Kanał przerzutowy Bałkany: miękkie podbrzusze Europy
Jest noc, a na grecko-macedońską granicę podjeżdżają autobusy. Uchodźcy idą wzdłuż torów. Gdy z ciemności wychodzą w światło latarni – rozglądają się niepewnie.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Greckie władze przywiozły ich tu autobusami, między innymi z Aten i Salonik. Autobusy, puste już, stoją w szczerym polu, kierowcy palą papierosy i rozmawiają z policjantami nudzącymi się przy swoich radiowozach. Uchodźcom na spotkanie wychodzą wolontariusze. Witają, prowadzą do punktów, w których można dostać wodę, ubranie, doraźną pomoc.

Pan Lazarus postawił dla nich budę z fast-foodem. – Za darmo – mówi – nie mam dla nich nic. Niedrogo – tak, ale za darmo – nie. Ja też jestem biedny człowiek, jak oni. Poza tym – zatacza szeroko ręką – tu są moje pola. I przychodzę ja któregoś dnia na pole, a tam pogryziona kukurydza. Patrz pan – otwiera bagażnik, a tam faktycznie kukurydza. Pogryziona. – I kto mi za to zapłaci?

– No właśnie – pytam – kto?

– Nie wiem. Państwo? No bo oni, ci imigranci, to niby z czego… – wzrusza ramionami.

– Ja też byłem kiedyś imigrantem – dodaje Lazarus po niemiecku. – Ale porządnym! Przestrzegałem wszystkich praw! A oni mi tę kukurydzę, o… – macha mi przed oczami pogryzioną kolbą i wraca do swojego fast-fooda.

Niektórzy uchodźcy zresztą zachodzą do Lazarusa. Mają jeszcze jakieś pieniądze i chcą zjeść coś na ciepło. Lazarus dwoi się i troi, szykuje gyrosy, odbija sobie pogryzioną kukurydzę. Inni podchodzą do wolontariuszy. Biorą wodę, przebierają się. Dziękują wylewnie. Pomagam sortować buty przy furgonetkach z darami, a później noszę je do stanowisk.

– Ale wyrzucaj te kiepskie – mówi mi zmęczonym i nieco zblazowanym głosem dziewczyna, która dyryguje pracą. – I tak ich nie wezmą. Po co im kiepskie buty.

Wolontariusze tutaj, w pogranicznym Idomeni, to nie żaden NGO, to po prostu lokalsi, którzy pomagają uchodźcom już od dawna. Nie chcą nawet rejestrować stowarzyszenia, choć ułatwiłoby to przyjmowanie darów i wpłat. Twierdzą, że gdy pojawią się ramy prawne, zaczną się kłótnie i niesnaski. A tak – każdy jest szefem, każdy pracuje, o ile uważa, że powinien. Nikt nie ma do nikogo pretensji, a na stanowisku zawsze ktoś jest. Z własnej woli.

Stoimy tutaj już od roku – mówi jedna z nich, Christina. – Bo oni już od dawna tędy idą. To tylko wy, media, żeście się teraz dopiero obudzili. Brawo. Ale dobre i to.

*

Greccy policjanci grupują ludzi po 50 osób. Imigranci stoją w świetle latarni, po czym gliniarze krzyczą: go, go, go! I migranci ruszają w stronę macedońskiej granicy. Konkretnie – w stronę przerwy w ciągu zwojów drutu kolczastego. Idą powoli, między greckimi policjantami. Grecy są w porządku. Przybijają piątki z dziećmi, uśmiechają się. Macedończycy po drugiej stronie drutu kolczastego noszą mundury polowe i karabiny, ale też się uśmiechają.

– Welcome, welcome – mówią. Słychać szum silników autokarów, które czekają już na uchodźców po drugiej stronie granicy.

– A co będzie – pytam macedońskiego żołnierza – jeśli ja też przejdę razem z nimi?

– A skąd jesteś? – pyta. – Z Polski? Damy ci 100 euro kary i deportujemy do Grecji. Co, prasa? To ci jeszcze dorzucimy za brak akredytacji! – śmieje się i klepie mnie po plecach. – Musisz, chłopie, przez oficjalną granicę. Sorry.

– Ile ludzi tędy przechodzi, tak mniej więcej? – podchodzi do nas jakiś anglojęzyczny dziennikarz.

Macedoński żołnierz i grecki policjant, który przysłuchuje się rozmowie, zamyślają się:

– Średnio jakieś 3000–5000 ludzi.

– Na tydzień?

Patrzą na niego jak na idiotę:

– Dziennie!

– Bałkany to miękkie podbrzusze Europy – rzuca niezłym angielskim grecki policjant. – Zna pan to? Tutaj, proszę pana, nie chodzi o nas. Chodzi o was.

– Na szczęście – mruczy Macedończyk.

*

Z Macedonii uchodźcy ciągną do Serbii. Autobusy spod pogranicznej Gewgelii wiozą ich w okolice macedońskiego Lojane, skąd piechotą idą na leżący po serbskiej stronie Miratovac. To samo co w Grecji: mundurowi po obu stronach: welcome, goodbye, thank you. Zarówno Lojane, jak i Miratovac zamieszkane są przez muzułmańskich Albańczyków. Kolumny uchodźców mijają muzułmański cmentarz i cieszą się: swoi! Cykają mu zdjęcia komórkami. Widzą minaret – też cykają. Ale do meczetu rzadko zachodzą. Rozmawiam z panem Samirem. W kraju katolickim byłby kościelnym, w islamskim – jak go nazwać? Meczetowym? W każdym razie pan Samir jest tu od wszystkiego. Teraz naprawia w meczecie dach. Smołuje, potem położy dachówki.

– Dawniej – mówił – gdy tu pomocy żadnej nie było, to cały ogródek przy meczecie był pełny. Zimą spali w świątyni. Ludzie gotowali jedzenie, przynosili. Teraz pomocy jest więcej, dostają jedzenie i wodę, ciepło jest – więc raczej nas omijają. Czasem kilku przyjdzie na nabożeństwo. Tak z jeden na pięćdziesięciu naszych, a i to nie zawsze.

Siedzimy pod daszkiem, przy fontannie do rytualnego obmywania, i pijemy kawę. Hodża zwołał już wszystkich na nabożeństwo przez głośnik na minarecie, i ceremonia właśnie się zaczyna. Mimo że uchodźcy ciągną przez wieś, do meczetu nie zachodzi nikt. Ze wsi zresztą też prawie nikt, poza kilkoma lokalnymi staruszkami w białych, jajowatych czapkach na głowach.

– No widzisz – wzrusza ramionami pan Samir. – Jak trwoga, to do Boga. A tak, to… – macha ręką.

 A pan idzie? – pytam.

– Eee – uśmiecha się. – Ja się już nachodziłem. I znowu nie aż taki wierzący jestem.

*

Szlak imigrantów, jak wszędzie, znaczą setki wyrzuconych butelek po wodzie, papierków, torebek, skórek od bananów. Nie ma się co spodziewać, że wielka wędrówka ludów będzie specjalnie estetyczna i że migranci będą taszczyli za sobą przenośne kosze na śmieci. Trudno też się jednak dziwić narzekaniom lokalnych mieszkańców, którzy kręcą głowami: zgadnijcie, kto to teraz będzie musiał posprzątać?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną