„Made in Germany”: gdzie ci perfekcjoniści?

Niemiecki nieporządek
Niemcy swego czasu uwierzyli, że są firmy i instytucje, na których można polegać. Ostatnio jednak zaczęli mieć wątpliwości, a tragedia samolotu Germanwings już ostatecznie sprowadziła ich na ziemię.
Przegląd silników lotniczych w zakładach Lufthansy
Peter Ginter/Science Faction/Corbis

Przegląd silników lotniczych w zakładach Lufthansy

Airbus A320-211, który 24 marca rozbił się we francuskich Alpach.
Sebastian Mortier/Wikipedia

Airbus A320-211, który 24 marca rozbił się we francuskich Alpach.

„Ci Niemcy, zawsze tacy dokładni” – mówi do kamery francuski aktor Fabrice Michel. Pobudka w hotelu równo o siódmej, tak jak miało być. Taksówka przed wejściem czeka punktualnie. Odprawa na lotnisku perfekcyjnie zorganizowana, a na pokładzie samolotu najlepsze wino i elegancko podana deska serów. „Fantastycznie!” – cieszy się Michel. W tym momencie dowiadujemy się, że oglądamy reklamę Lufthansy. Spot powstał dwa lata temu i odwoływał się do ständige Perfektionismus – ciągłego perfekcjonizmu Niemców. Do mitu, na którym ostatnio pojawiły się rysy.

Wtorek 24 marca przejdzie do czarnej historii lotnictwa. Tego dnia we francuskich Alpach rozbija się samolot tanich linii Germanwings, spółki córki Lufthansy. „Upadek mitu” – ogłasza na pierwszej stronie szacowny „Die Zeit”. Charakterystyczny wznoszący się żuraw – od lat przedwojennych logo Lufthansy – w wersji redakcyjnej pikuje. „Jeśli coś było pewne, to Lufthansa” – czytamy w artykule. Hamburski tygodnik przekonuje, że katastrofa w Alpach wstrząsnęła tożsamością koncernu. I całego narodu.

Lufthansa dwunasta

W lutowym rankingu najbezpieczniejszych linii lotniczych, przygotowanym przez instytut JACDEC, Lufthansa zajęła 12 miejsce. Ale spośród konkurentów europejskich wyżej znalazły się tylko holenderskie linie KLM (zwyciężyły Cathay Pacific Airways z Hongkongu).

„Marka Lufthansa symbolizuje niezawodność, bezpieczeństwo i profesjonalizm” – dowiadujemy się z prospektu reklamowego. Ostatnia wielka katastrofa przydarzyła się niemieckiemu koncernowi ponad 40 lat temu, gdy krótko po starcie z Nairobi rozbił się boeing 747. Zginęło wówczas 59 osób. Później śmiertelny wypadek przytrafił się Lufthansie jeszcze tylko w 1993 r. – podczas feralnego lądowania airbusa A320 w Warszawie. Zmarli wtedy pasażer i członek załogi.

Niezawodność to nie tylko bezwypadkowość. Nie tak dawno koncern chwalił się, że w 2013 r. odnotował najlepszy wynik punktualności w swojej historii. Ponad 85 proc. wszystkich połączeń z portów przesiadkowych we Frankfurcie nad Menem i Monachium odbyło się z maksymalnie 15-minutowym opóźnieniem. „Odsetek pasażerów, którzy nie zdążyli na swoje połączenie przesiadkowe lub nie otrzymali swojego bagażu w miejscu lądowania, wynosi 1 procent” – czytamy w komunikacie.

Redakcja „Die Zeit” zebrała za swój artykuł cięgi. Za naruszenie mitu, ale też za pośpiech. Tekst z mocną tezą i pikującym żurawiem szedł do druku, gdy przyczyny tragedii lotu 9525 nie były jeszcze znane. Dopiero później prokuratura podała, że najprawdopodobniej katastrofę spowodował Andreas Lubitz – drugi pilot, który miał umyślnie rozbić maszynę o skały.

Po tym, co stało się w Alpach, niemiecki koncern pospieszył z zapewnieniem, że przeglądy techniczne samolotów Germanwings są tak samo skrupulatne jak w przypadku Lufthansy. Identyczne – 33-miesięczne i poprzedzone dokładnymi testami – jest także szkolenie pilotów. Mimo to można się zastanawiać, czy wszystko przebiega jak należy. W 2009 r. Lubitz poinformował szkołę Lufthansy o swoim „poważnym epizodzie depresyjnym”, który miał ustąpić. Uzyskał wówczas pomyślną opinię psychiatryczną. W jego licencji pilota znalazło się wskazanie na poważną chorobę, w świadectwie kwalifikacji – już nie. Czy było to niedopatrzenie? Czy na pewno nikt w Germanwings nie wiedział o późniejszych problemach zdrowotnych Lubitza? I dlaczego po uzyskaniu licencji pilota mógł pomyślnie przechodzić kolejne testy medyczne?

Być może stawianie pod pręgierzem akurat Lufthansy jest niesprawiedliwe. Standardy bezpieczeństwa obowiązujące w niemieckim koncernie i tak wydają się ponadprzeciętnie wysokie. Historia podobna do tej z Lubitzem mogła się wydarzyć w każdym innym kraju. Jeśli jednak czegoś dowiodła, to tego, że absolutne bezpieczeństwo nie istnieje. Nawet jeśli mamy do czynienia z niemiecką usługą.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną