastronomem w nadreńskim Bonn – ówczesnej stolicy zachodnich Niemiec. W lokalu Amadeus gościł akurat delegację oficjeli z enerdowskiego Drezna. Byli przybici i oniemiali, gdy przekazał im wiadomość o upadku muru berlińskiego. Enerdowcy szybko zaszyli się w pokojach i ślepili w telewizory.

Wkrótce stało się jasne, że dojdzie do zjednoczenia Niemiec. Dla zżytego z Bonn Drautzburga najistotniejsze było pytanie: co dalej ze stolicą? Najważniejsze media i prominentni politycy opowiedzieli się za Berlinem. Drautzburg wspierał przeciwny obóz. Mocno zaangażował się w kampanię społeczną „Tak na rzecz Bonn!”. Przeciwnicy przeprowadzki stolicy mieli mocne argumenty: wysokie koszty, nadmierna centralizacja kraju, prawdopodobny wzrost bezrobocia w Bonn. Jeśli wierzyć sondażom, większość Niemców podzielała te obawy. Ale referendum nie było. W czerwcu 1991 r. Bundestag zdecydował o przenosinach do Berlina. Przesądziło o tym zaledwie dziewięć głosów.

Kilka lat później Drautzburg wiedział już, że nie ma szans na zmianę decyzji. Doskonale rozumiał też, że wraz z przeprowadzką parlamentu do Berlina straci najważniejszych klientów: polityków, dyplomatów, lobbystów, dziennikarzy. Uznał więc, że trzeba się przenieść razem z nimi. We wrześniu 1997 r. przy Schiffbauerdamm w dawnym Berlinie wschodnim otworzył ze wspólnikiem lokal Ständige Vertretung (Stałe Przedstawicielstwo).

Restauracja stała się namiastką stron rodzinnych dla tych, których przenosiny stolicy wygnały daleko od domów. Drautzburg nie tylko oferował nadreńską kuchnię. Organizował też huczne obchody karnawału – w protestanckim Berlinie rzecz niezwykła. Miejscowi szybko dali się uwieść kolorowym pochodom. O Ständige Vertretung ciągle było głośno. Zaglądali tu kolejni kanclerze: Helmut Kohl, Gerhard Schröder, Angela Merkel, a także laureat Oscara Ben Kingsley czy dobry znajomy Drautzburga noblista Günter Grass. Na liście prominentów, których portrety zdobią ściany lokalu, jest też Aleksander Kwaśniewski.

Dziś w Ständige Vertretung goszczą wszyscy: Niemcy z Nadrenii, rodowici berlińczycy, zagraniczni turyści. Ale początki nie były łatwe. Dzień przed otwarciem lokalu ktoś powybijał szyby, a na fasadzie pojawił się złowróżbny napis: „Bończycy, spadajcie!”. Taka była atmosfera tamtych dni. Lokalne bulwarówki pisały o inwazji z Bonn. Rodowici berlińczycy złościli się, że importowani do nowej-starej stolicy urzędnicy otrzymali nadmierne przywileje: pełen zwrot kosztów przeprowadzki, dodatki do czynszu, darmowe przeloty.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną