Podróż największym statkiem świata

Jej wysokość Mayview M.
Wiele prezentów, które znalazły się w tym roku pod choinką, trafiło tam dzięki kapitanowi Petersenowi. Kapitan Petersen nie jest jednak św. Mikołajem. On tylko dowodzi największym statkiem świata.
Mayview jest o 70 m dłuższa niż najnowszy amerykański lotniskowiec, z których każdy jest jak małe pływające miasto.
Juliusz Ćwieluch/Polityka

Mayview jest o 70 m dłuższa niż najnowszy amerykański lotniskowiec, z których każdy jest jak małe pływające miasto.

Na mostku człowiek kontroluje komputery, a one kontrolują jego.
Juliusz Ćwieluch/Polityka

Na mostku człowiek kontroluje komputery, a one kontrolują jego.

Kapitan Jon E. Petersen z Wysp Owczych ma pod sobą 21 członków załogi.
Juliusz Ćwieluch/Polityka

Kapitan Jon E. Petersen z Wysp Owczych ma pod sobą 21 członków załogi.

Podróż do portu w Rotterdamie sama w sobie jest już przygotowaniem na spotkanie z największym statkiem świata. Port z Rotterdamem wspólną ma tylko nazwę. Od centrum miasta dzieli go niemal 40 km. Po drodze trzeba minąć dziesiątki kilometrów rur, z których wyrastają co jakiś czas rafinerie, gazownie, elektrownie, serie gigantycznych zbiorników i urządzenia, których przeznaczenia trudno się domyślić. Przez te setki kilometrów rur płynie ropa, gaz, benzyna, sok pomarańczowy. Dla soku pomarańczowego stworzono nawet odrębny terminal i rurociąg dla tankowców, które go dostarczają.

W porcie w Rotterdamie najszybciej rośnie terminal kontenerowy. Zajmuje coraz więcej miejsca. Ale jednocześnie je tworzy. Holendrzy cały czas budują nowe na terenach wydartych morzu. Na handlu morskim Holandia rośnie więc dosłownie i w przenośni.

Mayview Maersk trudno przegapić. Widać ją z bardzo daleka. Ją, bo wśród marynarzy statek jest zawsze rodzaju żeńskiego. 400 m długości, 59 m szerokości i 73 m wysokości. Wygląda jak gigantyczna taca z kontenerami. Kiedy dwa lata temu powstawały statki typu Triple E, w branży żartowali, że potrójny należy tłumaczyć: za długi, za szeroki, za wysoki. Pierwszy zbudowany kontenerowiec zabierał na pokład 226 kontenerów. Na Mayview można ich zapakować 18 270. W jednym kontenerze mieści się 10,1 tys. iPadów, we wszystkich, które mieszczą się na Triple E, można by przewieźć ich jednocześnie 182 mln. Niemal 90 proc. dostępnych w Europie zabawek przypływa właśnie w kontenerach. 80 proc. elektroniki. Niemal wszystkie tanie aparaty fotograficzne. Zapotrzebowanie jest tak duże, że firma Maersk zamówiła aż 20 takich kolosów.

Mayview jest o 70 m dłuższa niż najnowszy amerykański lotniskowiec, z których każdy jest jak małe pływające miasto. Ale przy nich Mayview, z 21 członkami załogi, to bezludzie. Gdyby nie jedna pora posiłków, niektórzy na pokładzie nie widzieliby się ze sobą kilka dni z rzędu. Casting na nację, która jest w stanie żyć tak przez pół roku, wygrali Filipińczycy. Ale nawet oni potrzebują kilku trików, żeby tam po prostu nie zwariować. Tym bardziej że jedyną używką niezakazaną jeszcze na pokładzie są papierosy.

Tydzień kucharza

Nie pytajcie kucharza, jaki dziś dzień. Dla Roela Castro każdy dzień to poniedziałek, bo każdy wygląda tak samo. Wstaje o piątej nad ranem. Dzień zaczyna od pieczenia świeżych bułek dla załogi. Później bierze się do sadzonych jajek. Na godzinę 7.30 śniadanie musi już być w mesie. Kiedy marynarze są przy śniadaniu, on już przygotowuje lunch. Podaje o 12.30. Po lunchu Roel ma dwie godziny dla siebie. Jak każdy z członków załogi musi mieć 10 godzin na odpoczynek. Przy jego obowiązkach inaczej nie dało się tego ułożyć.

Po dwugodzinnej przerwie Roel wraca do pracy o 15.00. I musi się uwijać, bo ma zaledwie dwie i pół godziny na przygotowanie obiadu, który jednocześnie jest kolacją. To najbardziej obfity i najdłużej celebrowany posiłek na pokładzie. Jeśli te parę minut spędzonych przy talerzu można nazwać celebrowaniem. Po kolacji Roel przygotowuje się do następnego dnia. Z kuchni wychodzi o godz. 19.

Roel ma 45 lat. Na morzu pracuje od 18 roku życia. Chodzi po marynarsku, trochę jakby bokiem. Trudno powiedzieć, czy krzywe nogi zawdzięcza temu chodowi, czy tak chodzi, bo ma krzywe nogi. Ale zęby też ma mało regularne, widać taka uroda. Kucharzem został przez przypadek. Był wolny etat i go wziął. Nie choruje, nie ma dni wolnych ani nie schodzi na ląd. Tak przynajmniej wynika z grafiku. I tak przez pół roku. A później to już tylko miesiąc wakacji. I kolejne pół roku na statku.

W pokładowej hierarchii kucharz jest bytem odrębnym. Kimś zawieszonym pomiędzy zwykłymi marynarzami a kastą oficerską. Ale tak naprawdę to jedna z najważniejszych osób na pokładzie. Jego rękoma kapitan steruje nastrojami, poprawiając je naleśnikami serwowanymi poza grafikiem posiłków albo lodami wydawanymi w dniu, w którym lodów normalnie się nie wydaje. Na statku, gdzie wszystkie dni są takie same, to posiłki powodują, że załoga orientuje się, w której części tygodnia się właśnie znajduje. Jeśli na obiad są steki z frytkami, to znaczy, że mamy sobotę. Budyń z owocami, czyli poniedziałek. Lody są mylące, bo to może być i niedziela, i środa. A mogą to być również lody spoza grafiku.

Roel jest pośrednikiem pomiędzy duńską a pozostałą częścią załogi. – Duńczycy ciągle chcą mięsa. Filipińczycy i Tajowie ryb. Na szczęście jedni i drudzy chcą warzyw. Warzywa mnie ratują – mówi. Menu układa tak, żeby każdy był zadowolony. Pieczeń wieprzową serwowaną z ziemniakami równoważy pieczoną rybą. Kurczaka w sosie słodko-kwaśnym z nutką imbiru – hot dogami. Kuchenny balans osiągnął w czasie półrocznego szkolenia w Danii. Radził sobie nieźle, ale uznano, że jest za mało duński. Nauczył się europejskiej kuchni, co nie znaczy, że ją rozumie. Z dystansem podchodzi do jedzenia ziemniaków, puddingów i herbatników z plastrami żółtego sera. Za to nie dziwi się, kiedy hinduski oficer zalewa jajecznicę mlekiem.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną