Koalicja w rocznicę protestów na Majdanie

Majdan to była lekcja
Blisko miesiąc po wyborach parlamentarnych i w rocznicę rozpoczęcia studenckich manifestacji na Majdanie pięć partii podpisało umowę koalicyjną.
Ivan Bandura/Flickr CC by 2.0

Pięć zwycięskich partii w wyborach do Rady Najwyższej Ukrainy – prezydencki Blok Petra Poroszenki, Ludowy Front premiera Arsenija Jaceniuka, Samopomoc Andrija Sadowego, Partia Radykalna Ołecha Laszki oraz Batkiwszczyna byłej premier Julii Tymoszenko – wreszcie parafowało umowę koalicyjną. Po sporach i przepychankach kto bardziej wygrał, po nocnym maratonie. Blisko miesiąc po wyborach parlamentarnych i w rocznicę rozpoczęcia studenckich manifestacji na Majdanie, najpierw dla poparcia europejskiego wyboru Ukrainy, który miał się zrealizować podpisaniem w Wilnie umowy stowarzyszeniowej 29 listopada 2013, a potem przeciwko wycofaniu się Kijowa z wcześniejszych zobowiązań.

Już się zaczynało robić trochę nerwowo, że negocjacje się przeciągają. Gdy tymczasem Ukraina nie ma czasu do stracenia, na rozmowy o kolejnej transzy pieniędzy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego pozostał ledwie miesiąc. Reform systemowych też nie da się odkładać w nieskończoność. Zwłaszcza że przed wyborami padały wielkie obietnice, że rząd natychmiast, że reformy bezzwłocznie, że sesja parlamentu jak najszybciej.

Tekst umowy koalicyjnej przygotował najpierw prezydent Poroszenko, a kilka godzin później także Arsenij Jaceniuk. Obaj liderzy nie mogli się przez chwilę porozumieć, kto jest większym zwycięzcą – ten, kto zwyciężył w wyborze proporcjonalnym, czy ten, kto w większościowym. Oczywiście można powiedzieć, że rząd Jaceniuka pracował bez przerwy, że prezydent kontrolował sytuację, ale w momencie, gdy Ukraina jest uwikłana w wojnę, koalicja potrzebna była już.

Najważniejsze punkty porozumienia to niedopuszczenie do udziału w koalicji Bloku Opozycyjnego, czyli pozostałości po Partii Regionów i Wiktorze Janukowyczu, którzy wystartowali w wyborach pod nowym szyldem. Nie są języczkiem u wagi, nikt nie chce ich widzieć jako sojusznika. Także wszyscy deputowani do Rady Najwyższej, którzy wzięli udział w głosowaniu 16 stycznia i podnieśli rękę przeciwko Majdanowi, za wprowadzeniem dyktatorskich ustaw pozwalających prześladować uczestników protestów, nie mają wstępu w szeregi koalicji: spora część z nich znalazła się ponownie w parlamencie, startując z okręgów jednomandatowych. Po październikowych wyborach Rada Najwyższa jest odnowiona w 58 procentach.

Kolejna ważna zmiana: posłowie, którzy dostali się do parlamentu jako niezależni, w okręgach jednomandatowych, jeśli chcą wejść w skład którejś ze zwycięskich frakcji, muszą wstąpić do jednej z partii, które powołały koalicję. Koniec „wolnych elektronów”, jakie wędrowały między frakcjami, czekając, kto da więcej milionów dolarów za poparcie w glosowaniu. To ważna zmiana i próba ukrócenia korupcji politycznej, rozpanoszonej w Radzie Najwyższej od lat i niereformowalnej.

Nowa koalicja ma większość, może nawet uzyska większość konstytucyjną, a to pozwoli na zmianę konstytucji. Tę najważniejszą (albo jedną z najważniejszych), bez jakiej nie ruszą reformy. Od zmiany w konstytucji uzależniona jest przede wszystkim decentralizacja kraju – prace nad jej wprowadzeniem są zaawansowane, a wzory pochodzą z Polski.

Jeśli koalicja się nie pokłóci, reformy systemowe powinny ruszyć. Teraz nowy parlament ma znacznie większą legitymację do ich wprowadzenia.

Nowy rząd ma się składać z fachowców, nie będą obowiązywać kwoty partyjne, tak przynajmniej zapowiedziano. A premier Jaceniuk wezwał do szybszych prac nad wyłonieniem i powołaniem nowych ministrów. Chciałby mieć propozycje na biurku w ciągu dziesięciu dni. Wszystko wskazuje na to, że Jaceniuk utrzyma tekę szefa rządu, że porozumienie w tej kwestii zapadło w gronie koalicjantów.

Niepokój budzi obecność w koalicji radykałów i Batkiwszczyny. Już wielokrotnie pokazali swoje destrukcyjne talenty. I tylko można mieć nadzieję, że liderzy wyciągnęli wnioski z najświeższej historii. Że zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie niesie – zawieszona wprawdzie formalnie, a nie faktycznie – wojna z separatystami w Donbasie. W dodatku równo dziesięć lat temu rozpoczęła się pomarańczowa rewolucja, której zwycięstwo, w dużym stopniu, zostało zmarnowane przez nieodpowiedzialność pomarańczowych liderów, także, a może przede wszystkim, Julii Tymoszenko.

Przed rokiem, kiedy na ulice Kijowa wyszli studenci, obawiając się, że umowa z Unią Europejską zostanie zniweczona przez Wiktora Janukowycza, że rząd premiera Azarowa chce do Unii Celnej z Rosją i Białorusią, a nie do Brukseli, nic jeszcze nie zapowiadało Majdanu z jego tragicznymi zdarzeniami. Dopiero brutalna akcja Berkutu w nocy 29 na 30 listopada, rozpędzenie bezbronnych studentów, którzy właściwie już kończyli swój protest proeuropejski i to pod pretekstem prac przy ustawieniu choinki świątecznej na Majdanie, to była zapowiedź, że tym razem nie będzie pokojowo i że nie obejdzie się bez starcia. Że tak krwawego – nikt nie przypuszczał. Nikt nie sądził, że Majdan pochłonie tak wiele ofiar. Nikt się nie spodziewał, że ofiar będzie przybywać, bo wybuchnie wojna na wschodzie. Ani tego, że Ukraina utraci Krym. Wydawało się, że władza i opozycja potrafią się spotkać w parlamencie. Opozycja z Majdanu to była przecież opozycja parlamentarna, nie podziemie.

Ale władza nie chciała ustąpić. A potem rosyjska inspiracja zmobilizowała Donbas przeciwko Kijowowi. Ale najpierw, w niedzielę 1 grudnia 2013 r., na ulice Kijowa wyszło blisko milion Ukraińców. Chcieli zmian. I doprowadzili do zmian. Jak wynika z sondaży, na majdanach w Kijowie i innych miastach stało 20 procent Ukraińców. W Kijowie – 9,5 proc. mieszkańców uczestniczyło w protestach, a 7,5 proc. pomagało protestującym. Dziś 38 proc. badanych uważa, że to był protest w obronie praw obywatelskich. Ale nadal 31 proc. jest zdania, że to był przewrót, a 15 proc., że został przygotowany przy pomocy Zachodu.

Teraz Ukraińcy patrzą na ręce swoim przedstawicielom. Wprawdzie w Kijowie można usłyszeć, że żadna władza nie zasługuje na zaufanie, ale jednak wybrano nowego prezydenta i nowy parlament. Może jednak ten ostatni Majdan będzie zwycięskim, może Ukraińcy nigdy więcej nie będą musieli wyjść na ulice, może wystarczy kartka wyborcza. Majdan to była lekcja dla polityków i dla obywateli.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną