Północ i południe USA: odległe dwa światy

Konfederaci nie składają broni
Gdy równe 150 lat temu wojna secesyjna dobiegła końca, na Południu rozpoczęła się rebelia, która do dziś rozrywa Amerykę.
Na zawodach sportowych, koncertach i przed prywatnymi domami miast Południa, a nawet w parlamencie stanowym Południowej Karoliny, wciąż powiewają konfederackie flagi.
Michael Holahan/Zuma Press/Corbis

Na zawodach sportowych, koncertach i przed prywatnymi domami miast Południa, a nawet w parlamencie stanowym Południowej Karoliny, wciąż powiewają konfederackie flagi.

Żołnierze Konfederacji polegli w bitwie pod Chancellorsville, 1863 r.
Wikipedia

Żołnierze Konfederacji polegli w bitwie pod Chancellorsville, 1863 r.

Za faktyczny koniec wojny uznaje się wiosnę 1865 r. – wtedy najważniejsze oddziały Południa złożyły broń. I właśnie teraz w różnych miejscach USA obchodzona jest 150 rocznica zakończenia największej rzezi w ich historii. Przy okazji niektórzy zadają pytanie, czy jest co świętować, sugerując, że konflikt trwa w najlepsze.

Już pięć dni po kapitulacji gen. Roberta Lee w Północnej Wirginii w Ford’s Theater w Waszyngtonie znany aktor i jednocześnie agent Konfederacji John Wilkes Booth zakradł się do prezydenckiej loży i strzelił Abrahamowi Lincolnowi w tył głowy. Wraz z zamordowaniem prezydenta rozpoczęła się nowa rebelia dopiero co pokonanego Południa. I w pewnym sensie trwa do dziś.

Na zawodach sportowych, koncertach i przed prywatnymi domami miast Południa, a nawet w parlamencie stanowym Południowej Karoliny, wciąż powiewają konfederackie flagi. Sąd Najwyższy ma wkrótce zdecydować, czy umieszczanie ich na tablicach rejestracyjnych, na co pozwala dziewięć południowych stanów, jest zgodne z konstytucją. Część deputowanych w Missisipi chce przeforsować pieśń konfederatów „Dixie” jako oficjalny stanowy hymn. Ted Cruz, republikanin z Teksasu, który jako pierwszy ogłosił przed kilkoma tygodniami swój start w wyborach prezydenckich, mówi, że Biały Dom powinien stać w Teksasie, a nie w Waszyngtonie.

To wszystko symbolika, ale przepaść dzieląca dzisiejszą Amerykę na dwa światy – wzdłuż granicy między dawną Unią i Konfederacją – ma też namacalny wymiar ekonomiczny, społeczny i polityczny. W klasycznym studium „The Mind of the South” (Umysł Południa) z 1941 r. W. J. Cash pisał, że „Południe nie jest państwem w państwie, ale czymś najbardziej do tego zbliżonym”. Jego słowa niewiele straciły na aktualności.

Wojna

W wojnie między Południem a Północą zginęło 750 tys. Amerykanów. To więcej niż we wszystkich innych amerykańskich wojnach razem wziętych. Biorąc pod uwagę wzrost populacji, porównywalny konflikt kosztowałby dziś życie 7,5 mln ludzi. Do tego doliczyć trzeba pół miliona żołnierzy rannych, okaleczonych przez amputacje, popadłych w szaleństwo. Rektorka Uniwersytetu Harvarda Drew Gilpin Faust w książce „This Republic of Suffering” (Ta republika cierpienia) opisuje stosy ludzkich kończyn, poukładane równiutko jak drewno opałowe i wywożone wozami z lazaretów jak z rzeźni. Co czwarty ranny po zabiegu amputacji umierał.

Południe w wielu regionach zrównano z ziemią. Kampania armii gen. Williama Shermana, która pod koniec 1864 r. przechyliła szalę zwycięstwa na korzyść Północy, zostawiła po sobie zgliszcza – zburzone mosty, spalone stacje kolejowe, całe miasteczka i wsie.

Wiele współczesnych interpretacji opowiada o wojnie jako dniach chwały. Bohaterowie Północy ginęli za wolność dla 4 mln niewolników i jedność Unii; bohaterowie Południa za prawo do samostanowienia. Faust przyjmuje inną perspektywę: oddając głos kobietom, które w czasie wojny pisały listy, pokazuje kraj bez bohaterstwa, za to zanurzony w rozpaczy. Takich przekazów jest coraz więcej.

David Goldfield na pierwszej stronie książki „America Aflame” (Ameryka w ogniu) nazywa wojnę „największą klęską w dziejach USA”. Postać gen. Shermana dobrze pokazuje dzielące Amerykę spory o historię. Dla Północy Sherman jest genialnym dowódcą, bez którego nie udałoby się ocalić Unii, dla Południa – bezwzględnym mordercą i podpalaczem. Południowcy mają przecież swojego bohatera: Nathana Bedforda Forresta, brawurowego dowódcę kawalerii, który po wojnie został pierwszym przywódcą Ku-Klux-Klanu.

Wojna o historię szybko się nie skończy. Stowarzyszenia i fundacje odwołujące się do konfederackiej tradycji liczą setki tysięcy członków. Kilka lat temu w czasie referendum na temat utrzymania konfederackiej symboliki na fladze Georgii jeden z jej przegranych zwolenników powiedział: „Zachowamy naszą złość przy życiu. Naszą wściekłość i nieprzejednanie będziemy nosić jak medal”.

Bóg

W czerwcu 2010 r., kiedy ponad 60 dni od eksplozji na platformie wiertniczej Deepwater Horizon wybrzeże Luizjany zamieniało się w monstrualny basen ropy, tamtejszy parlament stanowy zaproponował nowe rozwiązanie. Deputowani obu partii jednogłośnie ustanowili Dzień Modlitwy. Kiedy zawodził inżynieryjny wysiłek, pomóc mógł już tylko Bóg. Wprawdzie po Dniu Modlitwy ropa lała się do morza przez kolejne trzy tygodnie, ale gdy wreszcie przestała, najważniejsi stanowi politycy ogłosili, że jak nic zostało to wymodlone.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną