Japonia zrywa z pacyfizmem
Rosnące Chiny zagrażają Japonii, zatem Japonia musi szukać sposobów na skuteczniejszą obronę. To credo japońskiego premiera Shinzō Abe, który forsuje w parlamencie ustawę pozwalającą jego żołnierzom pójść z odsieczą napadniętemu sojusznikowi.
H22 Parade of Self-Defense Force/Wikipedia

Japońska konstytucja, narzucona prawie 70 lat temu przez Amerykanów, dopuszcza jedynie działania zbrojne służące obronie kraju. Konstytucyjne jest więc zestrzelenie rakiety zmierzającej ku terytorium Japonii, ale nie wolno japońskim żołnierzom strącić rakiety lecącej na USA. Abe, tak jak wielu jego konserwatywnie nastawionych rodaków, przedstawia rzecz jako przestarzały i krępujący absurd. W obliczu szybko zmieniającego się układu sił Japonia musi zrzucić pacyfistyczny gorset i zmiany dopuszczające niesienie pomocy sojusznikom to pierwszy krok w tym kierunku.

Od końca II wojny światowej Japonia nie utrzymuje regularnej armii, tylko siły służące do samoobrony, co nie przeszkadza im, by były dziewiątą potęgą militarną globu. Mają nowoczesne zdolności obronne, m.in. tarczę antyrakietową i sprzęt niezbędny do prowadzania działań z dala od swojego archipelagu. Do korzystania z pełni możliwości brakuje im jednak prawnego zielonego światła.

Zdaniem japońskich konstytucjonalistów, Abe zapala je gwałcąc ducha praw, bo ustawa właśnie przyjęta przez niższą izbę parlamentu jest sprzeczna z konstytucją. A tę zmienić trudno, rząd nie zdoła wygrać referendum, koniecznego do konstytucyjnej korekty.

Przy okazji pracom parlamentarnym nad ustawą, ze 110-godziną debatą i awanturą połączoną z szarpaniem przewodniczącego specjalnej komisji ds. bezpieczeństwa, towarzyszyły wielotysięczne protesty na ulicach Tokio, organizatorzy mówią nawet o 100 tys. przeciwników pomysłów premiera. Obawiają się oni, że Abe niepotrzebnie rozmontuje system, który zapewnił Japonii prawie siedem dekad spokoju i dobrobytu. Nie warto, argumentują, przecież Japonia ma gwarancje USA. Ceną ma być wzmocnienie antyjapońskiego resentymentu, nadal obecnego w Azji Wschodniej i przede wszystkim dodanie propagandowej amunicji chińskim komunistom.

Jak w naszej części Europy obawiamy się niemieckiej i rosyjskiej mocarstwowości, tak na Dalekim Wschodzie powrót do czegoś, co może przypominać odnowę japońskiego militaryzmu, przywołuje najgorsze wspomnienia przełomu XIX i XX w., kilkudziesięciu lat brutalnego ekspansjonizmu i milionów ofiar. Ale inaczej niż w Europie, w tamtej części świata nie było rachunku sumienia, przeprosin i pojednania. W tym sensie wojna trwa.

Politycy z Chin, a także m.in. z Korei, chętnie wyciągają antyjapońską kartę, by wzmacniać żywe w regionie nacjonalizmy, by mobilizować swoje społeczeństwa i bić punkty popularności. W takim nastroju kroki podejmowane przez Abego to jak sianie wiatru. Z groźną burzą na odległym horyzoncie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną