Świat

Sto lat codzienności

Prywatne fotograficzne archiwum Libanu

Anna Dąbrowska i Diab Alkarssifi Anna Dąbrowska i Diab Alkarssifi Diab Alkarssifi
Odkrycie polskiej artystki Anny Dąbrowskiej buduje nową pamięć o Bliskim Wschodzie.
Ślady wojny i zniszczeń są w Libanie na każdym kroku.Diab Alkarssifi Ślady wojny i zniszczeń są w Libanie na każdym kroku.
Wśród odnalezionych klisz mnóstwo jest scen z życia prywatnego, czasem wręcz intymnego.Diab Alkarssifi Wśród odnalezionych klisz mnóstwo jest scen z życia prywatnego, czasem wręcz intymnego.
Większość bohaterów to anonimowi ludzie.Diab Alkarssifi Większość bohaterów to anonimowi ludzie.
W marcu 2015 r. kolekcja zostanie pokazana w Bejrucie, a potem w Londynie i w Polsce.Diab Alkarssifi W marcu 2015 r. kolekcja zostanie pokazana w Bejrucie, a potem w Londynie i w Polsce.
Libańczycy z natury są pogodni; lubią się bawić.Diab Alkarssifi Libańczycy z natury są pogodni; lubią się bawić.
Są też zdjęcia z libańską Miss Universe Georginą Rizk.Diab Alkarssifi Są też zdjęcia z libańską Miss Universe Georginą Rizk.
Cała kolekcja liczy ponad 27 tys. zdjęć.Diab Alkarssifi Cała kolekcja liczy ponad 27 tys. zdjęć.
Libańska sielanka....Diab Alkarssifi Libańska sielanka....
Zdjęcia są w różnym stanie w zależności od materiału, na jakim były robione.Diab Alkarssifi Zdjęcia są w różnym stanie w zależności od materiału, na jakim były robione.
Libańska wojna...Diab Alkarssifi Libańska wojna...

Na przekór wojnie domowej Liban tętnił życiem na przyjęciach, basenach i wiecach. Odkrycie polskiej artystki Anny Dąbrowskiej – tysiące zdjęć wykonanych przez libańskiego fotografa Diaba Alkarssifiego – buduje nową pamięć o Bliskim Wschodzie.

Nikt inny nie fotografował Libańczyków w taki sposób: z bliska, intymnie, łamiąc tabu. Na zdjęciach są prywatne chwile: rodzinne uroczystości, pikniki, pocałunki, domowe żarty i przebieranki, kobiety śmiejące się w głos z odsłoniętymi włosami albo lamentujące w rozpaczy nad trumną. W tle toczy się wielka wojna domowa między chrześcijanami i mniejszością muzułmańską (1975–90). Zmęczeni żołnierze przysiadają z bronią w ręku, protestuje lokalny oddział partii komunistycznej, koronowane głowy składają wizytę na prowincji.

Ale na pierwszym planie jest życie – szczęśliwe, codzienne, zmieniające się obyczaje, nowe stroje i rozrywki. Familiarne uśmiechy i swobodne pozy sugerują, że bohaterowie znali fotografa – był przyjacielem albo krewnym. Pozwalali, by im towarzyszył podczas kąpieli w basenie, radości z pierwszego śniegu, odpoczynku w ogrodzie. Te niepozorne chwile teraz stanowią bezcenny dokument – zapis świata utraconego, bezpowrotnie zmienionego przez wojenne zniszczenia i polityczne burze. Rodzinne archiwa Libańczyków ginęły w pospiesznych przeprowadzkach i pod gruzami. To jedno obejmuje ponad sto lat, jest detalicznym i niemal totalnym zapisem życia. Taki rejestr mógł powstać tylko dzięki komuś, kto fotografował obsesyjnie, jakby chciał zachować cały świat. I to mu się udało.

1.

A Lebanese Archive (Archiwum Libańskie) – taką nazwę nosi unikatowa kolekcja zdjęć wykonanych i zebranych przez Diaba Alkarssifiego, półamatora i półzawodowca, pochodzącego z miasteczka Baalbek przy granicy z Syrią. Zdjęcia dotarły do Europy w 1993 r. w jego uchodźczym bagażu, po czym spędziły 17 niezakłóconych lat pod łóżkiem. Teraz jest o nich głośno. Stały się przedmiotem międzynarodowego projektu artystycznego oraz dyskusji o roli archiwów i pamięci. Dzięki trwającej miesiąc internetowej kampanii w crowdfundingowym serwisie Kickstarter udało się zgromadzić 20 tys. funtów na wydanie artystycznej książki z fotografiami Alkarssifiego. Brytyjskie wydawnictwo Book Works zapowiedziało premierę, projekt graficzny przygotowała Kelly Weedon współpracująca m.in. z The Globe Theatre i Victoria&Albert Museum.

To zaledwie początek – w marcu 2015 r. zdjęcia zostaną pokazane w Bejrucie, a później w Londynie i Polsce. Wszystko dzięki Annie Dąbrowskiej, polskiej artystce multimedialnej pracującej w Londynie. To ona odkryła Archiwum Libańskie, pomogła zabezpieczyć je na przyszłość i tchnęła w nie nowe życie.

Kolekcję Alkarssifiego uratował szczęśliwy zbieg imigranckich losów. Anna Dąbrowska przyjechała do Londynu, by studiować sztukę w prestiżowym Goldsmith College na początku lat 90., Diab dotarł do miasta rok później. Ale spotkali się dopiero w 2010 r. w hostelu dla bezdomnych w dzielnicy Camden. Tym samym, którego nowoczesne toalety wychwalał w 1931 r. George Orwell w „Na dnie w Paryżu i w Londynie”. Pisarz pomieszkiwał tam, gdy Arlington House, ufundowany w 1905 r. przez filantropa lorda Rowtona, służył za hotel dla mężczyzn. W 2010 r. stał się nowoczesnym hostelem dla osób w potrzebie, łączącym sypialnie z salami szkoleniowymi i studiem artystycznym. Anna Dąbrowska pracowała tam nad serią zdjęć „House of Homeless” (Dom Bezdomnych). Osadziła życiowych rozbitków w roli bohaterów tradycyjnych zdjęć portretowych, dawniej wykonywanych na zamówienie zamożnych i wpływowych. Fotografowała ich w klasycznych ujęciach, na czarnym tle.

– Diab przyszedł do studia już pierwszego dnia. Posiwiały, dystyngowany gentleman o lasce. Nie sposób go zapomnieć – wspomina Dąbrowska. – Słabo mówił po angielsku, mimo to szybko się porozumieliśmy, rozmawialiśmy o miłości i pasji fotografowania.

Alkarssifi miał wtedy 59 lat. Trafił do hostelu z powodu trudności rodzinnych. Chętnie włączył się w projekt Dąbrowskiej i pożyczonym aparatem fotografował okolice przytułku. Pewnego dnia zjawił się w studiu z pakunkami pełnymi starych zdjęć.

Były powciskane w torebki, powiązane w pliki. Stare odbitki i klisze troskliwie otulone kawałkami starych libańskich gazet, na których roiło się od zapisków po arabsku: jakieś nazwiska, miejsca, daty – wspomina Dąbrowska. – Wiedziałam, że mam przed sobą skarb. Od początku swojej pracy zajmowałam się pamięcią, interesuje mnie relacja między wspomnieniami indywidualnymi a pamięcią kulturową. Uwiodła mnie nie tylko ilość i różnorodność tego materiału, on pobudzał wszystkie zmysły. W studiu zapachniało starym papierem, celuloidem, dalekim światem i czasem. Odbitki pochodziły z różnych okresów, niektóre były późnowiktoriańskie, czarno-białe, twarde i grube, inne kolorowe, zakurzone. Wiele z nich było poniszczonych, poplamionych, porysowanych. Wyciągałam z tej masy przypadkowe zdjęcia, jak kolejne zagadki i tajemnice.

Na podłodze studia rozkładała setki kadrów: wesela, pogrzeby, pikniki, dzieci w drodze do szkoły, mężczyźni na wyprawie strzeleckiej w góry, dygnitarze i celebryci podczas oficjalnych uroczystości, kobiety odpoczywające w ogrodach. Nie wiedziała, że rozpoczyna archiwistyczną odyseję.

2.

Kilka miesięcy później żona Diaba przywiozła z Libanu następne 5 tys. odbitek i negatywów, jeszcze więcej zostało w rodzinnym domu pod opieką krewnych. Cała kolekcja miała liczyć ponad 27 tys. zdjęć. Większość wykonał Alkarssifi, fotografując wszystko, co widział, i wszystkim, co wpadło mu w ręce. Był kompulsywny – część klisz wypełniona jest niemal identycznymi klatkami, można je z powodzeniem poddać animacji. – Najważniejsi byli dla niego ludzie, moment, akcja. Chciał być w jej środku. Dlatego tyle zdjęć jest nieostrych, zrobionych pod zaskakującym kątem. A jednak na każdej kliszy znajduje się jeden czy dwa kadry o doskonałej kompozycji. Fascynujące jest to, co udawało mu się uchwycić na marginesie: jakieś puste, nudne kąty, poboczne i niepozorne zdarzenia, które z punktu widzenia pamięci są bezcenne – ocenia Dąbrowska.

Wspólnie z Alkarsiffim zaczęła układać i porządkować kolekcję, co zajęło im ponad dwa lata. Z pomocą The Arab Image Foundation powstaje nie tylko książka, ale także cyfrowe archiwum zeskanowanych i opracowanych zdjęć. Część materiału można już obejrzeć na stronie www.lebanesearchive.co.uk.

Oprócz fotografii zrobionych przez Diaba w kolekcji są także albumy rodzinne, podarowane mu przez przyjaciół i znajomych (przeczuwali, że w niepewnych wojennych czasach u niego będą bezpieczniejsze), a także zdjęcia, które zbierał w zakładach fotograficznych w regionie: Libanie, Kuwejcie, Jordanii, Syrii czy Egipcie. Sportretowane postaci, w większości anonimowe, reprezentują różne grupy społeczne i wyznaniowe, nieistniejące już przekonania, styl życia i estetykę. Kolekcja obejmuje całe stulecie – najstarsza odbitka pochodzi z 1890 r., najmłodsza – z 1993 r. Poza życiem prywatnym uwiecznionym przez Diaba – miłośnika fotografii, znalazło się na nich również to publiczne i polityczne, zarejestrowane przez Alkarssifiego zawodowca.

3.

Diab Alkarssifi urodził się w 1951 r. w Baalbek, słynącym z kompleksu starożytnych ruin objętych patronatem UNESCO. Miejscowość była stałym punktem wizyt polityków i sław. Diab miał kilka lat, gdy zaczął robić zdjęcia aparatem pożyczonym z lokalnego zakładu fotograficznego, tam też zdobył porady warsztatowe. Odbitki przygotowywał sam w łazience. Później dostał od mamy rosyjskiego zenitha. Uwieczniał rodzinę, kolegów, życie miasteczka, przyjazdy oficjeli. „Robiłem zdjęcia cały czas, gdziekolwiek byłem” – mówił z dumą w wywiadzie dla „The Guardian”. Dąbrowska podkreśla jego zaangażowanie: – Pracował z poczuciem humoru, nostalgią, ale i z pasją. Był odważny, wścibski, łamał reguły. Nosił okulary humanisty – interesowało go to, co łączy ludzi, jak przyjaźń i tradycje trzymają nas przy życiu.

Talent do obserwacji rozwinął prawdopodobnie dzięki kalectwu. We wczesnym dzieciństwie chorował na polio, do dziś kuleje. Nie mógł włączać się do podwórkowych zabaw, ale gdy przemierzał okolicę z aparatem i rejestrował wydarzenia, czuł się kimś. Pochodził z niezamożnej rodziny, na studia do Moskwy pojechał jako członek Komunistycznej Partii Libanu. W połowie lat 70. w sowieckiej stolicy, a także Budapeszcie zgłębiał filozofię i media. Nadal fotografował.

Dąbrowskiej, która urodziła się w Polsce w 1973 r., jego studenckie zdjęcia wydały się najbliższe: – Defilady, pochody, życie uliczne, stroje były dla mnie nie tyle podróżą do przeszłości, co powrotem do domu. Wyrosłam w jednej epoce i doświadczyłam przejścia w kolejną, traktuję więc pamięć nie jak narzędzie nostalgii, ale jako część życia. Wierzę, że rozumienie wspomnień i ich mechanizmów jest kluczem do tworzenia przyszłości i zmieniania jej na lepsze.

Alkarssifi przerwał studia w 1977 r., gdy zaostrzyła się wojna domowa w Libanie. Wrócił, obawiając się o los rodziny, i podjął pracę w komunistycznym dzienniku „Al Nida”. Pisał i fotografował, podróżował na tereny walk, na oficjalne uroczystości, na prowincję. 16 lat intensywnej reporterskiej pracy stanowi dziś pokaźną część Archiwum Libańskiego. Na zdjęciach są sceny walk, ofiary wojny, ranni, ludzie władzy. To równoległa nitka losów kraju, dopełniająca rodzinne kadry.

Na jednym z najczęściej eksponowanych zdjęć, łączącym intymność i historyczną doniosłość archiwum Alkarssifiego, została uwieczniona regionalna piękność – Georgina Rizk. Pochodząca z Libanu Miss Universe (pierwsza kobieta z Bliskiego Wschodu wyróżniona tym tytułem) w 1977 r. odwiedziła Baalbek. Na fotografii uśmiecha się, ciasno otoczona przez wielbicieli. Ma na sobie kapelusz z dużym rondem i dopasowaną bluzkę w stylu safari. Kilka miesięcy wcześniej poślubiła pakistańskiego polityka – Alego Hassana Samiego. Niecałe dwa lata po zrobieniu zdjęcia Sami zginął z rąk agentów Mosadu, ponieważ uznano go za członka Czarnego Września, organizacji odpowiedzialnej za zabójstwo 11 izraelskich sportowców podczas igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 r. Georgina na drugiego męża wybrała piosenkarza, dziś jest jurorką konkursów piękności.

4.

Nie jest jasne, dlaczego w 1993 r. Diab znalazł się z żoną i dziećmi w Londynie. Według jednej z wersji miał obiecaną posadę w telewizji, według innej – grożono mu, gdy opublikował reportaże o szmuglowanych do Europy starożytnych artefaktach. Dąbrowska dostrzega w tym jeszcze jeden wymiar artystyczny Archiwum Libańskiego: – W biografii Diaba współistnieją różne, konkurencyjne prawdy. Ciekawi mnie, jak redagujemy własną pamięć, unikamy tego, co wstydliwe, a eksponujemy to, co nas wzmacnia i na danym etapie życia jest nam potrzebne. Tak konstruujemy rodzinne albumy, wypełniamy je zdjęciami szczęśliwych chwil.

W 2011 r. Dąbrowska pojechała z Diabem do Libanu, by odnaleźć brakującą część archiwum i rozwijać inspirowany nim projekt. Tworzy artystyczną odpowiedź na prace Alkarssifiego. Przebywała w Bejrucie na zaproszenie Stowarzyszenia Sztuk Plastycznych Ashkal Alwan, wróciła do miejsc sfotografowanych przez Diaba, robiła tam nowe zdjęcia, przygotowywała projekcje multimedialne na budynkach i na wodzie. Zaintrygowana plamami i rysami na odbitkach Diaba zaczęła je fotografować pod mikroskopem. – Odbyłam podróż do wnętrza zdjęć. Od razu pojawiły się skojarzenia między pokiereszowanymi odbitkami a budynkami Bejtrutu noszącymi ślady kul. Ale nie chcę fetyszyzować znamion wojny, szukam sposobu, by nadać temu archiwum współczesny wymiar.

Kiedy dotarli do domu w Baalbek i otworzyli drzwi do schowka, w którym czekać miała pozostała część kolekcji, na podłodze leżała – niczym ślad po uprowadzonym skarbie – tylko jedna fotografia. Reszta zdjęć zaginęła, dom długo pozostawał bez opieki. Mimo rozczarowania Dąbrowska uznała ocaloną część archiwum za wystarczająco wartościową, by kontynuować prace.

W książce, oprócz zdjęć Diaba, znajdą się jej fotografie, a prezentacje i wystawy Archiwum Libańskiego będą połączone z dyskusjami o pamięci. – W Polsce myślenie o archiwizacji dowodów życia społecznego nie jest jeszcze rozwinięte, w Libanie niedawno zdano sobie sprawę z wartości wspomnień. To pozostawia artystom duże pole działania. Mam nadzieję, że nasz projekt poruszy różne obszary kulturowej pamięci i wywoła debatę także wśród Polaków – mówi Dąbrowska i przyznaje, że teraz, gdy wypełniła rolę kustosza archiwum, chciałaby spełnić rozbudzone nim ambicje artystyczne. Dalsze losy Archiwum Libańskiego zależą jednak od otwartości Alkarssifiego, który o zdjęciach mówi: „To moje dzieci, moje życie”.

Diab żyje w małym mieszkaniu w Londynie, utrzymuje się z renty i emerytury, ma zapewnioną pomoc opieki społecznej. Chciałby kiedyś wrócić do Libanu, na razie pracuje nad książką o historii Baalbek.

Polityka 2.2015 (2991) z dnia 06.01.2015; Na własne oczy; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Sto lat codzienności"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Kryzys diagnostyki prenatalnej. „Po co pani teraz te wyniki?”

Zgodnie z wiedzą medyczną jest tylko jedno wskazanie do przeprowadzenia badań prenatalnych, czyli tzw. żywa ciąża. W Polsce dotąd nieuznawane.

Agata Szczerbiak
20.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną