Świat

Kontrrewolucja sytych

Brazylia: znów przewrót?

Demonstranci na Copacabanie czekają na decyzję parlamentu o impeachmencie prezydent Dilmy Rousseff. Demonstranci na Copacabanie czekają na decyzję parlamentu o impeachmencie prezydent Dilmy Rousseff. Silvia Izquierdo/AP Photo / EAST NEWS
W Brazylii odżywa fatalna latynoamerykańska tradycja obalania demokratycznych rządów w imię interesów garstki. Tym razem nawet armia może nie być potrzebna.
Zdjęcia ukazujące przełomowe momenty kariery politycznej Dilmy Rousseff, które doprowadziły do uruchomienia procedury impeachmentu.Jane de Araújo, Senado Federal, José Cruz, Marcello Casal Jr e Valter Campanato/Wikipedia Zdjęcia ukazujące przełomowe momenty kariery politycznej Dilmy Rousseff, które doprowadziły do uruchomienia procedury impeachmentu.
Na bohatera klas wyższych, wrogich Dilmie i Luli, wyrósł sędzia Sergio Moro, który prowadzi śledztwo w aferze Petrobrasu. Zaczął jako sprawiedliwy szeryf, ale szybko pokazał, że jest stroną w walce o władzę.Senado Federal/Wikipedia Na bohatera klas wyższych, wrogich Dilmie i Luli, wyrósł sędzia Sergio Moro, który prowadzi śledztwo w aferze Petrobrasu. Zaczął jako sprawiedliwy szeryf, ale szybko pokazał, że jest stroną w walce o władzę.

To nie początek końca, lecz początek walki! – wykrzyczała prezydent Dilma Rousseff dzień po głosowaniu w Kongresie, które rozpoczęło procedurę usunięcia jej z urzędu. Konstytucja dopuszcza impeachment, ale tylko gdy głowa państwa popełni przestępstwo.

Pretekstem do impeachmentu jest domniemane ukrywanie za pomocą trików księgowych wysokości deficytu budżetowego w 2015 r. Gdyby jednak to był prawdziwy powód kryzysu politycznego, pewien kongresmen opozycji nie wychwalałby oficera armii, który w czasach dyktatury torturował Dilmę – jak poufale mówią o niej Brazylijczycy. Gdyby chodziło o biurokratyczne wykroczenia, na ulice nie wychodziłyby setki tysięcy ludzi manifestujących to nienawiść do rządu – jedni, to poparcie – drudzy.

Brazylijczycy są podzieleni, jak nie byli od czasów dyktatury trzy dekady temu. Jedni malują obraz „najgorszego kryzysu w dziejach”, kraju w ruinie, rządzonego przez „czerwoną szajkę”. Drudzy są wdzięczni lewicowemu rządowi za wyciągnięcie ich z nędzy, ogłaszają, że będą bronić demokracji i nie pozwolą na zamach stanu. W ten sposób również Dilma nazywa próbę usunięcia jej z urzędu.

Zamachy stanu należą do mrocznej części dziejów Ameryki Łacińskiej. Dziś stara oligarchia, tracąca część władzy na rzecz uboższych grup, uczy się z powodzeniem odzyskiwać władzę w drodze bezkrwawych przewrotów, bez udziału wojska. Narzędziami są kontrolowane przez „swoich” wymiar sprawiedliwości i media. A jeśli w parlamencie udaje się skleić większość, można zrobić, co się chce. Udało się już w Hondurasie (2009 r.) i Paragwaju (2012 r.). Uda się w Brazylii?

Przez ostatni rok opiniotwórcze środki przekazu w Europie i USA opisywały brazylijski kryzys, powielając antyrządową wersję miejscowych telewizji i gazet należących do pięciu oligarchicznych rodzin. Ich opowieść przetłumaczona na język ulicznych manifestacji brzmi tak: oto złodzieje, nieudacznicy, lewacy, którzy umościli się u władzy, rozkradają od kilkunastu lat państwo i niszczą mlekiem i miodem płynącą Brazylię. Według tej opowieści naprzeciwko „czerwonych złodziei” stanął uczciwy sędzia-szeryf ścigający korupcję i opozycjoniści – wcielenie wszystkich człowieczych cnót.

Doprawdy? Przed głosowaniem Kongresu nad usunięciem Dilmy miesięcznik „Piaui” (niszowe pismo klasy „New Yorkera”) policzył, że spośród 513 deputowanych mających wziąć udział w głosowaniu przeciwko 299 toczą się procesy lub inne dochodzenia; 76 ma wyroki. Zachodnie media, które na co dzień chwalą neoliberalne rządy i chłoszczą lewicowych egalitarystów, wykonały ostatnio niespodziewaną woltę. „The Economist” napisał, że „wobec braku dowodów przestępstwa impeachment Rousseff jest nieuzasadniony”. Inne pisma kpiły, że „wypełniony złodziejami Kongres usuwa prezydent za budżetowe nieprawidłowości”. Na Dilmie żadne zarzuty o korupcję nie ciążą.

A jeszcze chwilę temu Brazylia uchodziła za model rozwoju, wzór godzenia rynkowej ortodoksji z egalitarną wrażliwością. Gdzie tkwią źródła kryzysu, który przypomina wstęp do wojny domowej lub zamachu stanu? Dlaczego trzy miesiące po wyborze na drugą kadencję popularność Dilmy spadła do kilku procent, wkurzeni wylegli na ulice, a opozycja poczuła, że jest okazja odsunąć ją od władzy?

Bo kryzys i błędy

Podczas 8-letnich rządów Luli, charyzmatycznego poprzednika Dilmy, wszystko wydawało się prostsze. Owszem – żeby rządzić, Lula musiał się układać z biznesem i starymi elitami, traktującymi jego Partię Pracujących jak przybyszów z kosmosu. Ale był to czas najlepszej dla Brazylii koniunktury gospodarczej od dziesięcioleci. Rosły ceny dóbr eksportowych: rud żelaza, soi, ropy, minerałów. Transfer zysków do najbiedniejszych – poprzez wzrost płacy minimalnej i stypendia rodzinne – uruchomił boom konsumpcyjny. Ta polityka włączyła ok. 40 mln biednych w krąg beneficjentów prosperity. Poszerzono ich dostęp do służby zdrowia i edukacji. Dla wielu było to coś więcej niż awans. Wniebowstąpienie. Jeszcze w ostatnim roku rządów Luli, gdy reszta świata ledwo dyszała po krachu, wzrost sięgał tu 7,5 proc.

Dilma, szefowa gabinetu Luli, dawna bojowniczka partyzantki miejskiej, wygrała wybory w 2010 r. na fali entuzjazmu, jaki z biednymi dzieliła część klasy średniej. Elity gospodarcze nie burzyły się: w latach boomu zyskiwali wszyscy. Jednak od 2011 r., gdy Dilma rozpoczęła rządy, koniunktura zaczęła się załamywać. Ruda żelaza stopniowo taniała ze 180 do 55 dol. za tonę, soja z 18 do 8 za buszel, baryłka ropy ze 140 do 50 dol. Wzrost gospodarczy spadł w 2011 r. do 2,75 proc., w 2012 do 1 proc., a w ubiegłym roku gospodarka zaczęła się kurczyć. Mimo oznak kryzysu bezrobocie nie rosło, a płace nie spadały – to uspokajało nastroje.

Niepokój zadowolonych budziła jednak pasywność Dilmy na niwie społecznej. W 2013 r. wylegli oni na ulice z powodu podwyżek cen biletów w komunikacji publicznej. Irytację budziły przykłady arogancji władzy, pomniejsze afery i pierwsze cięcia wydatków na programy socjalne. Kulą u nogi biednych i średniaków stały się nagle brane od początku rządów Luli kredyty konsumpcyjne, obłożone absurdalnie wysokimi odsetkami – to już „zdobycze” wszechpotężnych banków, nie rządu. Raty od pożyczek na sprzęty domowe, ciuchy, auta zaczęły zżerać blisko połowę budżetów domowych.

Frustracje targały przede wszystkim społecznym zapleczem Luli i Dilmy (oligarchowie i prawicowe partie byli wtedy aktorami dalszego planu). Lewicowy rząd wolał robić politykę odgórnie, przez instytucje państwa, bez aktywizacji oddolnych ruchów społecznych. Odważył się na transfer części bieżących dochodów ku biednym, ale nie na redystrybucję bogactwa zakumulowanego już w rękach nielicznych. Utrzymał np. regresywną strukturę podatkową. Lula, Dilma i ich otoczenie uważali, że jeśli podniosą rękę na status quo, nie zdołają przeprowadzić żadnej reformy – bo tradycyjne elity sparaliżują, a następnie wywrócą ich rząd, niemający większości w rozdrobnionym Kongresie.

Mimo błędów na górze i rozczarowań na dole jesienią 2014 r. Dilma znów nie miała z kim przegrać. Jednak już trzy miesiące później, na początku 2015 r., kula śniegowa gromadzonych od lat frustracji i pogłębiającej się recesji zaczęła się toczyć. Na dodatek Dilma ogłosiła politykę zaciskania pasa, co jej wyborcy odebrali jako zdradę. Nie dość tego – wybuchł skandal korupcyjny na szczytach władzy.

Społeczne podłoże politycznego trzęsienia ziemi – jak powiedzą jedni, lub pełzającego zamachu stanu (impeachmentu) – jak powiedzą drudzy, było gotowe.

Bo korupcja

Iskrą rzuconą na rozlaną benzynę była afera w Petrobrasie. To państwowa firma naftowa, jedna z najwyżej wycenianych spółek na świecie – wytwarza ok. 10 proc. PKB Brazylii. Finansowała m.in. projekty socjalne będące okrętami flagowymi rządów Luli i Dilmy. Wokół Petrobrasu powstał kartel przestępczy. Stworzyli go ludzie z zarządu, ich nadzorcy i prezesi kilkunastu spółek obsługujących tego giganta. Kartel ustawiał przetargi, rachunki za realizację inwestycji były zawyżane, co w świecie brazylijskiej korupcji jest normą. Z nadwyżek opłacano polityków z partii rządzącej i opozycyjnych. Wyprowadzono ze spółki ok. 3 mld dol. Wielu polityków i biznesmenów siedzi już za kratami, wielu czeka na procesy.

Wejście w koleiny korupcji było od początku jednym z zagrożeń czyhających na działaczy lewicy – nowicjuszy na salonach władzy. Jak skutecznie rządzić i zachować cnotę? Radykalniejsi od Partii Pracujących głosili, że „refolucjoniści”, aksamitni rewolucjoniści, nie zmienią systemu, lecz to system zmieni ich. Uwikła i skorumpuje.

Stara klasa polityczna zawsze handlowała stanowiskami i synekurami za wpływy, przysługi, głosy. Partia Luli nie chciała przehandlować wyborczych obietnic, a nie miała w Kongresie dość szabel, by je zrealizować. Sposobem na ich spełnienie stało się kupowanie głosów. Narzędziem była agencja reklamowa, do której płynęły pieniądze od państwowych firm, a z niej – do kongresmenów z politycznego planktonu, jako comiesięczne wypłaty za głosowania zgodne z wolą rządu.

Ta afera pod nazwą mensalao pogrzebała kilku liderów lewicy, jednak tamtego procederu – mimo złamania prawa – można było bronić na gruncie ideałów. Nie chodziło wszak o osobiste wzbogacenie się, lecz o prowadzenie egalitarnej polityki we wrogim otoczeniu. Były prezydent Urugwaju Pepe Mujica bronił kiedyś Luli, mówiąc ponoć, że aby rządzić, Lula musiał godzić się na niemoralne układy. Uwikłania w aferę Petrobrasu nie da się bronić. Podważyło ono legitymację lewicy do moralnego poczucia wyższości nad starą elitą.

Gdyby Partia Pracujących zawarła kolejny niemoralny pakt, procedurę impeachmentu Dilmy można by było zatrzymać. Stroną paktu miał być oskarżony o wszelkie możliwe oszustwa przewodniczący Kongresu Eduardo Cunha, niedawny koalicjant. W toku negocjacji za zamkniętymi drzwiami Cunha miał obiecywać zastopowanie impeachmentu, jeśli rząd i jego zaplecze w Kongresie osłonią go przed wymiarem sprawiedliwości. Kongresmeni lewicy podobno się zgodzili, ale deal storpedowali działacze partii spoza parlamentu. Cunha poszedł po ratunek do opozycji, jego partia wyszła z rządu – i jako przewodniczący Kongresu wszczął procedurę.

Bo kontrrewolucja

Kryzysowi politycznemu od początku towarzyszy moralistyczna otoczka. Jednak na tle polityków lewicy to zwolennicy impeachmentu wyglądają jak mafiosi obok grupki przypadkowych frajerów, którzy postanowili skorzystać z jedynej okazji, by się nachapać. Cunha – capo di tutti capi kongresmenów uczy o moralności w polityce, ale statystyki uwikłanych w korupcję członków niższej izby parlamentu sugerują raczej, że głowę państwa próbuje obalić „wspólnota w przestępstwie”.

Na bohatera klas wyższych, wrogich Dilmie i Luli, wyrósł sędzia Sergio Moro, który prowadzi śledztwo w aferze Petrobrasu. Zaczął jako sprawiedliwy szeryf, ale szybko pokazał, że jest stroną w walce o władzę. Wykorzystując telewizję, urządził spektakl z zatrzymaniem Luli – oddział policji, który zajechał w opancerzonych wozach w asyście helikopterów, wyprowadził Lulę z mieszkania, jak gdyby ten się ukrywał. W istocie doprowadzono go na zwykłe przesłuchanie – takie samo jak inne, na które się stawiał. Telewidzowie zobaczyli jednak show z gatunku „schwytaliśmy narkobarona”.

Moro suflował mediom narrację: przyrównywał Lulę do prezydenta Nixona, choć w tej sprawie Nixona przypomina właśnie Moro. Podsłuchiwał bezprawnie Lulę i... Dilmę, czyli urzędującą prezydent, a następnie zrobił przeciek nielegalnych nagrań z ich „kuchennych” rozmów do prasy. Mimo że sędzia sądu najwyższego napomniał Mora, propagandowy efekt uderzenia w image Luli i Dilmy został osiągnięty. Dociekliwi reporterzy dogrzebali się nielegalnych działań sędziego w przeszłości. Ale prawdziwą bombą jest nieznany szerzej artykuł, w którym Moro wykładał poglądy na temat zasad procesowych: domniemanie niewinności nie powinno być „absolutem”, a przecieki do prasy to pożyteczny środek nacisku na oskarżonego.

Działania Mora przywodzą na myśl antykorupcyjną akcję „czyste ręce” we Włoszech, w której łamano zasady procesowe i używano mediów do brudnej kampanii. Jednak to nie sanacja ani ustanowienie nowych zasad etyki było jej efektem – raczej pogarda dla prawa. Na jej gruncie wyrósł populista i polityczny mafioso Silvio Berlusconi.

Pytanie, czy Moro jest narzędziem kontrrewolucji starej elity władzy, jest zasadne, lecz odpowiedź nie ma większego znaczenia. To człowiek prawicy i nie skrywa ambicji politycznych. Prezydenckich? Nawet jeśli nie było zakulisowego porozumienia między nim a prawicową opozycją, liczy się wspólnota interesów. Ostatecznie Moro dowiódł tego w połowie marca, kiedy w siedzibie Odebrechtu – giganta budowlanego (jego prezes dostał już wyrok 19 lat więzienia) – policja znalazła listę z nazwiskami 316 polityków, w tym czołowych z opozycji, przy których figurowały wypłacane im sumy.

W porównaniu z podsłuchaną wymianą zdań między Dilmą i Lulą ta lista to bomba atomowa wobec strzału z kapiszona. Inaczej jednak niż w sprawie nagrań Moro listy nie ujawnił, lecz ją „aresztował”. Mimo podobieństwa do włoskiej akcji „czyste ręce” akurat ten wątek ukazuje różnice. Włoska kampania była wycelowana w tradycyjny establishment; w Brazylii jej celem stali się ci, którzy tradycyjną elitę odsunęli od rządzenia. Inna była też postawa mediów – we Włoszech zróżnicowana; w Brazylii wszystkie media strzelają do jednej bramki.

Bo nienawiść

Brazylijskie media – własność i polityczny głos klas wyższych – nigdy nie kochały Partii Pracujących, jednak w ostatnim roku prześcignęły same siebie i odegrały rolę naczelnego linczownika. Najmniejsza niezręczność Dilmy bądź Luli urastała do trzęsienia ziemi. Najcieńsza poszlaka – do oskarżenia na czołówce gazety, okładce tygodnika, newsa w TV jako dowód kryminalnej działalności. Niezbite dowody korupcji w innych partiach były umniejszane. Przekaz miał być jednoznaczny: korupcja to w zasadzie wynalazek Luli i Dilmy.

Pouczająca historia o brazylijskich mediach zdarzyła się w 1989 r., gdy Lula po raz pierwszy kandydował na prezydenta. Establishment bał się go, uważając za czerwonego radykała, który zwycięstwo miał w zasięgu. Kilka dni przed głosowaniem TV Globo nadała sensacyjne wyznanie byłej kochanki Luli: jakoby zmuszał ją do dokonania aborcji. Lula przegrał wybory, choć trudno orzec, czy tylko z powodu ciosu w ostatniej minucie.

Kilka lat później, gdy minister Fernando Henrique Cardoso, liberał i człowiek establishmentu, kandydował na prezydenta (i wygrał), TV Globo pomogło mu... kochankę ukryć. Pracowała dla stacji, a gdy urodziła dziecko, szefowie wysłali ją do Portugalii. Gdy chciała wrócić, a Cardoso był już prezydentem, Globo nadal płaciło jej pensję – doradca głowy państwa namówił ją, by nie wracała. Wymyślono dla niej fikcyjne zajęcie, uzasadniające płacenie poborów przez firmę zawiadującą sklepami duty free na brazylijskich lotniskach. Jeszcze do niedawna kobieta dostawała pieniądze przez nielegalne konta na Kajmanach. Sprawa wyszła na jaw niedawno, ale media donosiły o niej półgębkiem. Polowały w tym czasie na Lulę i Dilmę.

Nagonce w mediach towarzyszy (jest jej skutkiem?) erupcja politycznej i klasowej nienawiści. Oto radny z São Paulo wzywa do zabicia Luli – „kanalii”, „tak jak zabija się żmije – nie wystarczy uderzyć w ogon, trzeba zdeptać jej głowę”. Oto lekarz z południa kraju odmawia przyjęcia rocznego malucha, bo jego matka jest zwolenniczką Partii Pracujących. Rada lekarzy uwalnia kolegę od zarzutu złamania zasad (klauzula politycznego sumienia?). Oto kongresmen opozycji w dniu głosowania nad impeachmentem wychwala oficera armii, który torturował Dilmę za dyktatury.

Precz wszyscy?

Jeśli zaprzysięgli wrogowie Dilmy pichcili plan puczu zachowującego pozory legalności, to wydarzenia wymknęły im się spod kontroli. Teraz skala korupcji pogrąża opozycję moralnie bardziej niż partię rządzącą – przynajmniej w oczach świata. W maju senat potwierdzi zapewne wolę impeachmentu i odsunie Dilmę od władzy na 180 dni. W tym czasie będzie się toczyło senackie śledztwo, mające wyjaśnić, czy naruszyła prawo. Jego wynik jest raczej przesądzony.

Obowiązki prezydent powinien przejąć wiceprezydent Michel Temer z partii, która wyszła z rządu (tej samej co skorumpowany lider Kongresu Cunha). Ale sędzia sądu najwyższego nakazał Kongresowi wszczęcie procedury impeachmentu także wobec niego. Bo skoro Dilma ma odpowiadać za domniemane naruszenia, to Temer też.

Stara elita władzy, uwikłany politycznie wymiar sprawiedliwości i media zafundowały Brazylii chaos, z którego nie widać wyjścia. Choć Dilma zarzeka się, że nie ustąpi, w partii pojawiają się głosy „zróbmy nowe wybory”. Opozycja powinna sprzyjać pomysłowi, ale tego nie robi. Kompromitacja jej liderów mogłaby sprawić, że po raz kolejny wygrałby – np. pod hasłami zatrzymania kontrrewolucji – wciąż kochany przez biednych Lula. Prawica ma tego świadomość, dlatego gdy zaczęto plotkować o powrocie Luli do polityki, sędzia Moro rzucił przeciw niemu oskarżenia o związki z aferą Petrobrasu.

Dziś jednak bardziej prawdopodobny wydaje się inny przebieg zdarzeń. W czasie ostatnich demonstracji pojawiło się hasło „Fora todos eles!” (Precz wszyscy!). Takie zawołanie przeciwko establishmentowi wyniosło do władzy Nestora Kirchnera w Argentynie (2003 r.). Argentyńczycy mieli szczęście: Kirchner wyciągnął kraj z zapaści. Brazylia ma potencjalnych przywódców – popularną ekolożkę Marinę Silvę, lewicującego niegdyś Ciro Gomesa. Ale jest też koszmarny odpowiednik Donalda Trumpa – Jair Bolsonaro (ten, który wychwalał oprawcę Dilmy). Polityczna energia ulicy ciąży dziś ku prawej burcie. Podobnie polityczne wiatry w regionie.

Cała zawierucha wygląda jak przestrzelona karykatura brazylijskiej polityki, jeszcze niedawno niemożliwy do wyobrażenia koszmar. Gdyby na przekór niemu Lula, Dilma i ich obóz zdołali się odrodzić, byłoby to zwycięstwo z gatunku cudów. Ale to oni mimo uwikłań i błędów – inaczej niż oponenci – mają czym się pochwalić i mogą poprosić wyborców o zaufanie. Może więc ta najbardziej fantastyczna dziś prognoza nie jest wcale tak nieprawdopodobna?

Polityka 18.2016 (3057) z dnia 26.04.2016; Świat; s. 54
Oryginalny tytuł tekstu: "Kontrrewolucja sytych"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną