Izba Reprezentantów w Kolumbii ratyfikowała porozumienie pokojowe między rządem a FARC

Białe flagi w Macondo
Wcześniej porozumienie przegłosował kolumbijski Senat.
Partyzantka FARC. Demobilizacja – pod okiem ONZ – potrwa pół roku.
Luis Acosta/AFP/EAST NEWS

Partyzantka FARC. Demobilizacja – pod okiem ONZ – potrwa pół roku.

Senator Ivan Cepeda, mediator między rządem a FARC. Jego ojciec zginął w zamachu.
Carlos Villalon/The New York Times/EAST NEWS

Senator Ivan Cepeda, mediator między rządem a FARC. Jego ojciec zginął w zamachu.

[Artykuł został opublikowany 6 września 2016 r.]

Radość z zawartego w Kolumbii pokoju zatruwa lęk przed losem poprzedniego pokolenia, które uwierzyło w pokojowe umowy i zapłaciło za to życiem.

Ivan Cepeda, senator lewicowej partii Polo Democratico, 54 lata, miał obawy, gdy godził się na rolę mediatora między rządem a partyzantami FARC-EP (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia-Ejercito Popular). Wszystkie procesy pokojowe w Kolumbii kończyły się unicestwianiem partyzantów, którzy składali broń. A i nie tylko ich – także ludzi ze współpracujących z nimi ruchów politycznych. Jeśli jednak nie teraz, to kiedy? Wojna domowa trwa ponad pół wieku, pogrzebała setki tysięcy cywilów, rebeliantów, wojskowych. Po Bogocie krąży legenda – możliwe, że prawdziwa – o tym, jak jeden z komendantów FARC, rozczarowany uporem rządu w czasie negocjacji 15 lat temu, powiedział delegatom władzy: „I tak znów się spotkamy – za 10 albo 20 tys. trupów”.

Rozważając wszystkie za i przeciw, Cepeda miał w pamięci inne zdarzenie. 9 sierpnia 1994 r. jego ojciec Manuel, wówczas też senator, został zastrzelony na Avenida de las Americas w Bogocie, gdy jechał samochodem w asyście szofera i ochroniarza. Za zabójstwo skazano dwóch wojskowych i członka prawicowych paramilitares. Cepeda ojciec był ostatnim senatorem Unii Patriotycznej, partii, która na mocy układu rządu i FARC miała przeprowadzić partyzantów do legalnej polityki.

Doniesienia polityków Unii Patriotycznej, że istnieje tajny plan armii, paramilitares, latyfundystów i prawicowych polityków zmierzający do fizycznej eksterminacji lewicowych działaczy, kolejni prezydenci wyśmiewali jako „lewacką paranoję”. Dziś spór nie dotyczy istnienia takiego planu, a jedynie liczby ofiar: było ich 4 czy 6 tys.? Ustalenie liczby zabitych i „znikniętych” w kraju, którego rząd nie kontroluje znacznych połaci terytorium, bywa niemożliwe. O eksterminacji działaczy UP w latach 80. i 90. nie mówi się dziś inaczej jak ludobójstwo: kryterium mordów była przynależność do grupy politycznej. Trybunał Praw Człowieka Obu Ameryk obciążył za tę zbrodnię państwo kolumbijskie.

Jeden z frontów FARC przyjął imię Manuela Cepedy. Jego syna Ivana nigdy nie pociągała guerrilla, mimo że pogróżki śmierci, jakie dostawał przez lata od „nieznanych sprawców”, niejednego pchnęłyby do walki zbrojnej. Kilka razy przeczekiwał za granicą. Wierzył, że o sprawiedliwość lepiej walczyć słowami niż karabinami. Gdy więc rząd i partyzanci FARC rozpoczęli negocjacje w Hawanie, poczuł, że to jego czas. Obaw o to, jak się to wszystko skończy, nie wyzbył się jednak nawet po ogłoszeniu pokoju dwa tygodnie temu. Jednym z jego postanowień jest demobilizacja guerrilleros i ich wejście do legalnej polityki. Zupełnie jak 30 lat temu.

Dziewuchy (z FARC) nie płaczą

Właśnie trzy dekady temu, gdy „nieznani sprawcy” zabijali rodziców kolegów i koleżanek należących do Unii Patriotycznej, w pewnej licealistce Yaritzie, dziś 43 lata, obudził się duch rebelii, który po kilku latach zaprowadził ją do FARC. Przy trumnie Carlosa Pizarra, zastrzelonego w zamachu kandydata na prezydenta i zdemobilizowanego dowódcy innej guerrilli o nazwie M-19, Yaritza podjęła decyzję, że będzie walczyć. – Wraz z nim i tysiącami działaczy Unii Patriotycznej zamordowano alternatywny i pokojowy projekt polityczny – mówi. – Jaki wybór mieliśmy my, pragnący zmian społecznych w Kolumbii?

Nadal jest w konspiracji, FARC dopiero rozpocznie demobilizację pod okiem ONZ, która potrwa pół roku. Zgadza się na rozmowę pod pseudonimem – Yaritza właśnie – w domu towarzyszki sprawy, która jednak do FARC nie należy.

Zaczęło się od kółek samokształceniowych, ulotek, malowania haseł na murach, agitacji w biednych dzielnicach. Dopiero potem selwa, góry i trudna dla dziewczyny z miasta nauka życia blisko dzikiej przyrody. Ale gdy ma się silne przekonania, można znieść prawie wszystko. Braterstwo i życie w utopijnej partyzanckiej krainie kompensowało utratę dawnego życia. Gdy po raz pierwszy znalazła się w obozie FARC, wszystko wyglądało jak piknik. Jedni czytali, inni grali w siatkówkę. Omal nie uległa iluzji, że tak wygląda partyzancki żywot.

– Dziś oskarżają nas o wcielanie na siłę dzieci do FARC. A to te wiejskie „dzieci” w wieku 16–17 lat, sieroty wojny, bo zamordowano ich rodziców, były na początku moimi opiekunami – opowiada. – Komendanci FARC, którzy prowadzili z rządem rozmowy w Hawanie, to też dzieci wojny, innej, choć podobnej, z lat 50., zwanej La Violencia. Wielu z nich też zabito kogoś bliskiego.

Opowieść Yaritzy zaczyna się rwać, gdy padają pytania o śmierć towarzyszek i towarzyszy. Niby wiadomo – partyzancki los, każdy wiedział, na co się decyduje. Jednak kobiety jak ona nie spodziewały się, że wojna będzie podwójna – inna z mężczyznami, inna z nimi. Pojmanych partyzantów żołnierze i paramilitarni po prostu zabijali. Kobiety traktowali jak trofea wojenne – gwałcili, wypruwali wnętrzności, wieszali za jelita lub za włosy. (Yaritza rozkleja się, gospodyni ją przytula, a guerrillera usztywnia się, jakby chciała rzec, że dziewuchy z FARC nie płaczą).

– Przypisuje się nam zbrodnie, których nie popełniliśmy. Szpiedzy wojska w naszych szeregach, nierzadko młodociani, popełniali okrucieństwa na konto FARC, a rząd rozgłaszał, że jesteśmy zbrodniarzami i terrorystami. Oto jedna z odpowiedzi na stawiane partyzantom zarzuty. (Nasza gospodyni przyzna później, że FARC również dopuszczał się niegodnych czynów).

Perwersję wojny najlepiej ilustruje, w opinii Yaritzy, los dawnego partyzanta FARC, którego po jednej z potyczek towarzysze rozpoznali wśród poległych... paramilitares. Z czasem odkryli schemat: wielu farcowców składających dobrowolnie broń wcielano siłą do paramilitarnych.

Yaritzę pojmano po bitwie z wojskiem, około 2005 r. (nie chce podawać dat ani szczegółów dotyczących miejsc). Przeszła przez tortury, skazano ją na 15 lat więzienia, wyszła (niedawno) po siedmiu. – Ja to krótko siedziałam – mówi. W więzieniu spotkała wieśniaczki skazane tylko za to, że nakarmiły oddział FARC. Uznano je za wspólniczki rebeliantów.

Yaritza niepokoi się o wieśniaków, zdanych od teraz na łaskę paramilitarnych osłaniających narkobiznes i wielkie firmy eksploatujące surowce. Do niedawna, gdy tamci gnębili wioski, wieśniacy mogli pójść na skargę do FARC. Teraz już nie. Prezydent Juan Manuel Santos, który zawarł pokój z FARC, może mieć dobre intencje, ale nie ma kontroli nad częścią wojska ani paramilitares; rząd nie kontroluje części kraju.

Czy decydując się na złożenie broni, partyzanci przegrali? – Nie, bo karabiny nie były celem. Przegrają, jeśli w cywilnej polityce nie uda się doprowadzić do zmian systemowych – reformy rolnej, dostępu do edukacji i służby zdrowia tam, gdzie dostępu nie ma. Model radziecki do lamusa (FARC był zapatrzony kiedyś w Moskwę)? – To przeszłość, trzeba wymyślić projekt polityczny kompatybilny ze współczesnością. Przecież konflikt kapitał-praca ma inne formy niż dawniej: dziś nie ma pracy i ludzie błagają: Wyzyskujcie nas! (śmiech). Na to trzeba znaleźć odpowiedź. Ale najpierw demobilizacja. Yaritza czeka na wezwanie, w której strefie koncentracji bojowników FARC ma się stawić. Dopiero stamtąd wyjdzie do legalnego życia.

Dwieście lat przemocy

Każdy, kto był w Kolumbii dłuższą chwilę, musi ulec szokowi poznawczemu: Kolumbijczycy są czempionami uprzejmości, a zarazem społeczeństwem, które przelewa bratnią krew bez przerwy od XIX w. Po wybiciu się na niepodległość od hiszpańskiej korony wyrzynali się nawzajem federaliści z centralistami. W XX w. – konserwatyści z liberałami, oczywiście rękami chłopów, którzy byli „liberalni” bądź „konserwatywni” – w zależności od tego, kim był ich patron. Zdarzenia te Gabriel García Márquez zaszyfrował w baśniowym języku tak doskonale, że „Sto lat samotności” czytamy jako cudowno-magiczną opowieść. Tymczasem świat Macondo spływa krwią, przenika go niezrozumiałe zazwyczaj okrucieństwo.

1964 r. był początkiem nowego etapu wojen domowych: chłopska rebelia, której głównym postulatem była reforma rolna, pod wpływem rewolucji na Kubie wzniosła czerwony sztandar. Powstał FARC.

Dlaczego nieprzejednany FARC ostatecznie poszedł na układy ze „złym Babilonem”? Bo obecne pokolenie dowódców – ludzi około sześćdziesiątki – doszło do wniosku, że zbrojnie niczego nie osiągnęło – twierdzi Mauricio Romero, badacz konfliktu zbrojnego z Uniwersytetu Javeriana. Utrzymanie guerrilli przy życiu – ok. 10 tys. ludzi pod bronią – to za mało. Mieli przed sobą starość w dżungli albo śmierć w nalotach, jaka spotkała w ostatnich latach ok. 200 komendantów. Kluczową rolę w otwarciu FARC na rozmowy pokojowe – mówi Romero – odegrał nieżyjący już Hugo Chávez. To on przekonał nieugiętych do zwolnienia wielu porwanych i dialogu z rządem Juana Manuela Santosa. Uświadomił im, że druga taka szansa może się nie powtórzyć.

Ciemna strona guerrilli

Miguel – to też pseudonim – nie żałuje lat w partyzantce, walczył w końcu o lepszy kraj. Żałuje jednak wielu rzeczy, które go ominęły: praca na uczelni, rodzina, dzieci. Jaki jest bilans? Ma 47 lat, od kilkunastu prowadzi życie podziemne w mieście: wyszedł na wolność z powodu proceduralnych błędów sądu, a już chwilę później rozesłano za nim listy gończe. Przemieszcza się małymi busikami, bo w bogotańskim metrobusie TransMilenio wszędzie są kamery. Tak jak Yaritza czeka na wezwanie do demobilizacji, równo po 26 latach od wstąpienia w szeregi FARC.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną