Obojętni na kontrowersje wokół in vitro Czesi stali się potentatami tej branży
Międzynarodowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznaje bezpłodność za szeroko rozpowszechnioną chorobę cywilizacyjną, w krajach rozwiniętych dotyka nawet co czwartą parę.
Praskie spotkanie rodziców i ich dzieci poczętych dzięki procedurze in vitro
Imago/Xinhua/Forum

Praskie spotkanie rodziców i ich dzieci poczętych dzięki procedurze in vitro

Rocznie dzięki in vitro przychodzi na świat 5–6 tys. małych obywateli Republiki Czeskiej.
vchalup2/PantherMedia

Rocznie dzięki in vitro przychodzi na świat 5–6 tys. małych obywateli Republiki Czeskiej.

audio

AudioPolityka Tomasz Maćkowiak - Przemysł z próbówki

Siedziba holdingu FutureLife przy ul. Na Porziczi, w samym turystycznym centrum Pragi. Z zewnątrz – gustownie odnowiony secesyjny budynek. W środku – szkło i aluminium, bezszelestna winda i odziani w biznesowe mundurki pracownicy.

– Mamy jakieś 30 proc. rynku – mówi mi dyrektor Matiej Stejskal.

– Konkurencja twierdzi, że nawet 40 – protestuję. Stejskal się uśmiecha i mówi, że prawda leży pewnie gdzieś pośrodku.

FutureLife to największa w Czechach firma zajmująca się sprzedażą usług medycznych z branży in vitro. To niejedyne ich pole działalności: zatrudniają też ginekologów, robią operacje plastyczne. Ale dominują sztuczne zapłodnienia. Takie kliniki zaczęły w Czechach powstawać kilkanaście lat temu, ale teraz zrobił się z tego wielki biznes.

W końcu powstał medyczny holding FutureLife. Powołali go w 2014 r. działający dotąd w branży spożywczej miliarder i wicepremier Andrej Babisz wraz z finansistą Jozefem Janovem. Razem skupili w całym kraju kilkanaście już nieźle prosperujących klinik in vitro. Mają ich teraz 13 plus kilka kolejnych o innych specjalizacjach medycznych. Planują międzynarodową ekspansję, program franchisingowy i w ciągu trzech lat – wejście na giełdę.

Babisz i Janov z biznesem trafili doskonale. O ile w 2006 r. w całych Czechach zarejestrowano 17 tys. cyklów in vitro, w 2013 r. było ich już 32 tys. przy 50-procentowej refundacji państwa. Rocznie przychodzi w ten sposób na świat 5–6 tys. małych obywateli Republiki Czeskiej.

Wyjazd w ciąży

Międzynarodowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznaje bezpłodność za szeroko rozpowszechnioną chorobę cywilizacyjną, w krajach rozwiniętych dotyka nawet co czwartą parę. A ludzie chcą mieć dzieci. – W Czechach te usługi są znacznie tańsze niż np. w USA czy w Niemczech – wyjaśnia dyrektor Matiej Stejskal. Np. w Wielkiej Brytanii takie procedury kosztują w przeliczeniu nawet do 18 tys. zł. A w Czechach ceny pełnego cyklu zaczynają się od 5–6 tys. zł. – A przy tym Czechy mają opinię cywilizowanego kraju o wysokiej kulturze medycznej. Niemcy czy Brytyjczycy mają do nas zaufanie.

Kobieta z zagranicy po około tygodniowym pobycie nad Wełtawą wyjeżdża w ciąży. Skuteczność zależy od wielu czynników i to bynajmniej nie tylko od jakości materiału genetycznego, ale też np. od wieku biorczyni. Czescy lekarze mają naprawdę świetną opinię i wielką wiedzę fachową. Nic dziwnego, że się swoimi sukcesami chwalą: panie przed 35. rokiem życia cieszą się ciążą w ponad 60 proc. przypadków i jest to wynik na światowym poziomie.

W krajach wysokorozwiniętych obowiązuje jednak konsens, że należy pomagać ludziom w poczęciu upragnionych dzieci, ale nie robić z tego „przemysłu”, który dzieci „produkuje”. Otóż w Czechach ograniczeń prawnych jest wyjątkowo mało, a te, które istnieją – są obchodzone i lekceważone. Ta kombinacja czynników sprawia, że nasz południowy sąsiad wyrasta na europejską potęgę in vitro. Właściciele klinik otwarcie mówią, że chcą opanować rynki w Niemczech, Austrii, Wielkiej Brytanii i Skandynawii.

– Zamierzamy zaoferować mniejszym klinikom franczyzę – mówi dyrektor Stejskal. – FutureLife to duża firma, mamy ogromne doświadczenie i wielkie możliwości badawcze, niedostępne często dla zwykłych klinik, w których robi się rocznie 100200 cykli in vitro. My robimy ich rocznie ponad 20 tys. Mamy na czym zbierać wiedzę i doświadczenie.

Stejskal z dumą mówi, że jego firma ma już dwie kliniki w Irlandii i jedną w Anglii (gdzie prowadzone są głównie procedury wstępne, przygotowujące leczące się pary do wyjazdu na właściwy zabieg do Czech). Myśleli też o zbudowaniu kliniki w Polsce, ale „sytuacja się skomplikowała” – tą formułką prezes kwituje fakt, że w Polsce rząd PiS wstrzymał finansowanie takich zabiegów przez NFZ.

W Czechach klimat społeczny wokół tych procedur jest zupełnie inny. I to właśnie ta sprzyjająca atmosfera, nawet bardziej niż regulacje prawne, sprawia, że Czechy stały się mekką in vitro. – Na szczęście macie do nas blisko! – rzuca dyrektor Stejskal. – Dla polskich pacjentek budujemy klinikę w Ostrawie!

Sperma dla każdego

Z in vitro najmniej problemów jest wtedy, jeśli do kliniki zgłasza się małżeństwo albo para żyjąca w stałym związku. Etyka i prawo są potrzebne, jeśli któraś z tych dwóch osób (albo obie) nie produkują zdrowych komórek rozrodczych. Tu zaczynają się komplikacje, bo przecież chodzi o sprowadzenie na świat człowieka, który w przyszłości będzie też miał swoje prawa, w tym prawo do poznania rodziców. Zgodnie z polską ustawą z 2015 r. dawcy mają zapewnioną anonimowość, ale ich dane są gromadzone w krajowym rejestrze dawców. W przyszłości dzieci poczęte tą drogą będą miały możliwość poznania wielu danych, np. daty i miejsca urodzenia dawców.

W Czechach nie ma krajowego rejestru dawców, a prawo dawcy spermy i dawczyni komórek jajowych do pełnej anonimowości nie jest podważane niemal wcale. Fachowcy szacują, że w całym kraju działa kilkanaście, może nawet ponad 20 banków spermy, w których materiał genetyczny jest zbierany masowo, za pieniądze. Nie są to sumy wielkie – w przeliczeniu 100–400 zł – ale na poratowanie studenckiego budżetu zawsze wystarczy. Trzeba mieć od 18 do 38 lat, dobre zdrowie i poddać się badaniom oraz biurokratycznej procedurze polegającej na wypełnieniu kilku formularzy. Właściciele tych banków dbają o zaufanie biorców i rzeczywiście pieczołowicie sprawdzają jakość oddanego materiału.

A mimo to dr Marek Vacha, dziekan III Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Karola w Pradze, jest pełen wątpliwości. – Nie ma u nas żadnego parasola, żadnego nadzoru nad tymi prywatnymi instytucjami – mówi. – Co to za problem dla młodego człowieka, żeby odwiedzić kilkanaście banków spermy i wszędzie regularnie inkasować podobne sumy? Przecież podpisywana umowa darowania plemników zawiera nawet zwrot kosztów za podróż!

Sytuacja opisana przez dr. Vachę to czysta teoria, ale procederu dawstwa plemników nikt nie kontroluje, więc wykluczyć się nie da. – Wyobraźmy sobie, że spotyka się para osób poczętych w procedurze in vitro – mówi Vacha. – I kobieta, i mężczyzna nie znają prawdziwego ojca, bo jego tożsamość została ukryta. Pobierają się, płodzą dziecko i wtedy się okazuje, że sami są dziećmi tego samego, anonimowego mężczyzny.

Z darowaniem komórek jajowych jest trudniej. Potrzebne są dużo częstsze odwiedziny w klinice, a przygotowanie do zabiegu jest związane z podawaniem leków, które dla organizmu kobiety nigdy nie są obojętne. Samo pobranie komórek to konieczność znieczulenia, a często i narkozy oraz nakłucia długą igłą. Zwykle wiąże się to z kilkudniowym zwolnieniem z pracy. To wpływa oczywiście na „wynagrodzenie”. – Za darowanie komórek jajowych dawczyni dostaje około 25–30 tys. koron (3,9–4,7 tys. zł). Niejedna nauczycielka czy pielęgniarka marzy o takiej miesięcznej pensji – opowiada dziekan Vacha. Płaci za to rzecz jasna osoba albo para, która chce mieć dziecko, czyli biorcy. Vacha, relacjonując te procedury, nie kryje sceptycyzmu. – „Darowanie”, „dawczyni”. Przecież w rzeczywistości to jest transakcja kupna-sprzedaży – mówi.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną