Świat

Izrael na nowej szachownicy

Państwo żydowskie układa się z Arabami

Izraelski okręt wojenny eskortuje przechwycony statek z irańską bronią dla Strefy Gazy. Izraelski okręt wojenny eskortuje przechwycony statek z irańską bronią dla Strefy Gazy. Abir Sultan/EPA / PAP
Rezygnacja Ameryki z roli żandarma Bliskiego Wschodu skłania państwo żydowskie do zawierania coraz bardziej zaskakujących sojuszy z Arabami.
Egipski prezydent Abdel Fattah al-Sisi serdecznie wita króla Arabii Saudyjskiej Salmana. Obaj są teraz sojusznikami Izraela.EPA/PAP Egipski prezydent Abdel Fattah al-Sisi serdecznie wita króla Arabii Saudyjskiej Salmana. Obaj są teraz sojusznikami Izraela.

Artykuł w wersji audio

Gdy w ubiegłym miesiącu egipski prezydent Abdel Fattah al-Sisi przekazał Arabii Saudyjskiej bezludne wyspy w cieśninie oddzielającej Zatokę Akaba od Morza Czerwonego, w kraju zawrzało. Sisiemu zarzucano frymarczenie terytorium państwa w zamian za saudyjską jałmużnę – Rijad obiecał zainwestować w Egipcie 20 mld dol. Wśród protestów nie było jednak słychać głosów z Jerozolimy, mimo że Izrael dwukrotnie, w 1956 i 1967 r., wyspy te zdobywał, by udaremnić egipską blokadę cieśniny, u końca której leży jedyny izraelski port nieśródziemnomorski – Ejlat.

Dziś jednak stosunki Jerozolimy i z Kairem, i z Rijadem są tak dobre, że zmiana suwerenności wysp nikogo w Izraelu nie niepokoi. Izrael udzielił pisemnej zgody na ten transfer. Jerozolimy nie zaniepokoiła nawet umowa o budowie przez cieśninę mostu z Synaju na Półwysep Arabski. Saudyjczycy zaś, którzy na most wyłożą 4 mld dol., nie obawiają się, że inwestycja może zostać zaatakowana przez Izrael w przypadku wojny. Bo jedyna w tym rejonie świata wyobrażalna dziś wojna to ta, którą toczy na Synaju Egipt ze wspieranymi przez Hamas islamistami. W tej wojnie Kair ma wsparcie i Rijadu, i Jerozolimy.

al-Sisi rozmawia z Netanjahu

Jedyne zastrzeżenia, jakie mają w Jerozolimie, tyczą się szczelności egipskiej blokady Gazy, dużo bezwzględniejszej obecnie ze strony egipskiej niż izraelskiej. Jerozolima cieszy się wprawdzie ze zbombardowania i zalania przez Egipt setek tuneli szmuglerskich, przez które trafiała do Gazy broń, ale jest świadoma, że nadmierny nacisk na enklawę skończyć się musi eksplozją, której polityczne i militarne koszty znów obciążą Izrael. Dlatego też niezbędne dla życia towary docierają do Gazy niemal wyłącznie z Izraela, a Jerozolima negocjuje z Turcją warunki znaczącego osłabienia blokady.

Negocjacje toczą się z Turcją dlatego, że Ankara uczyniła ze zniesienia blokady jeden ze swoich warunków normalizacji stosunków z Jerozolimą, zamrożonych po izraelskim ataku na turecki konwój do Gazy w 2010 r. Egipt, który obecnie ma z Turcją, nieuznającą obalenia prezydenta islamisty Mohameda Morsiego, stosunki dużo gorsze niż z Izraelem, naciska, by nie ustępować w kwestii blokady i w ogóle nie ocieplać stosunków z Turcją. Izraelowi zależy na dobrych relacjach z oboma islamskimi mocarstwami, więc gra na zwłokę.

Jerozolima nie może sobie pozwolić na urażenie Sisiego, który powiedział „Washington Post”, iż rozmawia ze znienawidzonym przez innych przywódców arabskich premierem Beniaminem Netanjahu kilka razy w miesiącu. „Sisi rozumie sytuację – powiedział portalowi Al-Monitor wysoki rangą funkcjonariusz izraelskich służb. – Wie dokładnie, komu może w regionie ufać, a komu nie. Wie, co dobre dla Egiptu, oraz że przy właściwych okolicznościach to, co dobre dla Egiptu, jest także dobre dla Izraela”.

Głównym wrogiem jest Iran

Takiego sojusznika jak Egipt Jerozolima nie może stracić – i dlatego zapewne kilkakrotnie zapowiadane już przez Turcję zakończenie negocjacji z Izraelem wciąż jest odraczane. Ostatnio prezydent Recep Tayyip Erdoğan znów zapowiedział, że finał jest bliski. W drodze powrotnej z Rijadu oznajmił, że „Izrael potrzebuje w regionie takiego kraju, jak Turcja. My też musimy przyznać, że potrzebujemy Izraela”. Z pewnością nie powiedziałby tego, gdyby tego poglądu nie podzielali również Saudyjczycy.

Jerozolima już dwa lata temu przeprosiła Ankarę, acz połowicznie, za śmierć dziewięciu Turków na pokładzie „Mavi Marmara”, gdy stawiali opór lądującym tam izraelskim komandosom. Netanjahu przeprosił, ale za „błędy operacyjne”, a nie za samą operację, i zgodził się wypłacić odszkodowanie. O całkowitym zniesieniu blokady Gazy nie ma jednak mowy, i strony negocjują takie jej osłabienie, by Turcja mogła uznać, że i ten warunek też został spełniony.

To się nie podoba Egiptowi, który bardzo mocno wspiera warunek postawiony przez Izrael: by Turcja przestała udzielać schronienia i wsparcia Hamasowi. Natomiast Arabia Saudyjska na zbliżeniu izraelsko-tureckim może tylko zyskać. Dla Rijadu kwestie izraelsko-palestyńskie, ongiś tak ważne, zeszły na dalszy plan. Po części dlatego, że Hamas i władze Autonomii Palestyńskiej, między którymi Rijad wielokrotnie usiłował mediować, nienawidzą się jeszcze mocniej, niż każde z nich z osobna nienawidzi Izraela.

Przede wszystkim jednak dlatego, że głównym wrogiem dla Izraela pozostaje Iran. Wizja irańskiej bomby atomowej, którą porozumienie genewskie jedynie oddala, nie zaś udaremnia, spędza w Rijadzie tak samo sen z powiek, jak w Jerozolimie; oba kraje czują się też zdradzone przez dotychczasowego protektora – USA.

Saudyjczycy do tej pory byli jednak pewni, że mają polisę ubezpieczeniową w postaci bomby pakistańskiej, której budowę wspierali i sfinansowali. Ale odkąd Islamabad odmówił dołączenia do saudyjskiej koalicji walczącej w Jemenie ze wspieranymi przez Iran powstańcami Huti i oznajmił, że pakistańska broń atomowa służyć będzie jedynie obronie kraju, Saudyjczycy zrozumieli, że nie mogą na tej polisie polegać. A jedynym państwem, które w tej sytuacji mógłoby roztoczyć nad Arabią atomowy parasol, jest Izrael.

Tak daleko sprawy nie zaszły, ale Rijad mnoży gesty dobrej woli. W czerwcu saudyjski generał i były wysoki doradca rządowy Anuar Eszki uczestniczył z dyrektorem izraelskiego MSZ Dore Goldem w publicznej debacie w waszyngtońskiej Radzie Spraw Zagranicznych. Obaj poparli pokojowe stosunki między swoimi krajami i uznali Iran za główne zagrożenie dla pokoju w regionie. Kontakty są kontynuowane, a do kolejnego publicznego spotkania doszło na początku maja.

Tajne negocjacje są ponoć bardzo zaawansowane. „Odkryliśmy, że mamy te same problemy i wyzwania, i także niektóre wspólne rozwiązania” – powiedział portalowi Bloomberg izraelski generał Szymon Szapira, który w nich uczestniczył. Zaś były wysoki rangą saudyjski dyplomata Abdullah al-Szammari powiedział z kolei „Wall Street Journal”: „Gdybym był saudyjskim decydentem, bez chwili wahania koordynowałbym z Izraelem [działania] przeciwko irańskiemu programowi atomowemu”.

Warunki są do zaakceptowania

Wzrost zagrożenia ze strony islamskich terrorystów i mocarstwowego Iranu, połączony z rezygnacją USA z tradycyjnej roli żandarma regionu, pchnął Izrael w stronę powstającego sunnickiego bloku. Jego główne państwa: Turcja, Arabia Saudyjska, Egipt, mają rzecz jasna nie do końca zbieżne interesy oraz różnie się kształtują ich formalne relacje z Izraelem i między sobą. Ale nie ma wątpliwości, że chcą mieć Izrael po swojej stronie, choć zarazem nadal na swoich warunkach.

Warunki te są dla Izraela z grubsza do zaakceptowania, tym bardziej że ich spełnienie daje państwu żydowskiemu to, co do tej pory było poza jego zasięgiem: akceptację, choć nadal bardziej de facto niż de iure, jako części regionu, już nie jako obce ciało. I choć pełnoprawne uznanie bez rozwiązania kwestii palestyńskiej nadal nie jest możliwe, to kwestia ta nie warunkuje już wszystkiego innego. To nie tylko reguły gry się zmieniły, lecz sama szachownica.

Kłopotem jednak dla Izraela jest to, że jego nowi sojusznicy to zarazem dyktatury, którym grozi obalenie siłą – a wówczas wszystkie dotychczasowe sukcesy mogą zostać skasowane. „Jak to się stało, że zaczęliśmy oklaskiwać Izrael?” – pyta w wychodzącym w Londynie arabskim dzienniku „Asharq al-Awsat” wybitny komentator Abdulrahman Al-Rashed.

Jeśli dojdzie do regionalnego konfliktu – uważa on – takiego jak walka Arabów z Iranem, zaś Izrael będzie, jak się wydaje, w obozie arabskim, ludzie w myśl zasady, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, udawać będą, że nie widzą tego tymczasowego sojuszu. Nie oznacza to – według komentatora – że Izrael zostanie przez Arabów zaakceptowany: „Chyba że osiągnie pokój z Palestyńczykami” – dodaje Al-Rashed.

W Egipcie podobnie. Gdy poseł do parlamentu Kamel Ahmed zaprosił izraelskiego ambasadora na kolację, został w parlamencie obsypany obelgami i butami, i pozbawiony mandatu. Nie przeszkodziło to jednak innemu deputowanemu Saidowi Farażowi zaproponować wyjazdu grupy posłów do Knesetu, celem „wymiany doświadczeń”. Co jeszcze ważniejsze, nowe egipskie podręczniki szkolne mówią o pozytywnych konsekwencjach pokoju z Camp David, zaś grupa libańskich nauczycieli wystąpiła z inicjatywą wprowadzenia podobnych zmian w Libanie, bo „nie chcą wychowywać dzieci do nienawiści”, a poza tym walka z religijnym fundamentalizmem jest ważniejsza niż walka z Izraelem.

Coraz częściej uważa tak po prostu arabska opinia publiczna: jedynie 18 proc. Saudyjczyków jest zdania, że Izrael to główny wróg ich państwa. Według 53 proc. tym arcywrogiem jest Iran. Zaś w dorocznym badaniu opinii młodych Arabów firmy Burson-Marsteller w 2015 r. za główny problem świata arabskiego uznali oni Państwo Islamskie (37 proc.) i bezrobocie (32 proc.); konflikt izraelsko-palestyński znalazł się dopiero na czwartym miejscu, a jego pozycja w sondażu z roku na rok spada.

Sojusze z dyktaturami mogą się źle skończyć, a opinia publiczna bywa zmienna. Ważnym, być może ważniejszym już niż USA, graczem w regionie pozostaje Rosja, która może, grożąc sprzedażą Iranowi, a więc Hezbollahowi, najnowocześniejszej broni, wpływać na politykę Izraela, na przykład na zbliżenie z Turcją. Moskwa obawia się, że ewentualne dostawy do Turcji izraelskiego gazu z niedawno odkrytych ogromnych złóż na Morzu Śródziemnym utrudniałyby jej szantaż energetyczny wobec Ankary, z którą jest w konflikcie.

Izraelska opinia publiczna, która straciła wiarę w pokój z Palestyńczykami, popiera jednak ten nowy kurs na regionalne zbliżenie. Autorytaryzm i nacjonalizm nowych sojuszników jej mniej przeszkadza, bo sam Izrael powoli w takim kierunku zdaje się ewoluować. Tyle tylko, że w tym regionie nikt z nikim nie ma trwałych sojuszy: przyjaciele mogą się od Izraela odwrócić nagle nie dlatego, że to państwo żydowskie, tylko dlatego, że tak na ogół traktują się tamtejsi sojusznicy. Witamy na Bliskim Wschodzie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną