To karygodne, że w XXI w. ludzie umierają na cholerę, biegunki, malarię

Pomoc musi być ślepa
Rozmowa z Romanem Majcherem, człowiekiem od zadań specjalnych największych organizacji humanitarnych na świecie, o tym, że łatwiej wyleczyć ludzi z niedożywienia niż z nienawiści.
Kakuma w Kenii; kobiety i dzieci czekają na pomoc w ośrodku terapeutycznym pod auspicjami UNICEF.
Dai Kurokawa/EPA/PAP

Kakuma w Kenii; kobiety i dzieci czekają na pomoc w ośrodku terapeutycznym pod auspicjami UNICEF.

Roman Majcher – podróżnik, współpracownik Action Against Hunger
Archiwum prywatne

Roman Majcher – podróżnik, współpracownik Action Against Hunger

Artykuł ukazał się w POLITYCE w grudniu 2016 r.

Artur Domosławski: – W ilu krajach pan pracował?
Roman Majcher: – Było ich wiele. Sudan Płd., Sudan, Kenia, Etiopia, Somalia, Czad, Kongo, Brazylia – tylko kilka tygodni, Pakistan, Afganistan, Bangladesz, Mjanma, Indonezja, Filipiny, Mongolia, Korea Płn., Malezja, Chiny.

Coś łączy te kraje?
Zdecydowanie. Ludzie!

Ja bym powiedział w pierwszej chwili: nieszczęścia.
Z mojej perspektywy nieszczęścia są zawsze wspólnym mianownikiem. Właśnie z ich powodu tam jeżdżę. W Czadzie, Etiopii, Kenii, Somalilandzie to były konflikty zbrojne. W Angoli zmagaliśmy się z epidemią cholery. W Brazylii pomagałem w programie rozwojowym dla dzieci ulicy. Byłem w Bangladeszu i Mjanmie po cyklonie i wreszcie – po największej tragedii, jaką widziałem, czyli tsunami w Aceh w Indonezji. Pomagałem w Pakistanie po trzęsieniach ziemi i powodziach; podobnie w Mozambiku i RPA.

Jaka byłaby lista nieszczęść, z którymi pan się zetknął?
Weźmy wojnę. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, twierdzę, że wojna sama w sobie nie jest – czy nie musi być – największym nieszczęściem, ale już jej konsekwencje tak. Przede wszystkim głód, brak dostępu do higieny (brak latryn, czystej wody, co wywołuje choroby). Jest karygodne, że w XXI w. ludzie umierają na cholerę, biegunki, malarię – to choroby, którym można zapobiegać.

Inny rodzaj nieszczęścia to przesiedlenia. Ludzie tracą wszystko, co mają, przestają być samowystarczalni. Nie mogą produkować żywności, głodują, wzrasta umieralność.

Kiedy wkraczacie z pomocą do danego kraju?
Kiedy rząd, którego zadaniem jest zapewnienie warunków do godziwego życia, nie radzi sobie. Pomocą obejmujemy zagrożoną ludność, nigdy nie wspieramy finansowo rządu. Interweniujemy też, kiedy w jakimś kraju pojawia się dyskryminacja określonej grupy ludzi.

Na przykład?
Tak było w Malezji. Na północy w prowincji Kelantan mieszka społeczność, która krytykuje rząd. Ta grupa ogromnie ucierpiała z powodu powodzi. Kiedy przyjechaliśmy, zadziwiło nas, że rząd tak słabo radzi sobie z pomocą dla tych ludzi. Wiedzieliśmy, że były środki, Malezja to stosunkowo zamożny kraj, a jednak mieszkańcy cierpieli. I wówczas dostaliśmy sygnały, że opieszałość władz jest celowa, że to rodzaj kary dla poszkodowanych za krytykę rządu.

Czyli działacie też wbrew lokalnym rządom?
Czasem tak. Zdarza się, że rząd nie chce naszej pomocy, ponieważ ma coś do ukrycia. I tu pojawiają się pytania. Np.: czy pomoc międzynarodowa, szanując autonomię państw, powinna interweniować tylko na zaproszenie rządu?

I jak na nie pan odpowiada?
Mimo że nie chcą nas w Sudanie Południowym, Kongu, Republice Środkowej Afryki, Czadzie – jesteśmy tam, bo potrzebują nas mieszkańcy tych krajów, dotknięci głodem, brakiem wody, chorobami.

Czy dostęp do pomocy humanitarnej bywa narzędziem sprawowania władzy?
Wcale nie tak rzadko. Podam przykłady: Sudan Południowy i Sudan (Darfur), Etiopia przy granicy z Somalią, Kongo, Czad, ostatnio Mjanma. Zdarza się, że gdy cała społeczność żyje w nędzy i – na przykład – dostęp do podstawowej opieki medycznej jest trudny, dominująca większość lub miejscowe władze odcinają jakąś grupę tylko dlatego, że jest mniejszością – etniczną, rasową, religijną. Dobrym przykładem jest głód, który w większości przypadków nie byłby problemem, gdyby nie był „rozgrywany” przez lokalnych kacyków czy wojskowych. Bywa, że łatwiej dostarczyć żywność i wyleczyć ludzi z niedożywienia niż z nienawiści.

Daje pan potrzebującym rybę, nie wędkę?
Czasem wystarczy dać komuś wędkę, by stanął na nogi, a czasem sytuacja jest tak dramatyczna, że trzeba dać rybę. To nie musi być najlepsze rozwiązanie, bo nie uczy ludzi zaradności, ale bywa jedyne. Bo najpierw ludzie muszą przeżyć.

Kwestia wędki to dalszy etap?
Tak, ale jest wiele sił, którym zależy, żeby poszkodowani nigdy wędki nie dostali, więc całe szczęście, że dostają od nas chociaż tę rybę. W katastrofach naturalnych, takich jak ostatnie trzęsienie ziemi w Nepalu, jest w pewnym sensie łatwiej. Bo można dawać i rybę, i wędkę jednocześnie, czyli zapewnić wodę i pożywienie, a także naprawić rozmaite systemy, żeby znowu zaczęły działać; żeby ludzie stanęli na nogach i sami zabrali się do odbudowy. Gorzej, gdy prócz katastrofy naturalnej mamy do czynienia z konfliktem politycznym.

Bo wtedy, pomagając ludziom przeżyć, trzeba też wspierać ich oprawców?
Bywa, że pomoc humanitarna legitymizuje nieudolność czy nieuczciwość lokalnej władzy. Czasem wyręcza ją z jej powinności. To częsty argument przeciwko pomocy humanitarnej.

Gdzie pan się zetknął z taką sytuacją?
Klasyczny przykład to Sudan Południowy, który obserwowałem przez 10 lat, jeszcze zanim powstał jako niepodległe państwo. To tzw. failed state – państwo, które nie funkcjonuje, a rząd otwarcie jest stroną w konflikcie pomiędzy rozmaitymi grupami etnicznymi.

Sudan Południowy ma spore dochody z eksportu ropy naftowej, lecz zamiast inwestować je w rozwój, odbudowę kraju, pomoc mieszkańcom, przeznacza ponad połowę na wydatki militarne. Pomagając przeżyć mieszkańcom Sudanu Płd., niezależnie od tego, po której stronie konfliktu się znajdują, wyręczamy w pewnym sensie rząd, a także rebeliantów, którzy sprawują władzę na danym terenie. To oni bowiem powinni zapewnić ludziom warunki do przeżycia.

Jak pan odpowiada na zarzut, że organizacje pomocowe nie wywierają nacisku na władzę i przedłużają przez to konflikty?
To nie fair. To ci, którzy wywołali konflikty, powinni ponieść za nie odpowiedzialność. I to do nich powinno się kierować tę krytykę. Przecież nie mogę pójść do sudańskiej matki – wszystko jedno, z jakiej grupy etnicznej się ona wywodzi – i powiedzieć jej, że musi się poświęcić, że nie dostanie mleka dla dzieci, bo my teraz musimy dać nauczkę rządowi jej kraju. A za jakieś 15 lat, kiedy rząd się poprawi, wrócimy pomóc jej i jej dzieciom. Dzieci do tej pory nie przeżyją. Jakie mamy prawo odmówić, skoro możemy pomóc?

Jak pan trafił do organizacji pomocowych?
To bardzo bollywoodzka historia. W dzieciństwie wiele czasu spędziłem w szpitalach. Miałem poważne schorzenia nóg, zacząłem chodzić dopiero w wieku pięciu lat. Po takim czasie okazało się, że moje mięśnie są strasznie słabe, szczególnie kręgosłupa – i moja niepełnosprawność się pogłębiała. Tułałem się po szpitalach, spotykałem wiele dzieci, które z racji swoich chorób – podobnie jak ja – były zdane na łaskę innych.

Gdy nastał stan wojenny, trafiłem do kliniki w Zakopanem. Przyjechała tam grupa Francuzów, którzy przywieźli wózki inwalidzkie, materiały ortopedyczne niedostępne wówczas w Polsce i zabawki. Mam w pamięci myśl, jaka przeszła mi wtedy przez głowę: że oni przybyli z daleka, choć wcale nas nie znali. To we mnie zostało. W szpitalu ma się dużo czasu na myślenie. Przeczytałem całą serię książek Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, pojawiły się marzenia o podróżach i dalekich lądach. Silnym doświadczeniem była też strata przyjaciół, śmierć innych dzieci w szpitalu. Kiedy udało mi się w końcu wyjść na świat, sam chciałem pomagać.

Często wracałem myślami do tych Francuzów. Dla mnie, chłopca z zapyziałego wówczas Nowego Sącza w czasach komuny, daleki świat był marzeniem. Postanowiłem nauczyć się języków, ale miałem lata nadrabiania nie tylko z przedmiotów językowych. A potem upadła komuna.

I postanowił pan zostać człowiekiem sukcesu?
To był oblig epoki (śmiech). Wszyscy szli na ekonomię, marketing, bankowość. I ja też wybrałem bankowość na Akademii Ekonomicznej w Krakowie. To była absolutna tragedia, potworny wyścig szczurów! Moja rodzina była niezbyt zamożna, a na uczelni otaczały mnie dzieci dawnych beneficjentów reżimu, ludzie bogaci. Okropnie się czułem. Wytrzymałem rok.

I wtedy, gdy bożkiem epoki był sukces, postanowił pan zrealizować marzenie z dzieciństwa?
Pojechałem do Wielkiej Brytanii, chciałem studiować socjologię, ale wylądowałem na zmywaku. Wróciłem, ale już nie na uczelnię – zacząłem pracować w Małopolskim Towarzystwie Oświatowym. To była organizacja zajmująca się integracją osób niepełnosprawnych i społecznościami romskimi w Nowym Sączu i w Słowacji. Przypadkiem trafiłem na ogłoszenie o naborze na studia w Danii na kierunku edukacja międzynarodowa ze specjalizacją: sytuacje kryzysowe. Nie miałem pojęcia, co to jest, ale zachwycił mnie program zajęć. Przeszedłem rekrutację, dostałem stypendium. Uczelnia otworzyła mi oczy na wiele spraw i dzięki niej po raz pierwszy pojechałem do Indii, Pakistanu i Iranu. Wszędzie tam zetknąłem się z sytuacjami kryzysowymi.

To był pana pierwszy kontakt z globalnym Południem?
Tak. I zaraz po tej podróży wybrałem się do Kanady, co pogłębiło szok płynący z kontrastu między tymi światami. Na studiach nauczyłem się nieźle portugalskiego, co dało mi nowe możliwości wyjazdów. Na ostatnim roku dostałem się na praktyki do Angoli, w której trwała jeszcze wojna domowa.

Co tam pan robił?
Pracowałem w sierocińcu w Huambo, gdzie było epicentrum działań wojennych. Rodzice tych sierot zginęli. To było pierwsze zetknięcie się z wojną, pierwszy raz doświadczyłem wybuchów pocisków i min, poznałem, co to strach. Zadawałem sobie pytanie o wartość mojego życia względem życia tych dzieci, a jeszcze musiałem pokonywać własną ułomność fizyczną. Zdałem sobie sprawę, ile miałem szczęścia, bo gdybym ze swoimi ułomnościami urodził się w Angoli, prawdopodobnie by mnie już nie było.

Ile czasu pan tam spędził?
Rok. Skończyłem studia i wiedziałem już, że nie chcę robić niczego innego. Wysłałem CV do organizacji Action Against Hunger i pewnego dnia otrzymałem odpowiedź, że choć nie mam doświadczenia, to wydaję się osobą zmotywowaną. Zaproponowali rozmowę kwalifikacyjną w... Nowym Jorku.

Kosztowne interview, zwłaszcza że bez gwarancji pracy.
Zarzuciłem ten pomysł, ale znowu się do mnie odezwali. Rodzina złożyła się na bilet, poleciałem i dostałem pracę. Na szkoleniu w Paryżu zapytano, dokąd najbardziej nie chciałbym pojechać. Odpowiedziałem, że do Afganistanu.

Proszę nie mówić, że właśnie tam pana wysłali na pierwszy ogień.
(śmiech) Ale nie ze złośliwości, była taka potrzeba. Leciałem przerażony. Przy granicy pakistańsko-afgańskiej negocjowałem między walczącymi stronami, żeby w każdą środę między godziną 10 a 14 obie wstrzymały ogień i żebyśmy mogli dowieźć ludziom w okolicznych wioskach żywność i lekarstwa.

Czy coś jeszcze jest w stanie pana zaszokować?
Bangladesz. To najbardziej zatłoczony kraj, jaki widziałem. Na niewielkiej przestrzeni 144 tys. km kw. [mniej niż połowa terytorium Polski] mieszka 160 mln ludzi i wciąż ich przybywa. Niemożliwe jest, nawet na prowincji, stanąć gdzieś, rozejrzeć się i nie widzieć człowieka lub domu. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób można by było wszystkich tych ludzi wyprowadzić z biedy. Po prostu nie ma miejsca, żeby wszyscy godziwie żyli. Woda, powietrze, gleba, jedzenie są tak zanieczyszczone i toksyczne, że zagrażają życiu.

Gdyby potraktować Bangladesz jako mikrokosmos przyszłych problemów świata, to widać, że doprowadziliśmy do sytuacji bez wyjścia. Być może kiedyś wszyscy będziemy tak żyli.

Świat oglądany pana oczami to nie jest chyba szczęśliwe miejsce.
Tak i nie. Nawet jeśli gdzieś panuje bieda, trwa jakiś konflikt, to po pierwszym szoku ludzie przestają płakać, przyzwyczajają się i żyją dalej. Nawet podczas wojny wychodzą za mąż, rodzą się dzieci. Bo do szczęścia nie zawsze jest potrzebny dobrobyt w stylu zachodnim. Podłość i niesprawiedliwość nie są związane z bogactwem czy biedą. Tak jak wśród ludzi zamożnych są hojni i wrażliwi, tak wśród biedaków zdarzają się tacy, którzy wykorzystują współtowarzyszy niedoli.

A pan i tak pomoże każdemu.
Tak, ale to nie usuwa moralnych dylematów. W Sudanie musiałem pomagać członkom okrutnych grup zbrojnych, skrajnym degeneratom, którzy siali spustoszenie i w jakimś momencie sami padli jego ofiarą. Musiałem pokonać swoją niechęć do nich, bo tego wymaga moja praca.

A z pana oglądu wynika, że ludzie są raczej dobrzy czy raczej źli?
Raczej dobrzy. Okoliczności, w jakich się znaleźli, zło, którego doświadczyli, wyzwala w nich złe odruchy. Czasem warto się zastanowić, dlaczego ktoś dokonuje potwornych czynów – morduje, niszczy, gwałci. Taki oprawca najczęściej przez całe życie sam był głodny i poniżany. W dzieciństwie nigdy się nie bawił, nie chodził do szkoły. Po prostu nie zna innego świata niż przemoc. I jeszcze od dziecka mówiono mu, że jego sąsiad jest największym wrogiem, więc zaczął w to wierzyć.

Pewnego dnia otrzymuje władzę w postaci kałasznikowa i ją wykorzystuje, jak umie. Oddaje to, co świat mu dał – strach i pogardę. To oczywiście nie usprawiedliwienie – to próba zrozumienia.

rozmawiał Artur Domosławski

***

Roman Majcher – podróżnik, wieloletni współpracownik międzynarodowych organizacji humanitarnych, w tym Action Against Hunger, Oxfam.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną