Świat

Putina mi nie targaj

Wojna powoli uśmierca Donbas

Zrujnowane domy w Słowiańsku. Trwają spory, kto je zniszczył obstrzałem – separatyści czy wojska Ukrainy. Zrujnowane domy w Słowiańsku. Trwają spory, kto je zniszczył obstrzałem – separatyści czy wojska Ukrainy. AP / Fotolink
W Donbasie zawsze było smutno. Teraz jest jeszcze smutniej, bo wojna wszystko tu odmieniła: życie, śmierć, władzę, patriotów i bezrobotnych, kibiców Szachtara i Metalista.
Paszport ZSRR – w Ługańsku wciąż ceniony dokument. Paszport ZSRR – w Ługańsku wciąż ceniony dokument.
Donieck pod obstrzałem. Sieprień 2014 r.Andrew Butko/Wikipedia Donieck pod obstrzałem. Sieprień 2014 r.

Rozpacz jak okiem sięgnąć. Charków jeszcze trzyma fason, drogie sklepy, wielkie marki, szykowne restauracje, gdzie młodzież pije piwo jakby nigdy nic, w operze przedstawienie „Don Juan” i kolejka do kas. Ale za rogatkami rozciąga się kraina smutku. Droga do Rosji, do Rostowa nad Donem jest wprawdzie szeroka, ale niczym blacha falista. Pobocza porosły trawskiem po pas, skoro wcześniej nie było komu zmierzyć się z zagadnieniem, to teraz nie ma o czym nawet gadać. Wojna, wróg może przerwać linię frontu. Trochę dalej od drogi miejscowi próbują walczyć z roślinnością za pomocą ognia. Płoną suche trawy i szuwary, ogień kroczy jak oddział separatystów i nie wiadomo, gdzie się zatrzyma. Jeszcze pożary tu potrzebne.

Nocą kroczący ogień wywołuje gęsią skórkę. Jak punkty kontrolne na drodze, gdzie umundurowani i uzbrojeni w kałasze ludzie zaglądają jadącym w dokumenty i do pojazdów. W obronie ojczyzny. Bo to strefa przyfrontowa.

Na plecach przystanku autobusowego, który teraz służy za schronienie żołnierzom Gwardii Narodowej, ich koledzy, ochotnicy z Zakarpacia, napisali na pamiątkę sprayem: Tu byliśmy. Czerwiec 2014. Czerwona, nieco sfatygowana kołdra chroni wnętrze przystanku przed chłodem, ktoś tam śpi na materacu, zanim obejmie zmianę na blokadzie. Worki z piaskiem, opony, zgromadzono wszystko, co może ochronić przed ostrzałem wroga. Okopali się na zimę. Ukraińskie błokposty ustawiono w miejscach strategicznych, przed ocalałymi mostami i na skrzyżowaniach, na granicy, za którą rządzą separatyści.

Słowiańsk

Jakby wojna trwała od dziesięcioleci. Wielkie zakłady, które kiedyś dawały pracę, pieniądze, poczucie bezpieczeństwa, teraz napędzają wściekłość, gorycz i przekonanie, że za Sojuza było lepiej. Wtedy się działo. Dziś to umarłe hale bez szyb, porzucone, rozszabrowane do cna, do ostatniego drutu. Przerośnięte 20-letnimi samosiejkami. Hałdy, wysypiska, których nikt się nie kwapił uprzątnąć, skoro wyrwał co swoje i wyjechał.

Ludzkie siedliska, koślawe, niskie domki odwrócone twarzą ku drodze, z dachami typowymi dla wschodu Ukrainy i dla Rosji, zwichrowane płoty, odgradzające ten smutek od świata. Przy drodze do Rosji toczy się handel, od dawna jedno z nielicznych źródeł zarobkowania. Zatrzymują się tiry i osobowe, toaleta turecka płatna dwie i pół hrywny. Porzucone psy przylgnęły do nieznajomych, pokornie czekają, wiedzą, że tam, gdzie ludzie, trafia się czasem kąsek. Te psy, które biegają ogłupiałe, każą się domyślać, że ludzie uciekli, zostawili zwierzęta, niech sobie radzą. Władze podają, że w Donbasie zaginęło 1688 osób. Psów nikt nie policzył.

Przy wjeździe do Słowiańska nadal widać zniszczenia bitewne, nie uporządkowano ich może w przekonaniu, że posprzątać warto, kiedy już będzie po wszystkim. Na obrzeżach, w dzielnicy Siemionowka, przy ulicy Lisyczańskiej pociski zrujnowały kilkadziesiąt domów.

Nie wiem, kto strzelał – mówi Mirzajew Muhubijewicz, były oficer milicji. 20 lat temu uciekł z Taszkientu, kupił tu dom i głosował za Ukrainą. Ale wojna przyszła za nim. Dach runął, rozsypały się ściany, na meblach widać ślady strzelaniny, jakby ktoś urządzał sobie polowanie. – Może to bomba kasetowa – zastanawia się gospodarz. Mirzajew z rodziną, żoną, dziećmi, wnukami, przeżył, bo zdążyli się schować w piwnicy i przesiedzieli tam cztery dni. Kiedy wyszli, dom był okradziony nawet z pościeli. Wywiózł żonę z młodymi do Rosji, do Rostowa. Bliżej i bezpiecznie. Z początku zamieszkali w obozie pod namiotami. Teraz wynajęli mieszkanie, drogie. A on wrócił reperować dach, wstawić drzwi, zatroszczyć się o opał na zimę. Cała ulica tak wygląda albo gorzej, bo stare domy rozsypały się jak sklecone z tektury, ludzie wciąż żyją w piwnicach lub obórkach. Mówią, że wszystko stracili, nawet urożaj, zbiory.

Starzy, którzy tu pozostali, nie mają pieniędzy. Płaczą, że władza nie pomaga. Władza zaprzecza, 250 rodzin dostało po ciężarówce opału, a Słowiańsk, bastion separatystów, dopiero co został odbity. Trzeba przywracać miasto do życia, wciąż są miejsca, gdzie brakuje gazu i elektryczności, bieżącej wody. Pomaga wojsko i administracja z Charkowa, fundacja Rinata Achmetowa oraz wolontariusze, bez których trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek skuteczne pomaganie. Pomaga cała Ukraina: to sprawa honoru. – Słowiańsk chce zatrzeć ślady po Donieckiej Republice Ludowej – mówi mer miasta. Sam też uciekł z rodziną do Kijowa. Wrócił, kiedy zrobiło się bezpiecznie. Jego poprzedniczka siedzi w więzieniu za współpracę z separatystami, a raczej dlatego, że nie zdążyła uciec.

Przed merostwem dumnie stoi pomnik Lenina, wodzowi ktoś zawiązał na szyi niebiesko-żółty szalik. Ktoś inny napisał sprayem, że lustracja nie przejdzie, że chcą do Rosji. Rossija!

Napisy pojawiły się przed wyborami – wyjaśnia mer. Poturbowano studentów prowadzących proukraińską kampanię, zrywano narodowe symbole.

Oberwało Studenckie Bractwo, które propaguje jedność kraju i pomaga przesiedlonym. Diana Cymbal, uczennica liceum, mówi, że z tego powodu wołają za nią banderówka. Połowa uczniów wyjechała do Rosji, połowa z połowy, jaka została, trzyma w szafie rosyjskie flagi, jest przeciwko władzy ukraińskiej. Uniwersytet państwowy przeniesiono z Doniecka do Winnicy, mowy nie ma, żeby się wybrali studiować do zachodniej Ukrainy, do Rostowa mają bliżej i bezpieczniej.

W Słowiańsku najlepszy hotel nazywa się Europa, choć miasto wygląda jakby czas się zacementował w głębokich sowieckich latach. Rozmowy o Europie lepiej tu nie zaczynać. Wedle spisu z 2001 r. mieszkało tu 130 tys. obywateli, do wyzwolenia dotrwało w mieście jakieś 40 tys. Teraz uciekinierzy powoli wracają z Rosji. Niektórzy obawiają się, że wrócą też separatyści, inni wyglądają ich z nadzieją, że się oderwą od Kijowa na zawsze i poszybują na wschód.

Uchodźcy koczują u rodzin i u znajomych, na wolnym rynku zaczęło brakować mieszkań, komunalnych od dawna brakuje. Nie wszyscy się ujawniają, z obawy. Przed czym? Może że pomogli separatystom zająć Donieck. Ale dzieci do szkół posyłają, uczy się ich blisko tysiąc. Odkąd działa prawo o przesiedleńcach i jest nadzieja na zasiłki, więcej ludzi się melduje. Będą im wypłacane emerytury, 800 hrywien. I zapomogi przez sześć miesięcy, 2,4 tys. hrywien na rodzinę to nic, ale zawsze coś.

Lepiej w Rosji

W Nikołajewce, gdzie mieszka 130 rodzin przesiedleńców, punkt dystrybucji pomocy zorganizował UNHCR. Ludzie cisną się przed drzwiami, inni niosą już zdobyczne firmowe torby, wyładowane ciuchami. Pani Raczkowska żyje kątem u siostrzenicy, boi się wracać do Doniecka, jest emerytką, uczyła gry na fortepianie. Na emeryturze miałaby zaczynać życie od nowa? – W Donbasie żyło się ciężko i biednie, było coraz mniej pracy, coraz więcej zamkniętych zakładów. Ludzie nie byli nikomu potrzebni, jak te porzucone psy. Aż wybuchło – wyjaśnia to, co się stało. Uważa, że poparcie dla separatystów to był społeczny bunt, bo władza nic dla ludzi nie zrobiła. Tylko kradła i dbała o własne kieszenie. Każda władza. I że najgorsza jest niepewność, kto wróg, kto przyjaciel, tak się nagle porobiło.

Irina Kuzniecowa z córką Elą Dorożko, które też czekają na pomoc odzieżową, chcą do Rosji jak najszybciej. Bo tam lepiej, emerytura wyższa. Bo się boją żyć na Ukrainie. Bo to Ukraina wszystko złe zaczęła. Irina pracowała w kopalni, córka jest fryzjerką. Kopalnia zniszczona i zamknięta. Kto zniszczył? A kto go tam wie, wszyscy niszczyli. Dlaczego w Doniecku poparli separatystów? Wzrusza ramionami. Nie myśleli, że to się tak skończy.

Nie chcę tej nowej ukraińskiej władzy, bo dziś przez nią nie mam nic – mówi Kuzniecowa. – Tylko humanitarna pomoc i wolontariusze coś dla ludzi robią.

Aleksandra Mielczenko też czeka, co się stanie. Całe życie pracowała w Elektroenergii. Zakład został zbombardowany, spalił się nowy transformator, milionczik. Teraz pracuje zaledwie jeden blok, ciepła nie starcza ani roboty. Prąd wyłączają wieczorami. Kto bombardował? A któżby? – daje do zrozumienia, że rządowi. – Politycy winni – oskarża. A ona chce żyć jak dawniej. Żadna Europa do Donbasu nie przyjdzie.

Krasny Łyman

Na błokpoście lepiej się nie sprzeciwiać Nacgwardzistom. To ochotnicy, którzy rzucili domy, wszystko, żeby bronić kraju. Żeby tu Rosja nie przyszła.

Jest nerwowo, separatyści ostrzeliwują pozycje wojsk rządowych, zawieszenie broni to od początku fikcja. Tam separatyści się umacniają, Rosjanie ślą konwoje. Tutaj umacniają się rządowi, drogą suną transportery opancerzone, powiewają niebiesko-żółte flagi. Po wyborach w Donbasie, nieuznawanych przez Kijów, rząd przykręcił śrubę, ruch do strefy okupowanej już nie będzie łatwy jak poprzednio, kiedy tysiące ludzi jechały po pieniądze do bankomatów i po zakupy. Kolejki stały nawet po ziemniaki. Teraz władza zapowiedziała, że żadnej pomocy dla terenów okupowanych nie będzie. Niech płacą im ci bandyci, których poparli.

W Krasnym Łymanie pocisk uderzył w blok mieszkalny, przeleciał przez cztery kondygnacje, frontowa ściana wypadła na ulicę, sufity i podłogi się rozsypały. Na swoim miejscu zostały tylko kaloryfery i tkwią zawieszone między niebem i ziemią jak na ironię, bo i tak w bloku nie ma ogrzewania. Jedni mówią, że to separatyści, że grupa dywersyjna podeszła pod pozycje ukraińskiej armii i strzelała w stronę miasta, żeby oskarżenia padły na rządowych. Inni, że to rządowi ostrzelali osiedle, dranie. Że zginęło 12 osób. Miesiąc temu mówiono o dwóch zabitych. Na trawniku wciąż leżą rozsypane fragmenty mebli, ubrania, książki, których nikt nie pozbierał. Jest wieniec i wypalone świeczki.

Pomoc dla przesiedlonych rozdają w centrum. Jak wszędzie – stoi kolejka. Siergiej Nikołajewicz Sołowiow przywiózł swoim 30-letnim moskwiczem bardzo starsze panie, które znalazły schronienie w pobliskich Rubcach, bo tam nie było walk. Siergiej opowiada, że żył biednie, jak to w Donbasie, ale spokojnie. Ciężko się żyło, bo wszystko rozkradli. Pracował jako kierowca w kołchozie, ale kołchoz zamknęli. Traktory, auta – rozkradzione. Dostał emeryturę, tysiąc hrywien, dopłatę na elektrykę i gaz, bo się kwalifikował ze swoim tysiącem miesięcznie. Teraz dorabia drugi tysiąc, bo znalazł robotę w domu opieki. – Swój rozum mam – mówi, kiedy wokół na murach napisy Rossija lub Putin. Usta mu drżą jak do płaczu. – Niepotrzebnie z rosyjskim językiem walczyli i te Leniny targali. Co im Lenin przeszkadzał? Tu trzeba było po cichońku, po cichońku i ludzie by się przekonali do nowej władzy. A tak co? Całkiem bez rozumu tę politykę w Kijowie robili – martwi się. Bo nie wie, co ze sobą zrobi.

Partia makaronu

Tu z Doniecka przyjeżdżali odpoczywać w weekendy. Jest rzeka i las. Były nawet pensjonaty dla klasy robotniczej, dziś w ruinie, stoją mury i szczerzą wybite okna. W lesie widać pochyloną tablicę Ośrodek im. Titowa. Dawno nieużywany, wszystko się rozsypuje.

Teraz w pensjonacie Nauka, pustym od trzech lat, ulokowano grupę przesiedleńców, 16 osób. Zimno, spuszczono wodę z rur, żeby mróz nie rozsadził instalacji. Zimą będzie ciężko. Z Doniecka, przed ostrzałem, wolontariusze wywozili charytatywnie, za darmo. Innym trzeba było płacić i takich było najwięcej.

W Światogorsku jest słynny prawosławny monastyr patriarchatu moskiewskiego, wierny Janukowyczowi, bo miał jego wsparcie. Do Rostowa stąd blisko, do Kijowa daleko, na mapie i w głowach.

Tutaj też przygarnięto przesiedlonych, w klasztorze, w daczach i w letnim obozie. Mikołaj Szałwkun z żoną uciekł z Gorłówki. Myślał, że na dwa tygodnie, minęły trzy miesiące. – Lenin winien i Putin – mówi otwarcie. Ale jego sąsiad z Gorłówki doskakuje rozwścieczony: – Ty mi Putina nie targaj, słyszysz! Ci w Kijowie to hunta – wygraża pięścią.

Separatyści to bandyci, uzbrojeni psychopaci – rewanżuje się pierwszy. Ale większość tak nie myśli. Na razie i ci, i ci muszą mieszkać pod jednym dachem.

W Charkowie na placu, gdzie do niedawna stał Lenin, a w 2012 r. strefa kibica falowała w futbolowym upojeniu, powstanie pomnik zabitych w walce z separatystami. Są fotografie bohaterów, 20 z Charkowa. Także oficera, który wysadził się pod Iłowajskiem, żeby umożliwić swoim żołnierzom ucieczkę z okrążenia. Zabił 12 Rosjan. Ale i tutaj są oczekiwania, że Lenin powróci.

Wprawdzie rosyjskich flag nie widać, po zamachu na mera Hennadija Kernesa prorosyjski Charków osłabł i się przyczaił. Ten drugi Charków przeżywa przypływ nastrojów patriotycznych, na balkonach i w oknach, na samochodach, na ulicach powiewają flagi ukraińskie. Maluje się płoty, mosty, słupy, latarnie. Żeby pokazać, że Charków, choć mówi po rosyjsku, to myśli po ukraińsku, patriotycznie. Że Putin już nie jest idolem, jak do niedawna.

Ze składek społecznych odremontowano ogromną koparkę, używaną kiedyś w kopalni odkrywkowej, bezrobotną od 20 lat. Dar miasta dla tych, co walczą na wschodzie, dla Donbasu. Trwa demonstracja, maszyna może wykopać dziennie 2 km rowu. Pojedzie na granicę z Rosją, gdzie dziś ochotnicy kopią łopatami, żeby odepchnąć Rosję. Koparkę udekorowano flagą ukraińską i drugą, UPA, czarno-czerwoną. Jeszcze niedawno byłaby o to awantura.

Walerij Wiszniak z centrum pomocy charytatywnej Stacja Charków pracował poprzednio w administracji państwowej. – Polityka Rosji zawsze była skupiona na Donbasie. Znaleźli Janukowycza, znaleźli region, który da się ulepić jak glinę – mówi. Stacja powstała, kiedy wolontariusze skrzyknęli się przez internet. Chcieli pomagać przesiedlonym, bo w Charkowie przybywało ich z każdą chwilą. Zorganizowali informację na dworcu kolejowym, hostel, punkt rozdziału żywności i odzieży.

Pomoc dostają wszyscy, także przeciwnicy Kijowa. Takich Walerij nazywa partią makaronu, zawsze pójdą tam, gdzie wyczują korzyść, a faktycznie ani za Rosją nie są, ani za Ukrainą. Są też i tacy, którzy krążą między punktami z pomocą, a wieczorem wracają do separatystów.

Tych, którzy tęsknią za powrotem Lenina na cokół, Walerij odsyła do charkowskiego Parku Ukraińców Sowieckiego Okresu, jednej z turystycznych atrakcji miasta. – Te postaci z pomników już tam pojechały i tam jest ich miejsce – mówi. A jeśli separatyści wejdą do Charkowa? Jeśli wejdą Rosjanie? – Trzeba być gotowym – mówi.

Jagienka Wilczak z Donbasu

Polityka 49.2014 (2987) z dnia 02.12.2014; Świat; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "Putina mi nie targaj"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną