Dlaczego prekariat może być niebezpieczny

Przegrani, obcy, sfrustrowani
Rozmowa z prof. Guyem Standingiem o tym, jak poczucie życiowej niepewności wytwarza potężne fale antysystemowego buntu.
„Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze”.
Andriy Popov/PantherMedia

„Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze”.

„W ciągu ostatniego roku duża część prekariuszy zrozumiała, że nic nie zmienią bez wejścia w politykę. Stąd erupcja Podemos w Hiszpanii. Syrizy w Grecji”.
Aris Messinis/AFP/EAST NEWS

„W ciągu ostatniego roku duża część prekariuszy zrozumiała, że nic nie zmienią bez wejścia w politykę. Stąd erupcja Podemos w Hiszpanii. Syrizy w Grecji”.

Prof. Guy Standing
materiały prasowe

Prof. Guy Standing

Jacek Żakowski: – Tytuł pana książki brzmi „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa”. Dlaczego niebezpieczna?
Guy Standing: – Prekariat składa się z trzech grup. Każda jest inaczej niebezpieczna.

Co to są za grupy?
Pierwsza to dawna klasa robotnicza, z jej starą kulturą, tradycją rodzinną, rolą społeczną. Ci ludzie pełnią podobne społeczne role co rodzice, ale nie mają szansy na odtworzenie ich sytuacji społecznej. Rodzice byli dumnymi górnikami, kolejarzami, dokerami. Ta tożsamość gwarantowała skromną, ale spokojną egzystencję i pewne miejsce w społecznym porządku. Dziś te role tego nie dają.

To są przegrani międzygeneracyjnie.
I czują się przegrani. A ponieważ nie są dobrze wykształceni, łatwo wierzą demagogom, populistom, neofaszystom, którzy grają na ich lękach i wmawiają, że ich cierpienie to wina obcych. Na Zachodzie winą obarcza się migrantów. To spycha przegranych na skrajnie prawicowe pozycje. Tak jest też w Japonii, Australii, USA. Wiemy z historii, jakie za tym idzie niebezpieczeństwo. Nienawiść, którą populiści rozpalają w przegranych, dotyczy nie tylko obcych. Obejmuje też tych, którzy ich bronią. Czyli faktycznie wszystkich związanych z liberalno-demokratycznym porządkiem. Polityków, mediów, sądów, ruchów obywatelskich. To pokazał zamach na wyspie Utoya. Nienawiść do obcych (czyli drugiej grupy prekariuszy) budzi wrogość wobec demokratycznego porządku, który ich toleruje i broni.

Podobna wrogość narasta wśród obcych i wybucha poparciem dla dżihadu. Bo demokratyczne państwo nie tylko pozwala obcym istnieć, ale też nienawidzić ich i wykluczać.
Te grupy prekariatu mają podobny problem. Nie rozumieją, że to nie one są dla siebie nawzajem problemem, ale struktura – system dzielący bogactwo i przywileje. To, że nierówności tak rosną, nie jest winą prekariuszy. To jest produkt globalnego systemu. Rosnącą część pieniędzy pochłaniają czynsze – opłaty patentowe, licencje na znaki towarowe, prawa autorskie, know-how. Przez 10 lat trzykrotnie wzrosła liczba patentów. A patent to 20-letni monopolistyczny dochód korporacji, która go posiada. Prawa autorskie dają takie prawo pół wieku po śmierci twórcy. A praktycznie wszystko, co się produkuje, kupuje, używa, jest obciążone prawami patentowymi albo autorskimi. To jest całkiem nowe zjawisko. W kraju takim jak Polska szybko maleje część dochodu przypadająca na lokalny kapitał i opłacenie lokalnie wykonywanej pracy. Bo rosną opłaty za zagraniczne prawa intelektualne. Na to nakłada się zróżnicowanie płac. Elita salariatu, czyli ludzi normalnie zatrudnionych, zarabia coraz więcej. A prekariat zarabia coraz mniej i traci emerytury, urlopy, prawo do leczenia.

Ten proces trwa 20 lat, ale politycy nie zauważyli, jak bardzo zmienił rzeczywistość. Zwracają się głównie do klasy średniej, lekceważąc upośledzone mniejszości. A dawne mniejszości stały się większością. Dlatego decyzje wyborców zaskakują.

W Polsce obcych jest mało. Agresja przegranych dotyka ludzi kojarzonych z poprzednim systemem i z Brukselą.
Podobnie jest w Szkocji. Ale miejsce ludzi poprzedniego systemu zajmują ludzie londyńskiego City. A w innych krajach – ludzie Wall Street, EBC, MFW. Prekariat odrzuca tradycyjne partie, bo są powiązane z systemem, który skazał ich na niepewność. Wszędzie słyszę, że wrogiem jest finansowy globalny kapitalizm, a tradycyjne partie mu służą. Centrolewica i centroprawica są w oczach prekariuszy tak samo uwikłane.

W Polsce przegrani częściej popierają prawicę.
Centrolewica deklaruje społeczną troskę i często też niechęć do banków, ale mało kto wierzy w deklaracje. Prawica jest przynajmniej szczerze niechętna obcym. Idealnej dla przegranych oferty – łączącej niechęć do obcych i banków – w głównym nurcie polityki nie ma.

Bo główny nurt odpowiada na potrzeby społeczeństw, w których prekariat nie istniał.
I tu dochodzimy do trzeciej grupy prekariuszy. Ludzi młodych, którzy kupili drogi bilet do dobrego życia, dobrze się wykształcili, a nie widzą przed sobą przyszłości. Są sfrustrowani. Przygniata ich niepewność. Nie chodzi o sam brak pewności zatrudnienia. Chodzi o brak ścieżki karier, brak praw, brak narzędzi planowania, przewidywania, kontrolowania swojego życia. Kiedy wszystko zostaje utowarowione, dramatycznie rośnie także ten typ ryzyka, do którego byliśmy jakoś przyzwyczajeni. Na przykład ryzyko utraty pracy.

Sfrustrowani nie domagają się pewności zatrudnienia ani większej redystrybucji i pomocy państwa.
Dlatego są groźni! Frustruje ich brak perspektyw, a w dużej części zaakceptowali neoliberalne zasady, które im te perspektywy zabrały. Kwestionują system, akceptując jego zasady. Chcą być ich profitentami. Nie złoszczą się, że system jest zły. Złoszczą się, że dla nich jest zły. W pierwszej fazie frustracji nie chcą zastąpić tego systemu innym, chcą znaleźć się na miejscu tych, którzy na nim korzystają. Uważają, że winne jest stare państwo. Dlatego je odrzucają. Wierzą w rynek, który ich upośledza, a nie wierzą w państwo, które ich może obronić. Odrzucają stare instytucje – partie, związki zawodowe, organizacje biznesu. Wroga widzą w strukturze społeczeństwa kapitalistycznego. Chcą czegoś innego, choć jeszcze nie wiedzą czego. Ale od Hiszpanii, przez Włochy, po Grecję ruchy sfrustrowanych powtarzają, że nie staną się partią. W pierwszym okresie oburzeni w Nowym Jorku, Londynie, Madrycie nie chcieli nawet żadnych relacji z państwem. W ciągu ostatniego roku duża część prekariuszy zrozumiała, że nic nie zmienią bez wejścia w politykę. Stąd erupcja Podemos w Hiszpanii. Syrizy w Grecji. Podobnych grup we Włoszech. Przegrani wciąż popierają prawicę. Obcy bronią tradycyjnych partii albo radykalizują się w swojej tożsamości. A sfrustrowani organizują się sami. Nie szukają pomocy polityków. Wyłaniają ich ze swojego grona. Starym partiom nie pomaga podchwytywanie elementów programu prekariuszy. Odrzucają je bez względu na to, co obiecują. W ciągu tego roku w bardzo wielu krajach prekariusze zaczęli rozumieć, że są prekariuszami. Mówiąc językiem Marksa: z klasy w sobie stają się klasą dla siebie. Świadomą swojej specyfiki i budującą swoją reprezentację.

To jest zagrożenie?
To jest najbardziej ekscytujące zagrożenie ze wszystkich tworzonych przez prekariuszy. Bo kwestionuje stare państwo w całości. Metaforycznie mówią: nie chcemy mieć z wami nic wspólnego. Chcemy nowej polityki, nowych instytucji, nowych struktur i zasad. To jest groźne.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną