Świat

Nawet jeśli Sanders odpadnie z wyścigu do Białego Domu, wiele udało mu się dokonać

. . Timothy Krause / Flickr CC by 2.0
Bernie Sanders wyraźnie przegrał z Hillary Clinton w ważnych demokratycznych prawyborach w stanie Nowy Jork. Na szczęście wcześniej udało mu się trochę rozruszać amerykańską lewicę. To po nim zostanie.

Arytmetycznie wygląda, że koniec jest bliski. Clinton dostała w Nowym Jorku kilkanaście procent więcej i zdobyła głosy kolejnych delegatów. Do demokratycznej nominacji ciągle jej jeszcze trochę brakuje, ale faworytka amerykańskiego establishmentu złapie teraz nowy wiatr w żagle. Powróci też pewnie argument, że czas już przestać się wygłupiać z tym socjalistą (sam tak o sobie mówi) Sandersem. I wszyscy demokraci powinni stanąć za jej kandydaturą w obliczu listopadowej walki o Biały Dom, w której kandydatem republikanów będzie najpewniej kontrowersyjny Donald Trump.

A Sanders? Po nowojorskiej porażce powiedział dziennikarzom, że bierze dzień wolnego i leci do domu do Vermont. Trudno mu się dziwić. Sam Bernie zrobił ostatnich miesiącach wiele, by rozruszać amerykańską politykę i wyrwać ją ze śmiertelnie przewidywalnych (i niestety szkodliwych) torów, po których się do tej pory poruszała.

Po pierwsze, Sanders zadał więc kłam tym wszystkim piewcom postpolityki, którzy twierdzili, że kandydatów sprzedaje się jak wystandaryzowane produkty. Wystarczy tylko znaleźć człowieka, nauczyć go zestawu uśmiechów, dobrać odpowiedni w tym sezonie krawat i zapoznać z paroma okrągłymi frazesami. Ale 76-letni senator z Vermontu, który wygląda, jakby wnuki zrzuciły mu się na rollercoaster, a on dał im się na to namówić, przeczy jednak tym prawidłom. Na dodatek zagrał na nosie wielkiemu biznesowi i swoją kampanię oparł niemal wyłącznie na datkach osób prywatnych. Czym podkreślił swoją niezależność od wielkich grup interesu, bez których (jak się dotychczas zdawało) nic w amerykańskiej polityce osiągnąć już nigdy nie będzie można.

Po drugie, Sanders to wielkie zmartwychwstanie ideologii. Znów na przekór tym wszystkim, którzy twierdzili, że polityka się skończyła i że na zawsze będziemy już niewolnikami neoliberalizmu, który przejawia się w wyborze, czy podatki powinny być niskie czy może jeszcze niższe. Albo w ogóle głosi, że takie tematy jak gospodarka to lepiej zabrać politykom, bo jeszcze coś zepsują.

Tymczasem Sanders zaproponował Amerykanom program polityki (głównie ekonomicznej), jakiego nie widzieli od czasów New Dealu Franklina Delano Roosevelta. Z wielkim programem inwestycji publicznych (finansowanych długiem i wyższymi progresywnymi podatkami), wzmocnieniem pracownika oraz ambicją rozbudowy państwowej opieki zdrowotnej i dobrej edukacji dla wszystkich. Niezależnie od zasobności portfela.

Program głoszony przez Sandersa jeszcze niedawno zostałby zbyty jako populizm. Ale już nie jest. I to właśnie trzeci punkt, w którym Sanders zmienił amerykańską politykę. Przypomniał, że populizm nie jest wcale żadną deformacją demokracji. Odwrotnie, on jest jej solą. Można nawet powiedzieć, że populizm jest tym, co odróżnia demokrację od autorytaryzmu, opartego przecież na zapisanym lub nie przekonaniu, że tylko jakaś wąska elita, oligarchia, wódz albo partia wiedzą, w którą stronę naród poprowadzić. A lud winien być trzymany z dala od politycznych decyzji, ponieważ on wszak nie potrafi spojrzeć na sprawę dostatecznie szeroko i mądrze.

Po czwarte (i najważniejsze), Sanders przypomniał demokratom, że są partią lewicową. I że nie mogą już dłużej zachowywać się u władzy tak jak w czasach Billa Clintona, gdy forsowali „reformy” (choćby deregulację Wall Street), które ewidentnie nie miały nic wspólnego z troską o dobro ogółu społeczeństwa. Jego fenomen stworzy u demokratów sporą presję na Hillary Clinton, która od początku była kandydatką neoliberalnego establishmentu i umiarkowanego środka. Ale teraz będzie musiała odrobić lekcję Sandersa. I wmontować do swoich planów część jego postulatów. To zresztą już się dzieje. Nie wszystek więc Sanders umrze. Nawet jeżeli przegra.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną