Czy Chiny mogą zbankrutować?

Państwo siedem i pół
Chińczycy w swej obsesji na punkcie wzrostu PKB zapomnieli o polityce. Teraz jednak, gdy wskaźniki gospodarcze spadają, polityka może sobie przypomnieć o Chińczykach.
Chiny w ciągu ostatnich 35 lat odnotowały prawdopodobnie największy skok gospodarczy w historii.
Stringer Shanghai/Reuters/Forum

Chiny w ciągu ostatnich 35 lat odnotowały prawdopodobnie największy skok gospodarczy w historii.

Na fali chińskich sukcesów powstała opinia, popularna nawet bardziej w krajach rozwijających się niż w Europie, że oto chiński model jest dziś realną alternatywą dla systemu wolnorynkowego.
X.Zhou/Wikipedia

Na fali chińskich sukcesów powstała opinia, popularna nawet bardziej w krajach rozwijających się niż w Europie, że oto chiński model jest dziś realną alternatywą dla systemu wolnorynkowego.

Wskaźniki gospodarcze bywają czasem sprawą wagi państwowej, szczególnie jeśli są źródłem legitymizacji władzy. Dlatego w Chinach jeszcze przed publikacją akceptuje je (i nierzadko poprawia) specjalny komitet w partyjnej centrali. Magiczna liczba, wokół której od 20 lat kręci się życie tego komitetu i w ogóle wszystkich szczebli chińskiej administracji, to 7,5 – taki ma być minimalny wzrost gospodarczy, koniec i basta. Socjologowie partyjni jeszcze w latach 90. doszli do wniosku, że tylko 7,5-procentowy wzrost PKB zapewni państwu spokój społeczny, bo da zatrudnienie milionom Chińczyków wchodzącym co roku na rynek pracy. Dziś już wiadomo, że ten poziom wzrostu jest nie do utrzymania.

Realne wartości chińskich wskaźników leżą w sferze domysłów, bo lokalne władze zawyżają je, aby dobrnąć do magicznej liczby 7,5. Z jednym wyjątkiem, który dotychczas skutecznie omijał cenzurę. Chodzi o poziom zużycia energii elektrycznej – publikowany bez przeszkód, miał w zamyśle świadczyć o niekończącym się chińskim rozwoju. W poprzednich latach wyprzedzał realny wzrost PKB o mniej więcej dwa punkty procentowe. Od stycznia nie przekroczył jednak 4 proc. w skali roku, co by oznaczało, że prawdziwy wzrost PKB jest odpowiednio niższy.

To jeszcze niczego nie przesądza, bo czarnowidztwo w sprawie Chin jest modne. Na Zachodzie jest co najmniej kilku wpływowych ekonomistów, którzy z przewidywania rychłego bankructwa Państwa Środka uczynili sposób na życie. Ci eksperci zmieniają tylko daty w swoich apokaliptycznych tekstach i publikują je co dwa, trzy lata, za każdym razem używając tych samych argumentów. W efekcie nastąpiła dewaluacja znaczenia złych wieści z Państwa Środka. Tym trudniej wychwycić te prawdziwie złe.

Tym razem są jednak inne symptomy zbliżającego się kryzysu. Jonathan Fenby, autor najpoczytniejszych książek o chińskiej tożsamości, były korespondent tygodnika „The Economist” w tym kraju, mówi wręcz o „bąblujących Chinach”. Takie bąble, bańki tworzą się, gdy wartość przedsięwzięcia lub całej branży jest przeszacowana i wówczas jedno zdarzenie (np. pojedyncze bankructwo) może przebić bańkę, sprowadzając ceny gwałtownie na ziemię i narażając przy tym cały system. W chińskim przypadku mamy dziś do czynienia z całą serią takich baniek, wygenerowanych przez państwowe sterowanie gospodarką.

Najbardziej spektakularna jest ta eksportowa. Przez ostatnie 35 lat to eksport stanowił siłę napędową chińskiej gospodarki i do dziś daje 23 proc. PKB. Jego szybki rozwój był możliwy m.in. dzięki subsydiowanym przez państwo kredytom oraz sztucznie niskiej wartości chińskiej waluty. W efekcie, gdy w kryzysie spadły zagraniczne zamówienia, cała branża została z 30-procentową nadwyżką mocy produkcyjnych i z niespłaconymi pożyczkami. Podobne problemy ma branża budowlana (miasta duchy i puste autostrady donikąd) oraz państwowe molochy energetyczne.

Schemat się powtarza – zadłużona w czasach prosperity firma teraz nie jest w stanie spłacać rat. A ponieważ do bankructwa dojść nie może ze względów, nazwijmy to, społeczno-politycznych, potrzebne są kolejne pożyczki. Przy ich udzielaniu nie działają już mechanizmy rynkowe, bo mowa jest o de facto państwowym systemie bankowym, nadzorowanym często przez lokalne władze, które aby utrzymać odpowiednie wskaźniki, będą ratować bankrutów za wszelką cenę.

Za dolary yuany

Tu właśnie jest błąd w systemie. Z jednej strony, napompowane firmy bez zagranicznych zamówień wykańczają się nawzajem, schodząc z marżą do poziomów śladowych, bo ze względów społeczno-politycznych nie mogą się zrestrukturyzować, czyli np. zwolnić części pracowników. Z drugiej strony, bożek 7,5 proc. wymusza na lokalnych władzach podobny wyścig: rozdawanie ulg podatkowych, przydzielanie państwowej ziemi za bezcen i udzielanie pożyczek, które nigdy nie będą spłacone – aby tylko na koniec roku zaraportować Pekinowi, że zadanie zostało wykonane. W rezultacie, jak ocenia firma konsultingowa McKinsley&Company, realny (bo nieoficjalny) dług publiczny Chin wzrósł z 7 bln dol. w 2007 r. do 28 bln w 2014 r. i wynosi już 282 proc. PKB. Grecki w najgorszym momencie ledwo przekroczył 180 proc.

Optymiści odpowiadają: i co z tego? Państwo, które ma na kupce odłożone ponad 3 bln dol., nie może zbankrutować. Problem w tym, że owe rezerwy działają jako zabezpieczenie, dopóki się ich nie użyje. Aby ratować upadające chińskie firmy, Pekin musiałby za te dolary kupić yuany, co bardzo wywindowałoby ich kurs i w praktyce zabiło chiński eksport. Dlatego naczelny pesymista od Chin Kenneth Rogoff w książce „This Time Is Different” (Tym razem będzie inaczej) doszedł do wniosku, że nawet w przypadku globalnych hegemonów ich upadek gospodarczy zaczyna się od zbyt dużego długu. – Po Ameryce i Europie teraz pora na Chiny – mówił Rogoff kilka tygodni temu na konferencji na Uniwersytecie Harvarda. – W gospodarce duże zmiany nadchodzą wolniej, niż się tego spodziewamy, ale gdy już do nich dojdzie, przebiegają szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Nie oznacza to, że słynny chiński model rozwojowy się nie sprawdził, wręcz przeciwnie. Trzymając się bożka wzrostu, Chiny w ciągu ostatnich 35 lat odnotowały prawdopodobnie największy skok gospodarczy w historii. Jeszcze w 1980 r. chiński PKB wynosił ok. 200 mld dol., czyli mniej więcej tyle, ile Tajwanu. Dziś przekracza 10 bln dol., podczas gdy tajwański nie dobił jeszcze do 500 mld. Żadne państwo w historii nie rozwijało się przez trzy dekady ze średnim tempem wzrostu na poziomie 10 proc. rocznie. I można zarzucać Chinom brak polityki społecznej, ale warto przy tym pamiętać, że tylko dzięki wzrostowi gospodarczemu od lat 80. z biedy wydźwignęło się prawie pół miliarda Chińczyków.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną