Unia trzeszczy w posadach, mimo to wciąż jest politycznym sukcesem

Europa wam się udała
Andrew Moravcsik, profesor politologii i europeistyki na Uniwersytecie Princeton, syn węgierskiego imigranta, o tym, dlaczego – mimo wszystko – Unia Europejska jest wciąż największym sukcesem politycznym świata.
Berlińska Brama Brandenburska przybrała barwy narodowe Francji po atakach terrorystycznych na Paryż w listopadzie 2015 r.
Moment RF/Getty Images

Berlińska Brama Brandenburska przybrała barwy narodowe Francji po atakach terrorystycznych na Paryż w listopadzie 2015 r.

Prof. Andrew Moravcsik
AN

Prof. Andrew Moravcsik

Marek Ostrowski: – Według pana Europa działa dobrze. Naprawdę?
Andrew Moravcsik: – Związałem karierę akademicką z próbą objaśnienia integracji europejskiej, ogromnego sukcesu Europy od lat 50. I ona nadal stanowi sukces. Nie opieram się na jakichś idealnych wyobrażeniach o mechanizmach unijnych. Europa działała tak dobrze nie pomimo, ale właśnie dlatego że nie jest aż tak scentralizowana, jakby chcieli euroentuzjaści; dlatego że nie wydaje tak wielkich pieniędzy; dlatego że nie ma wcale aż tylu urzędników.

W większości wypadków, kiedy działa dobrze, odzwierciedla interesy narodowe wielkich europejskich krajów. Dzieje się tak, bo Europa jest zbiorem najbardziej współzależnych od siebie państw świata. W tym sensie Europa to droga ku przyszłości. Może nie dla utopijnych federalistów, jakich wielu w Brukseli, ale w bardzo pragmatycznym wymiarze.

I to da się obronić, gdy mamy tyle kryzysów naraz?
Europa w końcu osiągnie pewien poziom optymalny, bo każdy system federalny dochodzi do równowagi władz na różnych szczeblach. W tej równowadze Europa zawsze będzie faworyzować państwa narodowe kosztem federacji, ale uważam, że system dalej działa dobrze. Jest na to wiele dowodów, w każdym razie więcej, niż sami Europejczycy myślą.

Proszę dać przykłady.
Najlepszym instrumentem promowania pokoju i dobrobytu na świecie w ciągu ostatnich 25 lat było rozszerzenie Unii Europejskiej. To wymagało skomplikowanego połączenia działań ekonomicznych, instytucjonalnych, woli politycznej. Ani USA, ani Chiny nie dysponują takim instrumentem.

Dalej: wielu Europejczyków krytykuje wspólną politykę zagraniczną, a ja twierdzę, że jest zaskakująco skuteczna. Weźmy politykę wobec Ukrainy. To sukces, gdyż krajom europejskim udało się wspólnie wywrzeć nacisk na Rosję poprzez sankcje, mimo że to bardzo kosztowny nacisk, wart nawet pół punktu procentowego unijnego PKB. Ameryka nigdy nie zapłaciłaby takiego rachunku.

Trzeci przykład: wspólny rynek funkcjonuje dobrze, mimo największego kryzysu od lat 30. XX w. W tamtym kryzysie pierwsze, co uczyniono, to zamknięto granice. A teraz w Europie, mimo wielkich problemów z migrantami, granice są wciąż otwarte. Dlaczego? Bo Europa dorobiła się silnej instytucjonalnej ochrony swobody przepływu kapitału i towarów. I to nie jest jakieś chwilowe osiągnięcie w rozwoju, lecz prawdziwy sukces na skalę światową.

Mówi pan z przekąsem o utopijnych federalistach, ale może oni właśnie są tu niezbędni?
W polityce trzeba ludzi zaangażowanych, którzy wierzą w Europę. Ale nigdy nie stanowili oni głównego motoru zmian. Najwięcej zrobili dla Europy ci, którzy wcale nie byli ideologami integracji. Na przykład de Gaulle. Stworzył on wspólną politykę rolną, najbardziej scentralizowaną politykę w Europie, a przecież był przeciwnikiem ponadnarodowych pomysłów. Margaret Thatcher była antyeuropejska, ale zdecydowanie promowała wspólny rynek. Politycy znajdują więc dobre powody wspierania Unii.

Kiedy trzeba zgody 28 krajów członkowskich, to wspólnym celem nie jest jakaś wiara w Europę, lecz współzależność, wspólne wyzwania. Co pewien czas pojawiają się liderzy sprzeciwiający się Europie, ale w końcu ludzie idą za głosem podstawowych interesów. W końcu chodzi o niewielkie pieniądze. Cała unijna biurokracja jest skromniejsza niż niewielkie miasto, a budżet europejski to zaledwie 1 proc. krajowego PKB państw członkowskich.

Krytykuje pan jednak wprowadzenie wspólnej waluty.
To zła polityka, sprzeczna z logiką współczesnej gospodarki. Wprowadzeniu euro towarzyszyła wiara, że cykle gospodarcze krajów strefy walutowej będą coraz bardziej zbieżne, ale tak się nie stało. Trwanie przy tej polityce sprzyja kredytodawcom, a nie kredytobiorcom. Być może na dalszą metę to służy wszystkim, ale średniookresowo sprzyjało krajom takim, jak Niemcy, Holandia, Finlandia, a nie sprzyjało Grecji, Hiszpanii, Portugalii ani Włochom. Tkwimy w tej polityce, gdyż krótkookresowe koszty wyjścia z niej są zbyt wysokie. To ironia losu, bo przy wprowadzeniu euro myślano, że bolesne, choć krótkie, będzie przystosowanie się do wspólnej waluty, za to skutki długoterminowe będą dobroczynne.

Dziś to jednak nie euro, lecz migranci są w centrum uwagi. Narasta fala nacjonalizmu.
Nie zgadzam się z ludźmi, którzy mówią: ponieważ mamy kryzys migracyjny, to wszystko inne się rozleci. Tak, możemy mieć poważne trudności przez dwa czy trzy lata, ale o katastrofie nie ma mowy. Nawiasem mówiąc, migracja – obok euro – to jedyny problem naprawdę obchodzący wyborców. Nie wierzę w scentralizowaną europejską politykę migracyjną, że ten kraj weźmie tylu, inny tylu itd. Raczej będą to targi między państwami zależne od ich sytuacji wewnętrznej.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną