Świat

Ostra jak miecz

Japonia: kobiety przejmują ster?

Tomomi Inada, minister obrony narodowej Japonii, chętnie wybiela grzechy japońskiego imperializmu. Tomomi Inada, minister obrony narodowej Japonii, chętnie wybiela grzechy japońskiego imperializmu. Kyodo/MAXPPP / Forum
Tomomi Inada chce być pierwszą kobietą premierem Japonii. Sąsiedzi z Azji Wschodniej już się martwią.
Manewry japońskich sił samoobrony. Na pierwszym planie niszczyciel Kongō.U.S. Navy, Todd Cichonowicz/Wikipedia Manewry japońskich sił samoobrony. Na pierwszym planie niszczyciel Kongō.

Artykuł w wersji audio

W sierpniu, przy okazji rekonstrukcji rządu, Tomomi Inada została minister obrony narodowej. MON to dziś w Japonii odcinek frontowy, wokół wysp dawno nie było tak niespokojnie. Neurotyczna Korea Płn. 9 września odpaliła swoją piątą bombę atomową i z powodzeniem testuje nowe rakiety. Chiny zaogniają morskie spory terytorialne i inwestują w armię. Ruchy sąsiadów skłaniają konserwatywny rząd premiera Shinzo Abe do wniosku, że Ameryka, strażnik japońskiej niepodległości, w erze Baracka Obamy nie wywiązała się z gwarancji, przede wszystkim nie utrzymała na dystans Chińczyków. Pora więc, by Japonia po 70 latach neutralności wstała z kolan. O to właśnie ma się zatroszczyć minister Inada.

Energii nie powinno jej zabraknąć. Premier Abe uczynił ją swoją protegowaną – to mocna kandydatka na premiera, mówił w lutym – właśnie ze względu na patriotyczną żarliwość. Zwróciła jego uwagę jeszcze w poprzednim wcieleniu, gdy jako prawniczka w salach sądowych upominała się o dobre imię żołnierzy armii imperialnej, którzy krwawo zajęli Azję Wschodnią.

Inada domagała się m.in. rehabilitacji dwóch oficerów skazanych za zbrodnie wojenne i straconych, którzy w Nankinie w 1937 r. urządzili konkurs ścinania samurajskim mieczem głów chińskich jeńców (ścigali się do stu ściętych głów). Inada twierdzi, że ta makabryczna historia, opisywana wtedy w japońskich gazetach, to jedynie produkt propagandy mający podnieść morale podczas podboju Chin.

Wstawiała się też za japońskimi dowódcami z Okinawy, broniła świątyni Yasukuni, upamiętniającej wszystkich żołnierzy poległych w służbie cesarzowi, także winnych zbrodni. Angażowała się w walkę z wydawcami i pisarzami, żądając wycofywania publikacji i wykreślania – także z podręczników i programów szkolnych – wątków nadwerężających reputację Japonii lub wątpiących w szlachetność jej żołnierzy.

Choć Japonia nigdy nie zdobyła się na gest równy niemieckiemu i nie szukała pojednania z podbitymi sąsiadami, Inada nalega, by skończyć z przepraszaniem za drugą wojnę. Podważa ustalenia w sprawie masakry w Nankinie. Na przełomie 1937 i 1938 r. Japończycy dopuścili się w zdobytym mieście ludobójstwa na wielką skalę, tygodniami gwałcili i torturowali, zamordowali co najmniej 40 tys., być może nawet 400 tys. osób. Inada uważa, że powtarzanie tych ustaleń działa na szkodę Japonii i jest np. wyrazem prochińskich sympatii. Kibicowała filmowi „Prawda o Nankinie”, jego reżyser uważa Japończyków walczących w Chinach za męczenników, ich los przypomina mu Jezusa ukrzyżowanego za grzechy świata.

Minister chętnie wybiela i inne grzechy japońskiego imperializmu. W niewolnicach seksualnych armii, wbrew ich mrocznemu losowi nazywanych „pocieszycielkami”, m.in. Chinkach i Koreankach, widzi prostytutki, i bez cienia kobiecej solidarności sprzeciwiała się wypłacaniu im odszkodowań.

Sprawę oficerów ścinających głowy doprowadziła do sądu najwyższego, bez sukcesu. To tamta przegrana pchnęła ją 11 lat temu do polityki. Zrobiła w niej szybką karierę, w czym nie przeszkodził jej brak rodzinnego zaplecza, a w politycznej Japonii – przynajmniej w męskim świecie – to dynastie są najszybszą windą do władzy.

Brak rodzinnych powiązań zrekompensował pryncypał Abe, aktywnie promujący ją w szeregach ich prawicowej Partii Liberalno-Demokratycznej (LDP). Aby nadawała się na premiera, potrzebowała męsko kojarzącego się resortu. Dlatego po krótkich stażach na stanowiskach m.in. minister ds. reformy administracyjnej i programu „Japonia jest fajna” stanęła na czele MON.

Szybki wzrost znaczenia, jastrzębie poglądy i upór w ich powtarzaniu sprawiły, że zaczęto ją porównywać do niedoszłej wiceprezydent USA Sarah Palin. Ze względu na jej nacjonalizm widzi się w niej japońską Marine Le Pen. Shinzo Abe podziwia ją, uważa, że Inada radzi sobie z mężczyznami w stylu Joanny d’Arc. Nawet on, sam tradycjonalista, musi sięgać po zagraniczne porównania, bo lokalnych nośnych odniesień brak.

Atomowa samoobrona

Kobiety w japońskiej polityce znaczyły dotąd niewiele. Przez 2,6 tys. lat obecnej dynastii na 125 cesarzy była ledwie ósemka panujących cesarzowych, większość w zamierzchłej przeszłości: sześć z nich panowało jeszcze przed czasami Karola Wielkiego, ostatnia rządziła, gdy na litewsko-polskim tronie zasiadał August III Sas. Niewiele lepiej jest współcześnie: po drugiej wojnie światowej na ponad 30 premierów – żadnych kobiet, przed wojną też ich oczywiście nie było. Przez 70 powojennych lat stanowiska ministerialne piastowało dotąd 25 pań. Obecnie w rządzie są trzy kobiety, wszystkie w ciężkich zbrojach: odpowiadają za przygotowania do tokijskich igrzysk letniej olimpiady 2020 r., MSW i MON.

Cała sztuka w przygotowaniu 57-letniej Inady do walki o przywództwo w partii, a później zwycięstwo w wyborach parlamentarnych 2018 r. polega teraz na tym, podpowiada „Washington Post”, by było w niej mniej Palin i Le Pen, a więcej kogoś w rodzaju Hillary Clinton. Oprócz nacisku na sprawy bezpieczeństwa, obywateli interesują choćby plany przeciwdziałania skutkom starzejącego się społeczeństwa czy kurczącej się siły roboczej albo sprawy obyczajowe, a partyjnych kolegów – obietnica kontynuacji, a nie zapowiedź jakichś rewolucyjnych zmian. Inada ma do tego niezły tytuł.

W Japonii rewizjonizm historyczny chadza na przekór wzorom z Europy Środkowej. Minister obrony, matka dwójki dzieci, bywa na paradach równości i (wbrew linii partii) jest zwolenniczką równouprawnienia osób LGBT, deklaruje, że nie widzi różnic między „kobiecością” a „męskością” i terminami tymi się nie posługuje. Była też szefową centrum analiz doradzającego partii i piszącego jej programy, powinna znać problemy ugrupowania i jego aparatu.

Ocieplanie wizerunku łatwiejsze będzie w samej Japonii, gorzej z sąsiadami. Ekipa Abego wykorzystuje napiętą sytuację w regionie, by zerwać z napisaną przez Amerykanów kapitulancką powojenną konstytucją. Rząd, przy lamentach opozycji, próbuje – brzmi znajomo? – zwykłymi ustawami zmieniać krępujący go porządek konstytucyjny, w drodze własnych interpretacji zarezerwował m.in. japońskim siłom samoobrony prawo do działań poza krajem w obronie sojuszników.

Sama Inada przebąkiwała, że Japonia, której nie wolno utrzymywać armii, powinna dysponować bronią jądrową. Dziś od tej opinii się dystansuje, wszak Japonia była jedynym krajem dotkniętym bojowym wykorzystaniem atomu. Wojsko, mniejsza o nazwy, przy rocznych wydatkach na obronność rzędu 40 mld dol. (ciut więcej niż Niemcy, czterokrotnie więcej niż Polska, ale pięciokrotnie mniej niż Chiny) pozostaje supernowoczesne i jest siódmą armią globu.

Jednocześnie Japonia to nadal trzecia gospodarka świata, mająca dość możliwości technologicznych i organizacyjnych, by szybko się uzbroić. Na Dalekim Wschodzie, gdzie rachunek krzywd z drugiej wojny nie został jeszcze wyrównany, historia to teraźniejszość. Stąd poszkodowani przez japoński imperializm, ustawiający się w roli wiecznej ofiary sąsiedzi widzą w rewizjonistach rządzących w Tokio kandydatów na wskrzesicieli militarnej potęgi.

Zapędy te ograniczają stałe elementy japońskiej polityki: nieuchronny sojusz z USA i szukanie możliwie najlepszych stosunków m.in. z Koreą Płd. i Tajwanem. W 2011 r. południowokoreańskie władze odmówiły Inadzie prawa wjazdu. Tajwan co prawda nie może pogodzić się z Chinami kontynentalnymi, ale każdy atak na chińskość w ogóle bierze do siebie. A tak się składa, że zdobyty przez Japończyków Nankin był siedzibą władz Kuomintangu i Czang Kaj-szeka, którzy po przegranej wojnie domowej z komunistami znaleźli schronienie właśnie na Tajwanie.

Nie przez przypadek Inada została wzięta na cel przez chińską prasę. Wytyka się jej np., że jej osobisty majątek (w oświadczeniu majątkowym wycenia go na równowartość około 7 mln zł) jest największy spośród członków japońskiego rządu. W większości to nieruchomości, ale także akcje spółek zbrojeniowych wykonujących zlecenia rządu, co rodzi konflikt interesów.

Wojujące kobiety

W Korei Płd. i na Tajwanie prezydentami są dziś kobiety. Odpowiednio Park Geun-hye, jak i Tsai Ing-wen udowadniają, że w regionie, pełnym sporów, żalów i wyczekiwania na konflikt, nie ma miejsca dla mięczaków – rządzone przez nich państwa nie ustępują asertywnością Chinom kontynentalnym i Japonii. I o ile chińscy komuniści prawdopodobnie zmurszeją w swoim wiecznym mizoginizmie, to w japońskiej polityce coś zaczyna się ruszać. Kraj Kwitnącej Wiśni powolutku gramoli się ze skansenu, który pozostałe państwa rozwinięte zaczęły opuszczać w poprzednich pokoleniach.

Ten rok jest przełomowy. W lipcu pierwszy raz w historii gubernatorem zarządzającym Tokio (17 mln mieszkańców, roczny budżet równy szwedzkiemu) została Yuriko Koike. Też stała na czele MON, ale w czasach, gdy resort nie ważył tyle, co obecnie. Co nie przeszkodziło, by zaczęła być nazywana „japońską Condoleezzą Rice”. Koike tak jak Inada poglądy ma jastrzębie, ale jest zarazem wojującą ekolożką.

Kobieta na stanowisku premiera Japonii jest wyczekiwana. Do stanowiska typowano już panią gubernator Tokio, ale nie udało się jej to, co we wrześniu w opozycyjnej, centrowej Partii Demokratycznej dokonała Renhō. Ta była dziennikarka, od dekady parlamentarzystka i była minister, została wybrana na szefową partii (znów pierwszy taki przypadek w dziejach Japonii) i 1 października stanie się główną krytyczką rządu. Na pytanie, czy i ona chciałaby zostać panią premier, odpowiada tylko: a jak myślicie?

Wybór Renhō, postępy Yuriko Koike i Tomomi Inady wynikają również z niewybieralności mężczyzn. Koike zwyciężyła w wyborach powszechnych, bo tokijczycy mieli dość dwóch poprzednich mężczyzn gubernatorów, którzy ustępowali po skandalach związanych z przygotowaniem olimpiady. Premier Abe może mieć kłopoty, jeśli nie powiedzie się jego projekt ożywienia gospodarki. Wtedy Inada ma być już gotowa.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Destrukcyjne relacje w rodzinie

Poradnik dla skrzywdzonych przez rodziców.

Anna Tylikowska
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną